piątek, 30 grudnia 2011

Rei Kimura „Motyl na wietrze”

Usłyszałam od znajomej zachwyt nad „Motylem…”, namawiała mnie na przeczytanie. Się skusiłam i… bez rewelacji. Z tym że ja w ogóle nie przepadam za fabularyzowanymi biografiami.
Każda strona tej krótkiej powieści przesycona jest nieszczęściem i hipokryzją. W Japonii człowiek jako jednostka nigdy nie miał wielkiej wartości, tym bardziej młoda dziewczyna z biednej rodziny. Okichi Saito musi się ugiąć pod naporem woli starych dygnitarzy, którzy kupczą jej ciałem, żeby uzyskać konkretne korzyści polityczno-ekonomiczne. Dziewczyna w ciągu jednego dnia traci nadzieję na spokojną przyszłość, małżeństwo z miłości, godne życie. Jej dawni sąsiedzi i znajomi odwracają się od niej, bowiem nie masz gorszej hańby niż oddanie się cudzoziemcowi. I pomijają całkowitym milczeniem fakt, że Saito została do tego zmuszona przez nich samych.
Zapiekła niechęć i stereotypy doprowadzają do tego, że nawet po latach, kiedy Saito wraca w rodzinne strony, traktowana jest niczym trędowata. Alkohol, opium stają się jej najbliższymi przyjaciółmi.
„Motyl na wietrze” to prosta historia z morałem, że wstyd za własne czyny może doprowadzić do nienawiści.
Moja ocena: 4.5

czwartek, 29 grudnia 2011

Allan Hall, Michael Leidig „Dziewczyna z piwnicy”

Książka Halla i Leidiga trafiła w moje ręce przez przypadek. Podczas jednej z wizyt w bibliotece zapytałam czy jest książka Kampusch. Pani bibliotekarka powiedziała, że owszem, ale wypożyczona. Kilka dni później zadzwoniła do mnie (sic!) z wiadomością, że książka jest do odebrania. Pojechał po nią M. Spodziewałam się „3096 dni”, a dostałam – „Dziewczynę z piwnicy”.
Może i „Dziewczyna z piwnicy” zawiera sensacyjne informacje, ale przede wszystkim z każdej strony przebija tania sensacja, potrzeba zaspokojenia najniższych pobudek mało wybrednego czytelnika przy pomocy garści nieprawdopodobnych teorii i pseudonaukowych wywodów. Ta książka nie kojarzy mi się z rzetelnym dziennikarstwem, lecz z pomyjami na poziomie „Faktu”. Informacje prawdziwe mieszają się z ich obliczonymi na tani efekt wymysłami. Próba charakterystyki Priklopila jest psuedopsychologicznym bełkotem, podobnie snucie teorii na temat patologicznego dzieciństwa Kampusch. Wiedzę swą dziennikarze oparli na wywiadach z dziesiątkami osób znającymi mniej lub bardziej Priklopila czy Kampusch. Pytanie jednak, jak wielu z nich powiedziało po prostu swoją prawdę, zamiast skupić się na rzeczywistości?
Niewątpliwie najciekawszym rozdziałem w „Dziewczynie z piwnicy” jest ten poświęcony nieudolnemu i niekompetentnemu śledztwu policji. Nazwisko Priklopila przewinęło się przez akta policyjne kilkukrotnie, jednak żaden policjant nie pofatygował się, aby bliżej zbadać sprawę. Śledztwo w sprawie zaginięcia Kampusch bardzo szybko nabrało znaczenia politycznego. Gdzieś pomiędzy wymienianiem policjantów, walką o prestiż i ukrywaniem nieporadności  zagubił się priorytet: odnalezienie dziewczynki.
Książkę można przeczytać. Ale tylko jako uzupełnienie autobiografii samej Kampusch.
Moja ocena: 3.5

Kristina Ohlsson „Niechciane”

„Niechciane” to trudna książka. Nieprzyjemna i budząca niesmak. Debiutancka powieść kryminalna o sprawnie napisanej fabule. Odradzam ją świeżo upieczonym matkom i w ogóle osobom zbyt wrażliwym. Ofiarami u Ohlsson są małe dzieci, które tak naprawdę powinny dopiero odkrywać świat lub spędzać swój czas na placu zabaw. Zamiast tego stają się formą pokuty za grzechy rodziców.
Szwedzcy autorzy kryminałów stają się nie tylko coraz bardziej popularni, ale i coraz bardziej brutalni w opisywaniu tak zbrodni, jak i otaczającej ich rzeczywistości. Opiekuńcze państwo staje się mitem, zamiast tego mamy gwałt i przemoc. I dobrze skonstruowaną intrygę.
„Niechciane” czyta się szybko, aczkolwiek w miarę inteligentny czytelnik równie szybko skojarzy na czym polega główna intryga. Dodajmy do tego walkę płci, patologię i samotność głównych bohaterów – i oto mamy typowy szwedzki kryminał ostatnich dziesięcioleci. Debiut Ohlsson przesycony jest pesymizmem i na dobrą sprawę nie ma w „Niechcianych” szczęśliwego zakończenia. Ale jest chęć poznania dalszych losów detektywa Rechta i analityczki Bergman, a to już coś znaczy.
Moja ocena: 4.5

Joy Fielding „Grand Avenue”

W „Grand Avenue” Fielding rzuca się na głęboką wodę pragnąc sprostać opisaniu kwestii: molestowania, przemocy, zdrady i starzenia się. Do tego dochodzi, jak to u niej, morderstwo. Przyjaźń pomiędzy czterema matkami nie jest przedstawiona z pozycji sielanki, lecz z pozycji domowego horroru. Jak to w książkach Fielding bywa, choć temat jest ważny, liczy się bardziej sensacja niż wnikliwy opis problemu. „Grand Avenue” czyta się łatwo i przyjemnie, jednocześnie zdając sobie sprawę, że wszędzie na świecie, nie tylko w Stanach, za zamkniętymi drzwiami domów i mieszkań dzieją się rzeczy o których nie mówi się najbliższym przyjaciołom/przyjaciółkom. Widać też, ile warta jest ta przyjaźń, skoro ofiara przemocy pozostaje sama ze swoimi problemami, a sprawy zawodowe i pozorny sukces są ważniejsze od deklarowanej przyjaźni. Oczywiście książkę czyta się świetnie, szczególnie w letnie, pogodne wieczory.
Moja ocena: 4.5

Joy Fielding „Martwa natura”

„Martwa natura” to powieść gdzie główną bohaterką jest pogrążona w śpiączce Casey. Zamiarem Fielding było prawdopodobnie wprowadzenie urozmaicenia do jej, było nie było, sztampowych fabuł. Dostajemy zatem lekturę, gdzie dialogi przypominają niemalże słuchowisko radiowe, z Casey jako główną (i jedyną) słuchaczką. Próba ta jest raz bardziej, raz mniej udana. Momenty, w których główna osoba dramatu słyszy jak lekarz tłumaczy lekarzowi czym jest rurka tracheotomijna, czym jest wstrząśnienie mózgu; jak koleżanka tłumaczy koleżance czym są buty od Manolos są po prostu żałosne i sztuczne.
Zmiana formy zamiast urozmaicić pisarstwo Fielding doprowadziła do powstania książki nudnej i przewidywalnej. Jak zawsze bowiem chodzi o pieniądze albo miłość. Jest to najnowsza powieść Fielding i jednocześnie najsłabsza.
Dochodzi do tego spartaczone tłumaczenie, gdzie widać ignorancję tłumacza i brak dbałości o szczegóły i dbałości o czytelnika. Dodajmy do tego błędy gramatyczne i stylistyczne. Polecam tylko dla bardzo cierpliwych i niewymagających.
Moja ocena: 2

Julie Gregory „Mama kazała mi chorować”

Nie wiem jak zacząć. Bo nie mieści mi się w głowie, jak najważniejsza osoba w życiu dziecka może być tak okrutna, podła i zapatrzona w siebie. Matka Julie Gregory to potwór, chory potwór, który od najmłodszych lat życia dziewczynki wmawiał jej chorobę serca, migreny, alergie. Potwór, który za wszelką cenę dążył do operacji córki na otwartym sercu, jakoby dla dobra dziecka; potwór, który widząc bladość córki twierdził, że to migrena i kazał jej przyjmować tabletki, po których dopiero zaczynał się nieznośny ból głowy.
Można powiedzieć, że dziewczyna miała szczęście, bo nie była molestowana seksualnie. Z drugiej jednak strony – przez lata krzywdziła ją matka. Z matkami różnie bywa, są lepsze i gorsze, są nadmiernie opiekuńcze i stosujące „zimny chów”, są alkoholiczki i matki z prawdziwego zdarzenia; zazwyczaj jednak łączy je jedno: pragną chronić swe dziecko, kochają je, są (bywają) dla dzieci wsparciem i opoką. Julie Gregory takiego wsparcia nie miała, bo jej matka za wszelką cenę pragnęła udowodnić niezliczonym lekarzom, że ma chorą córkę. Przez lata żaden z kardiologów, żaden z internistów nie zainteresował się na tyle chorobą Julie, by zrozumieć, że chora (psychicznie) jest jej matka, a nie ona – mała pacjentka.
Julie Gregory przedstawia koszmarny obraz swego dzieciństwa, dzieciństwa swego brata i dzieci, które trafiały do jej rodziny. Ojciec wiecznie usadowiony w fotelu, oglądający telewizję i (na własne życzenie) wyłączony z życia rodziny. Mała zagłodzona Julie ciągająca worki z cementem, zwoje drutu kolczastego, worki z obrokiem dla koni, pozbawiona dzieciństwa i miłości. Dzieci z rodzin patologicznych, które miały u Gregorów znaleźć wytchnienie po koszmarze domu rodzinnego, trafiały na kolejną patologię, bicie, przemoc, głodzenie.
Julie Gregory uciekła z domu mając 16 lat. Miała zeznawać w sądzie przeciwko swojej matce. Niestety nie zapewniono jej odpowiedniej opieki i wsparcia, zatem musiała zrezygnować z opowiedzenia prawdy o swojej rodzinie. Dorośli patrzyli na nią, jak na kłamczuchę, wyrodne dziecko pragnące zniszczyć dobre imię swej matki. Do bólu fizycznego doszło zagubienie, niemożność odnalezienia się w normalnym świecie. I dopiero wiedza o zastępczym syndromie Münchhausena, a co za tym idzie zrozumienie motywów, jakimi kierowała się matka, odmieniło życie dziewczyny. Nadal jednak pozostała z tym sama, bo większość terapeutów, do których się zwracała, nie miała pojęcia o istnieniu takiego syndromu, nie bardzo też rozumieli o czym dziewczyna mówi. Była sama, bo jej brat wolał wyprzeć z pamięci dzieciństwo, a jej ojciec, mimo rozwodu, nigdy nie przyznał, że nie dbał o to, że żona niszczy zdrowie córki.
Najsmutniejsze jest to, że kiedy Julie Gregory po wielu latach odwiedziła swoją matkę, ujrzała kolejną dwójkę „przybranych” dzieci, którym matka już zaczęła wynajdować choroby i zmuszać niemalże do niewolniczej pracy.
Moja ocena: 6

Caroline Roberts „Zagubiona dziewczyna”

Caroline Roberts była niedoszłą ofiarą Freda i Rose Westów, którzy torturowali i mordowali młode dziewczyny. Popełniane przez nich były tak odrażające, że daruję sobie opisywanie ich, szczegóły można znaleźć tutaj: mordercy.jun.pl/viewtopic.php?t=31.
Roberts opisuje całe swoje życie i chociaż twierdzi, że jedna noc u Westów zdeterminowała jej przyszłość, to jednak trudno przebrnąć przez jej wspomnienia. Od początku ma się poczucie, że rodzinie Roberts daleko do normalności, patologia zaś mniej lub bardziej znajdowała się w orbicie jej życia.
Sama opowieść to bełkot, pomieszanie z poplątaniem; opisywanie kolejnych partnerów seksualnych, rodzenie kolejnych dzieci, potem zeznawanie na procesie morderców i propagowanie kościoła spirytystycznego. Kobieta bezwarunkowo wierzy w przepowiednie medium, w opowieści o śladach dalszych ofiar Westów i nawet fakt, że ślady te prowadzą donikąd, nie zniechęca Roberts. O Westach pisze mało, pobieżnie. I chociaż deklarowała wielkie przywiązanie do córek swych niedoszłych morderców, nie wspomina nic o ich dalszych losach.
Roberts skupia się na sobie, a jej życie jest niestety życiem ograniczonej do facetów, rodzenia dzieci i plotkowania z „przyjaciółkami” przeciętnej kobiety z przedmieścia, która pojęcia takie jak „książka”, „teatr”, „intelekt” widziała tylko w słowniku. Jej życie jest do bólu płytkie i bezwartościowe. Podobnie jak książka. Stracony czas i tyle.
Moja ocena: 1.5

środa, 28 grudnia 2011

Syrie James „Pamiętniki Jane Austen”

Wydawca książkę zachęca tak: „Wyobraź sobie, że na strychu starego domostwa odnaleziono nieznane pamiętniki Jane Austen. Wyobraź sobie, że ich pożółkłe stronice skrywają historię związku, który zmienił życie pisarki i dał początek jej twórczości. Oto opowieść ujawniająca sekrety autorki ubóstwianej przez miliony kobiet. Historia, która pozwala zajrzeć do serca i umysłu Jane Austen i dostrzec, jak wiele sytuacji i ludzi z prawdziwego życia opisała w swych słynnych powieściach. A przede wszystkim odkrywa prawdę o tajemniczym dżentelmenie - największej, choć niespełnionej miłości tej utalentowanej autorki. Ich romans stał się inspiracją do napisania "Dumy i uprzedzenia" oraz "Rozważnej i romantycznej". Urzekająca, chwytająca za serce powieść o miłości i poświęceniu, o prawdziwej pasji i namiętności, z których rodzi się niezapomniana literatura. Wielbiciele Jane Austen pokochają tę książkę.”
Otóż – nie pokochają. Wściekną się, będą zdumieni, znudzeni, oburzeni, ale na pewno nie pokochają ordynarnego plagiatu spowitego w płaszczyk „inspiracji”. W powieści jest kilka dosłownie zerżniętych bezczelnie z „Dumy i uprzedzenia” fragmentów, co jakoby ma tłumaczyć „doświadczenia osobiste pisarki przełożone na jej prozę”.
Język bohaterów jest na wskroś nowoczesny, nieudolnie tylko stylizowany na mowę dziewiętnastowieczną i zupełnie nie oddaje atmosfery z Austenowskiej „Rozważnej i romantycznej” czy „Emmy”.
Syrie James postanawia poprawić samą Austen i wychodząc z założenia, że zakończenia jej książek są zbyt oschłe, postanowiła „ośmielić” swą bohaterkę do opisania kilku pocałunków. Do nieudolnej kopii doszedł zatem i niby harlequin; niby, bo wiadomo, że Jane umarła jako stara panna. Tajemniczy pan Ashford, domniemany ukochany Jane Austen, niepokojąco przypomina Edwarda z „Rozważnej i romantycznej” i nijak ma się prawdziwej, tajemniczej miłości w życiu pisarki. Prawdopodobnie osoba wikariusza była za mało romantyczna zdaniem pani James. Należało wymyślić kogoś piękniejszego, mądrzejszego, bogatszego.
Zabawa we wplatanie w życie znanych pisarzy fragmentów ich książek jako inspiracji ich dzieł jest zabiegiem ryzykownym i nie uda się, jeśli piszący pomimo zaplecza historycznego i językowego nie posiada odrobiny talentu. Coś co udało się Tomowi Stoppardowi („Zakochany Szekspir”) zupełnie nie wyszło Syrie James. Zamiast czytać „Pamiętniki…”, lepiej sięgnąć po „Dumę i uprzedzenie” lub „Rozważną i romantyczną”. Po co komuś nieudolna podróbka, skoro oryginał jest w zasięgu ręki?
Moja ocena: 1.5

Martin Langfield „Sekretna szkatuła”

Martin Langfield postanowił napisać „thriller w stylu new age”, a jednocześnie „powieść dla tych, którzy lubią łamigłówki”. Niestety na postanowieniu i pomyśle się skończyło.
„Sekretna szkatuła” to gniot wśród thrillerów z tajemnicą w tle. Rozwlekły, nudny i niespójny gniot.
Główny bohater przez tydzień chodzi, biega, pełza po Manhattanie prowadzony przez GPS i mało inteligentne tekstowe wskazówki, które zamiast pobudzać do myślenia, pobudzają czytelnika do nieczytania ich, bo po co? Bo w sumie i nie wiadomo po co są te „podpowiadacze”, skoro podpowiadający zna odpowiedź i spokojnie, oszczędzając czasu Recklissowi, mógłby go od razu poprowadzić w odpowiednie miejsce. Langfield wrzuca mistycyzm, wiarę i codzienność do jednego worka; odnosi się do wydarzeń z 11 września 2001 roku i sierpnia 2003 roku (szeroko omawianej wielkiej awarii prądu w USA i Kanadzie). Zaciemnienie w jego wyobraźni jest wynikiem nieudanego zamachu na… dusze Amerykanów. Co tam plastik, co tam broń biologiczna czy chemiczna. Langfield wymyślił broń filozoficzną, swoją drogą opartą na… kamieniu filozoficznym. Postanowił też na nowo zdefiniować symbolikę Ziemi, Wody, Ognia i Powietrza. Symbolem Wody już nie jest bezbarwna ciecz, jaką mamy w kranach. Symbolem Wody jest ni mniej ni więcej: seksualne rozpasanie i pożądanie. Języki płomieni też są zbyt przestarzałe, aby symbolizować Ogień, Langfield. Symbolem Ognia jest… duchowe piękno i duchowa czystość. I dalej w ten deseń i można tak bez końca.
Ta dziwaczna powieść jest tak nieprawdopodobnie nudnie i bez polotu napisana, że czytelnik nawet się nie dziwi karkołomnym pomysłom autora. Po prostu przyjmuje je do wiadomości między jednym a drugim ziewnięciem. Przebrnęłam, przeczytałam i tylko żałuję, że autor na koniec nie wykosił wszystkich bohaterów, bo jak mawiała Agatha Christie „nic tak nie ożywia akcji jak drugi trup”. W przypadku „Sekretnej szkatuły” tych trupów mogłoby być co najmniej pięć.
Książka ma jedną zaletę: jest idealnym lekiem na bezsenność.
Moja ocena: 1

wtorek, 27 grudnia 2011

Monika Szwaja „Zupa z ryby fugu”

Książka ma fenomenalnie komiczny początek, jednak im bardziej brnęłam w fabułę tym śmiech stawał się rzadszy i robiło się coraz smutniej. Anita de domo Pindelak, primo voto Dolina Grabiszyńska spełnia się jako kobieta sukcesu. Nie może jednak spełnić marzenia o macierzyństwie i tu zaczyna się problem, przede wszystkim moralny.
Szwaja postanowiła zmierzyć się z problemem pragnienia dziecka, stosowaniem, wyklętej przez Kościół, metody in vitro, instytucji surogatki, wizji Matki Polki. Wyszło jej dość nierówno i niestety pobieżnie. Brak w decyzjach Anity i Mirandy głębi psychologicznej, ich wątpliwości trwają krótko, jakby dotyczyły zakupu sukienki czy domu, a nie – urodzenia i opieki nad maleńką ludzką istotą.
Dziwnie niekonsekwentne jest zachowanie Anity, która z powodu nagłych wątpliwości decyduje się uczynić z „ostatniego podejścia” iście rosyjską ruletkę. Jakby pod wpływem tyrady przypadkowego księdza, cały jej świat przewrócił się do góry nogami.
Istotne w tej powieści są postaci drugoplanowe ukazane najczęściej w krzywym zwierciadle. Arystokratka z nazwiska, choleryczka z charakteru czyli świekra Anity, to kobieta tak wkurzająca, jak tylko mamusia zakochana w swym synku i swym snobizmie potrafi być. Jednakże da się ją w końcu polubić, czego nie można powiedzieć o koledze Anity. Chrześcijanin z przekonania, dzieciorób z powołania, umoralniający wszystkich, wymagający od znudzonej i wyczerpanej opieką nad czwórką drobiazgu (piąte w drodze) żony Joanki - ciast domowej roboty, wysprzątanego na błysk mieszkania i bycia w stałej gotowości, Florian Gajek jest najmniej sympatycznym bohaterem powieści.
Często wracam myślami do „Zupy...” Szwai. Ciut za mało przyprawione danie zaserwowała szczecinianka, ale jedno jest pewne – łatwo zapomnieć się o nim nie da.
Moja ocena: 3

piątek, 16 grudnia 2011

Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” (cytaty) (3)

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Na szyi żyrafy pchła zaczyna wierzyć w nieśmiertelność.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nie twórzcie sobie bogów na swoje podobieństwo!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Popełnił zbrodnię: zabił człowieka! W sobie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nasze wszystkie odrębne fikcje składają się na jedną wspólną rzeczywistość!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Przeludnienie świata doprowadziło do tego, że w jednym człowieku żyje wielu ludzi.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
To, że umarł, nie jest jeszcze dowodem, że żył.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Można otworzyć usta z zachwytu, by zamknąć je ziewnięciem.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
I głos sumienia przechodzi mutację.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Samotności, jakaś ty przeludniona!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Najwięcej kształtów ma abstrakcja.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
I kaftan bezpieczeństwa powinien być na miarę szaleństwa.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Życie zabiera ludziom zbyt wiele czasu.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Niektóre charaktery są niezłomne, ale rozciągliwe.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Niejednemu zeru wydaje się, że jest elipsą, po której świat się kręci.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ludziom przydałby się czasem "dzień wolny od życia".

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Trzeba mieć dużo cierpliwości, by się jej nauczyć.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ukrywał się za językiem, który pokazywał światu.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Mieć sobowtóra, popełnić na nim samobójstwo i żyć jako tamten dalej - co za możliwości do schizofrenii!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
I tyłki noszą maski. Ze zrozumiałych powodów.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Bałem się zawsze nie nabitych karabinów. Rozbijano nimi głowy.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Istnieją również perfideiści.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Oduczyliśmy się odróżniać nagrobki od pomników.

Joy Fielding „Zabójcze piękno”

Ktoś zabija najpopularniejszą uczennicę w szkole. Ale nie jest to pierwsza ofiara psychopaty. I nie ostatnia. Na małe miasteczko na Florydzie pada strach. To może być każdy: sąsiad, barman, gwiazda szkolnej drużyny futbolowej.
„Zabójcze piękno” jest kolejną typowo babską powieścią Fielding z dreszczykiem. I niestety jedną z gorszych. Owszem, mamy ukazaną całą plejadę postaci, pokazane różne patologie, przesądy i uprzedzenia, ale wszystko to wydaje się być bardzo powierzchowne. Za mało jest dramatyzmu w tym dramacie. Styl pisania i specyfika języka nasuwają podejrzenia co do osoby mordercy i wówczas cała zagadka przestaje być zagadką. Najistotniejsze chyba jest to, że Fielding próbuje opisać upokorzenia nastolatków, którzy ośmielają się odbiegać od schematu: piękność i sportowiec. Wszelki indywidualizm jest w szkole niepożądany, ci popularni wyznaczają kanon zachowania i nie uznają ani geja, ani grubaski, ani nikogo innego, kto nie zachwyca się zakupami i łażeniem po galeriach handlowych, lub nie uprawia sportu. Zrodzona z odrzucenia desperacja może być naprawdę groźna, ale przecież to wiemy. I znamy z setek podobnych książek i filmów.
Moja ocena: 3.5

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Jeffrey Eugenides „Samobójczynie” aka „Przekleństwa niewinności”

Jeffrey Eugenides w formie nostalgicznej opowieści postanowił napisać o młodzieńczym zafascynowaniu i młodzieńczym smutku zakończonym śmiercią. Można przyjąć, iż jest to dwudziestowieczna odpowiedź na Goethego, ale zgodna z teraźniejszymi realiami.
Eugenides wprowadza narratora zbiorowego, nastoletnich chłopców zafascynowanych pięcioma siostrami Lisbon. Dziewczęta najczęściej zdane są na własne towarzystwo, żyją w mikrokosmosie, w którym istotne role odgrywają rodzice: despotyczna, religijna matka i uległy, zamknięty w świecie swoich małych pasji ojciec. Toksyczność matki ma niebagatelny wpływ na postawę sióstr. Wraz z upływem czasu po samobójstwie najmłodszej, trzynastoletniej Cecilii, świat Lisbonów staje się coraz bardziej mroczny, zaniedbany, zakurzony, klaustrofobiczny. Lux, Bonnie, Mary i Theresa nie starają się walczyć; chociaż ich nowocześni rycerze w cadillaku mogą je zabrać z wieży, mogą ofiarować im wolność, dziewczęta odrzucają tę iluzję i marzenie dorastających adoratorów. Może dlatego, że chwila jedynej ich prawdziwej wolności – szkolny bal – kończy się zupełnym odizolowaniem od rówieśników, zabraniem ze szkoły i zamknięciem w domu pod nadzorem surowej matki. Finał jest znany od pierwszych stron książki: siostry podążają tą samą drogą co Cecilia. Rodzice zaś stają się byłymi rodzicami.
Eugenides bez zadęcia, z nutą wiecznej tęsknoty opisał świat młodych dziewcząt, które nie mogąc żyć po swojemu, postanowiły przestać żyć w ogóle. Nie żalą się na matkę, nie mają pretensji o bierność ojca. Innego stylu życia nie znają i poznać nie chcą.
„Samobójczynie” jest opowieścią, którą powinni przeczytać przede wszystkim rodzice. Może dzięki temu zrozumieją, jak miłość potrafi krzywdzić.
Moja ocena: 5.5
* * *

Eugenides Jeffrey; Samobójczynie;
To szaleństwo kochać się na dachu o jakiejkolwiek porze roku, ale kochać się na dachu w zimie – to już świadczy o zaburzeniach umysłowych, rozpaczy i zapędach autodestrukcyjnych, ponieważ żadna ilość zaznanej pod kapiącymi drzewami rozkoszy nie rekompensuje niewygód.

Eugenides Jeffrey; Samobójczynie;
(…) stały przed perspektywą studiów, mężów, wychowywania dzieci, rysujących się niewyraźnie nieszczęśliwych lat – innymi słowy, stały przed perspektywą życia.

Eugenides Jeffrey; Samobójczynie;
Ostatecznie nie miało znaczenia, ile miały lat, czy to, że były dziewczętami, liczyło się tylko to, że je kochaliśmy i że nie usłyszały naszego wołania, wciąż nas nie słyszą, kiedy siedzimy w domku na drzewie, z rzedniejącymi włosami i miękkimi brzuchami, i wywołujemy je z tych pokojów, do których weszły, aby pozostać na zawsze samotne, samotne w samobójstwie, które jest czymś głębszym niż śmierć.

piątek, 9 grudnia 2011

Emma McLaughlin, Nicola Kraus „Niania w Nowym Jorku”

Są książki, które lubię czytać wieczorami, są książki idealne do pociągu i takie, które łykam jedząc śniadanie czy kolację. Wieczorami i w pociągu czytam „Samobójczynie” Jeffrey’a Eugenidesa, kiedy byłam zbyt zmęczona na tę, było nie było, poważną książkę, podczytywałam „Nianię w Nowym Jorku”.
Chyba każdy słyszał, jak nie o książce, to o filmie. Nie jest to jakaś wybitna literatura, więc spokojnie czekałam, aż książka sama wpadnie mi w ręce. Wpadła.
„Niania w Nowym Jorku” Emmy McLaughlin i Nicoli Kraus od razu skojarzyła mi się z „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Wiesberger. Młoda dziewczyna, śmietanka towarzyska Nowego Jorku, zimny chów i góra kasy. Oraz niezobowiązujący romans w tle.
Jak na książkę rozrywkową „Niania…” jest zaskakująco dobra. Czasami śmieszna, czasami smutna, czasami ironiczna. Narratorka przez pryzmat opieki nad czterolatkiem pokazuje, jak złe może być posiadanie zbyt wielu pieniędzy. Czteroletni Grayer ma prawie wszystko: drogie zabawki, drogie ubrania, aktywnie wypełniony czas zajęciami dodatkowymi, ale nie ma miłości rodziców. Trudno państwa X nazwać rodzicami. Ona – znerwicowana i tak zajęta nicnierobieniem, że nie ma czasu dla własnego dziecka. On – zajęty pracą i romansami na boku. Mają kasę, ale czy są szczęśliwi? Traktują ludzi biedniejszych od siebie niczym niewolników, uznają, że pieniądze mogą wszystko. Inne mamuśki wcale nie są lepsze, zapatrzone w swoje rozwydrzone i rozpuszczone dzieciaki uznają osoby opiekujące się nimi za wyrobników, za kobiety od wszystkiego. W tym tłumie zimnego chowu na pokaz ciekawie wypada małżeństwo Hornerów, którzy swe córki traktują jak małych ludzi, a nie – przedmioty przeszkadzające w oficjalnych kolacjach, przyjęciach, wakacjach, spotkaniach i wszystkim tym, na czym trawią czas puste kobietki z socjety nowojorskiej.
Nie wiem czy chcę przeczytać „Powrót niani”, bo sequel zazwyczaj jest gorszy, nudniejszy i wymuszony. Ale nie powiem „nie”, jeśli znowu wpadnie mi w ręce jakaś książka duetu McLaughlin i Kraus.
Moja ocena: 4.5

Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” (cytaty) (2)

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Na początku było Słowo - a na końcu Frazes.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Gdy plotki się starzeją, stają się mitami.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje, ten umiera.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Chciałem powiedzieć światu tylko jedno słowo. Ponieważ nie potrafiłem tego, stałem się pisarzem.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nie włazi się kaloszami do duszy bliźniego, wytarcie nóg nie pomaga.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Czy sceptycyzm jest wygodnym światopoglądem? Sceptycy zapatrują się na to sceptycznie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Dialog półinteligentów równa się monologowi ćwierćinteligenta.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Czasem mnie diabeł kusi, by uwierzyć w Boga.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Do myślenia potrzebny jest mózg, nie mówiąc już o człowieku.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Zawsze istnieje jeszcze ostrzejsza tępota.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Dno nie istnieje. Istnieją tylko przeszkody głębi.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Dno jest dnem, nawet jeśli jest obrócone do góry.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Kanonizacja zabija w moich człowieka, którego mógłbym uważać za świętego.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Za każdego trupa zapisujemy śmierci plus krzyżykiem na cmentarzu.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Niektórzy ludzie patrzą przez własne oczy jak przez judasze.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Rany się zabliźniają, ale blizny rosną wraz z nami.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Odkrycie Ameryki nie jest zasługą Amerykanów. Wstyd!

Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” (cytaty) (1)

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Sam widziałem raz cud. Było to wtedy, gdy obeszło się bez cudów.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Burząc pomniki, oszczędzajcie cokoły. Zawsze mogą się przydać.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Żeby śmierć można było na raty odespać!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
A może Bóg sobie mnie upatrzył na ateistę?

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ja jestem piękny, ja jestem silny, ja jestem mądry, ja jestem dobry. I ja to wszystko odkryłem!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Niektórym ludziom należałoby wytoczyć proces myślenia.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Uważajcie, satyrycy, z rodzeniem pomysłów! W filmie R. Claira "Niech żyje wolność" z roku 1931 brzmi refren jednej z ironicznych piosenek: „Le travail c'est la liberté", a w roku 1940 na bramie oświęcimskiego obozu pojawił się napis „Arbeit macht frei!"

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Gdybyż jeszcze kozła ofiarnego można było doić!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
XI przykazanie: "Nie cudzosłów!"

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Co to jest Chaos? To ten Ład, który zniszczono przy Stworzeniu Świata.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nawet w jego milczeniu były błędy językowe.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Można by wynaleźć karę dożywotniego więzienia obostrzoną sztucznym przedłużaniem życia.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
On przypomina mi wesz na łysinie. Wokół pełno blasku - a jednak wesz.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Myśli niektórych ludzi są tak płytkie, że nie sięgają nawet  i c h  głowy.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Najwierniej podtrzymują mity - najmici.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Każdy wiek ma swoje średniowiecze.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Byle smród, co walczy z wentylatorem, uważa się za Don Kiszota.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ideę można  d o g m a t w a ć  do końca.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapomnieć?

Kurt Vonnegut „Wampetery, foma i granfalony”

„Wampetery, foma i granfalony” to zbiór przemówień, wystąpień i felietonów Vonneguta z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Zazwyczaj nie przepadam za krótkimi formami, a już szczególnie nie interesują mnie teksty przemówień. „Wampetery…” to Vonnegut w szczytowej formie, błyskotliwy kpiarz i obserwator amerykańskiego społeczeństwa. Wyśmiewa to, co wyśmiane zostać powinno, chwali to – co pochwalić należy. A przy okazji w prostych słowach podaje prawdę uniwersalną i chociaż czyni to dowcipnie, to jednak po uśmiechu pozostaje osad goryczy. Bo w wielu sprawach Vonnegut ma po prostu rację.
Moja ocena: 5

* * *

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
To właśnie mnie najbardziej pociąga w zawodzie pisarza: daje okazję by cierpliwi i pracowici przeciętniacy poddali korekcie własną głupotę i wycieli zbędne rzeczy, budując pozór inteligencji. Pozwala także szaleńcom wyglądać na normalniejszych od normalnych ludzi.

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Panuje powszechne przekonanie, że nie można być szanowanym pisarzem, jeśli się pojmuje zasadę działania lodówki, podobnie jak dżentelmen nie nosi brązowego garnituru w mieście.

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Jeśli piszesz opowiadania, które mają kulawe dialogi, papierowe motywacje, kiepskie opisy i są wyprane ze zdrowego rozsądku, dorzuć tylko trochę chemii, fizyki czy nawet czarów, a potem wyślij je do czasopisma  science fiction.

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Ziemianie przywiązują taką wielką wagę do prawdy, żeby im uwierzono, kiedy kłamią.

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Kiedy ktoś mówi: „Kocham cię”, czuję się jakby mi przystawiano pistolet do głowy. Czy w takiej sytuacji można powiedzieć coś innego, niż to, czego domaga się osoba trzymająca broń? „Też cię kocham.”

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Głód to normalne doświadczenie dla istot ludzkich, ale nie dla istot ludzkich z amerykańskiej klasy średniej.

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Pisarze zyskują przynajmniej pod jednym względem: co dzień mogą leczyć swoje choroby umysłowe.

Vonnegut Kurt; Wampetery, foma i granfalony;
Dzięki szaleństwu powstało przypadkowo wiele pięknych dzieł sztuki. 

środa, 7 grudnia 2011

Johann Wolfgang Goethe „Cierpienia młodego Wertera”

Zupełnie nie rozumiem fenomenu „Cierpień młodego Wertera”. Pomijając już pierdolety o wyższości klasy średniej nad chłopami i arystokracji nad mieszczaństwem (zrozumiałe, skoro pisane pod koniec XVIII wieku), to treść powieści jest nudna, mdła i przesłodzona.
Werter zachwyca się trawkami, drzewkami i innymi widoczkami. I zachwyca się Lotą, panienką zaręczoną z innym. Melodramat w pełnej krasie. Werterek się miota, próbuje uciec od miłości, ale całe to cierpienie i dramat są do cna niemieckie, mieszczańskie i przyprawiające o ziew. Werter nie wie co to namiętność, nie wali łbem w drzewo z imieniem ukochanej na ustach, nie robi nic poza łkaniem w papier. A im dłużej planuje swe odejście, tym bardziej patetyczny się staje. Właściwie na prawo i lewo nie mówi o niczym innym, jak o definitywnym końcu, a mimo to trafia na ścianę niezrozumienia. I nie byłby facetem, gdyby na koniec nie próbował zwalić winy na Lotkę. Podała pistolety, zatem przyzwoliła na śmierć, ba! Przykazała się zabić. Ot, durne tłumaczenie znerwicowanego prawiczka. Trochę dramatyzmu Goethe wprowadził na koniec, kiedy okazało się, że Werter nawet samobójstwa popełnić dobrze nie umiał i rzęził przez kilka godzin w agonii.
Nie jest to literatura wysokich lotów i za cholerę nie wiem, dlaczego znajduje się w kanonie lektur szkolnych. A nie, wiem. Bo jest nudna. To chyba podstawowe kryterium wyboru lektur dla dzieci i młodzieży.
Moja ocena: 3

Jodi Picoult „Zagubiona przeszłość”

Picoult po raz kolejny poruszyła bardzo ważny problem. Niby prawie każdy się z nim zetknął, niby picie alkoholu jest takie oczywiste, ale… Alkoholizm najczęściej jest kojarzony z gościem o wyglądzie menela, bezrobotnym znęcającym się nad rodziną. A przecież są i inne formy, chyba najboleśniejszą z nich jest alkoholizm kobiet. A dokładniej kobiet będących matkami. Chyba nie ma nic gorszego niż widok pijanej matki, bełkocącej, ze strużką śliny spływającą z kącika ust. Osoba mająca być opoką, staje się przyczyną wstydu – szalenie dramatycznego wstydu, bo przeżywanego przez dziecko.
Mimo to sądy zazwyczaj wolą powierzyć opiekę nad dzieckiem najgorszej matce niż najlepszemu ojcu. Żeby je uratować przed bolączkami związanymi z życiem z pijącą matką i przed staniem się ofiarą DDA, nie wszyscy ojcowie grają fair. I o tym właśnie jest książka Picoult: o przekroczeniu prawa i alkoholizmie.
Podczas czytania litowałam się nad matką głównej bohaterki, ale wraz z upływem stron, zaczynałam rozumieć i punkt widzenia ojca. Bycie rodzicem to odpowiedzialność, przywilej i radość. Nie wszyscy muszą czy chcą być rodzicami i jest to ich prywatna sprawa. Ale kiedy na świecie pojawia się dziecko, szalona zabawa powinna zejść na drugi, piąty czy ósmy plan – do czasu aż dziecko wyfrunie w świat.
Tym razem nie przyczepię się do epizodów na sali sądowej (obowiązkowych u Picoult). Przyczepię się do fragmentów opisujących życie więzienne. Wulgarna i samcza Picoult pisze obrazowo, ale… jakby to nie była ona.
Jeśli komuś niniejsze podsumowanie wyda się patetyczne, trudno. Moim zdaniem obowiązki są po to, aby je wypełniać należycie. A bycie rodzicem zobowiązuje.
Moja ocena: 5

Michel Houellebecq „Możliwość wyspy”

Wydaje mi się, że czego by Houellebecq nie napisał i tak zostałby zjechany, przeżuty i wypluty z pogardą. Milionowa zaliczka na książkę pobudziła fantazję recenzentów i krytyków, którzy „dla zasady” postanowili zmieszać książkę z gównem. Kazimiera Szczuka nie zostawiła na „Możliwości wyspy” suchej kartki, pluła jadem feminizmu i krytycyzmu, byle dowalić Francuzowi.
Mnie się ta książka spodobała. Jest o wiele lepsza niż „Platforma” i o wiele mniej w niej „pornosika” (cytując Szczukę) niż w tejże „Platformie” czy „Cząstkach elementarnych”. Szczuka widzi w powieści tylko seks, seksualizm, maczyzm, samczy narcyzm. Widzi poszukiwania czegoś, o czym w sumie nie ma mowy. Bo nie o chodzi o coraz młodsze partnerki, ale o kwestię: czym jest miłość. To pytanie w dobie zanikania więzi międzyludzkich w realu na rzecz świata wirtualnego staje się szczególnie istotne. Wizja Houellebecqa jest nie tyle odrażająca, co bardzo smutna i defetystyczna. Za dwa tysiące lat żyją w nim neoludzie i dzicy, a planeta jest cmentarzyskiem ludzkości. Neoludzie chowają się w swoich azylach, są w sumie nieśmiertelni, bowiem mogą się bez końca klonować. Dzicy to niedobitki ludzi jakimi jesteśmy, przy jednoczesnym powrocie do prymitywnych czasów życia. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku nie ma mowy o prawdziwych więziach, przyjaźni, miłości… jest tylko wola przetrwania, atawistyczny odruch.
Dawno nie zastanawiałam się tyle nad żadną powieścią. Wizja Houellebecqa daje jednak do myślenia.
Moja ocena: 5
* * *
Houellebecq Michel; Możliwość wyspy;
Jeżeli człowiek się śmieje, jeżeli jako jedyny spośród całego królestwa zwierząt afiszuje się z tą potworną twarzową deformacją, to również dlatego, że jako jedyny, przekraczając egoizm zwierzęcej natury, osiąga przeraźliwe i najwyższe stadium  o k r u c i e ń s t w a.

Houellebecq Michel; Możliwość wyspy;
W gruncie rzeczy nie było nawet pewne, że popełnię samobójstwo, może będę należał do tych, którzy do końca  z a s r y w a j ą  ż y c i e  innym, tym bardziej że mając wystarczającą ilość pieniędzy, będę mógł zasrywać życie znaczącej liczbie ludzi. 

Nadżud Ali „Dziesięcioletnia rozwódka”

Sprawa dziesięcioletniej Jemenki, która zdecydowała się pójść do sądu i zażądać rozwodu była głośna w 2008 roku. Wcale nie było pewne czy ten rozwód dostanie, bo przecież odrzucając (starszego o dwadzieścia pięć lat) męża, splamiła honor swojej rodziny. Samo zaś wydanie dziecka (bo przecież nie kobiety!) jest… tfu!... tradycją nie tylko na jemeńskiej prowincji, ale w ogóle w tamtym kraju.
Niby mamy XXI wiek, a niektóre rejony świata wciąż tkwią w jakichś koszmarnych i zacofanych zwyczajach sankcjonujących pedofilię. Jest to równie frustrujące, jak i, tak po ludzku, wkurwiające.
Opowieść Nadżud Ali jest smutnym świadectwem tego, że nie wszystkim jest dane jakiekolwiek dzieciństwo, nie mówiąc już o szczęśliwym. Molestowanie, bicie, płacz, nakaz bycia „dorosłą” w wieku, kiedy powinno się chodzić do szkoły, bawić z koleżankami i śmiać z głupot – tak wygląda życie setek muzułmańskich rówieśnic dziewczynki. A wszystko podparte górnolotnymi słowami: honor, tradycja, religia. Bo przecież Prorok również poślubił dziewięciolatkę. Jak napisała w „Niewiernej” Ayaan Hirsi Ali – to nie czyni zeń bohatera, ale zwykłego pedofila.
Książka chwilami tchnie typowo dziecięcą naiwnością i prostotą. Dla dziewczynki wyznacznikiem luksusu jest posługiwanie się sztućcami, jedzenie pizzy, oglądanie kreskówek w telewizji, lalka będąca arabskim odpowiednikiem Barbie. To wszystko większość dzieci w Polsce ma na wyciągnięcie ręki, a co ważniejsze: uważa, że im się to po prostu należy. I… w sumie mają rację. Niech się bawią, póki mogą.
Moja ocena: 5

Haruki Murakami „Tańcz, tańcz, tańcz”

Murakami Haruki; Tańcz, tańcz, tańcz;
Rozmawiając z ludźmi z własnego pokolenia, można czasem uniknąć zbędnych tłumaczeń.

Murakami Haruki; Tańcz, tańcz, tańcz;
Nie należała do ludzi, którzy coś dają otoczeniu, lecz wręcz przeciwnie, do takich, którzy po trochu odbierają coś innym, żeby podtrzymywać własną egzystencję. Ale nikt nie umiał jej odmówić, ponieważ dzięki talentowi posiadała wielką siłę przyciągania.

Murakami Haruki; Tańcz, tańcz, tańcz;
Z wiekiem zaczyna się rozumieć sugestywność sugestii. I uczy się człowiek czekać, aż ta sugestywność nabierze realnego kształtu.

Murakami Haruki; Tańcz, tańcz, tańcz;
Przeciętność to jak niewywabiana plama na białej marynarce. Jak raz się pojawi, nie można jej już nigdy usunąć.

Murakami Haruki; Tańcz, tańcz, tańcz;
Ludzie bez wyobraźni zawsze najszybciej racjonalizują swoje postępowanie.

Murakami Haruki; Tańcz, tańcz, tańcz;
Niewielu jest ludzi, którzy słuchają innych. Każdy chce mówić, nawet jak nie ma nic ciekawego do powiedzenia.

Jeffery Deaver „Pod napięciem”

Niedawno wyszedł kolejny thriller Deavera gdzie bohaterami są Rhyme i Sachs. Tym razem tropią psychopatę, który dostał się do nowojorskiej sieci energetycznej i nie dba o to, kogo zabije. Ważne jest pokazanie jak niebezpieczną bronią jest prąd, jak bardzo wielkie miasta są od niego uzależnione i jak Amerykanie bezsensownie go marnują.
Pojawia się także wątek Zegarmistrza. I tutaj trochę Deaver przekombinował, bo uczynił z niego istotę o niemal nadludzkich umiejętnościach przystosowawczych, zachowawczych i organizacyjnych. A może się po prostu czepiam, bo po lekturach dotyczących prawdziwych wydarzeń, jakakolwiek fikcja wydaje się być zbyt… fikcyjna.
Treść jest spójna, ciekawa, miejscami ironiczna. Niestety czuć u Deavera „zmęczenie materiału”, a co za tym idzie – konstrukcja staje się przewidywalna. Jeszcze można to przełknąć, ale jeśli w kolejnej powieści Deaver zastosuje ten sam chwyt, zacznie po prostu nużyć.

Odnośnie polskiego wydania: brakuje jednej strony (364). Niby nic, ale dziwnie się czyta ostatnią część, gdzie strony nieparzyste są po lewej, a parzyste – po prawej stronie. Rzeczonej strony po prostu nie ma. Wywiało ją w niebyt. Gdyby to był tekst z podsumowaniami śledztwa (typowy dla Deavera) chyba mniej bym się zawiodła. Niestety „ktoś” usunął stronę, gdzie autor podaje istotne informacje.
Nieładnie.
Moja ocena: 4

Ayaan Hirsi Ali „Niewierna”

Absolutnie jedna z najlepszych książek przeczytanych w zeszłym roku. Proszę państwa, oto „Niewierna” Ayaan Hirsi Ali. Hirsi Ali została wychowana w surowej (żeby nie rzec: wręcz zacofanej) muzułmańskiej rodzinie. Kiedy miała pięć lat została obrzezana. Przez większość dzieciństwa była bita przez matkę i indoktrynowana. Uciekając przed małżeństwem z przymusu, trafiła do Holandii, gdzie poprosiła o azyl.
W drugiej części „Niewiernej” Hirsi Ali podnosi problem izolacji imigrantów (szczególnie muzułmanów), tworzenia enklaw religijnych i kulturowych, traktowania islamskich kobiet, powstawania szkół religijnych. Przede wszystkim zaś uświadamia wszelkim entuzjastom islamu, że nie jest to religia pokojowa. Opisuje też powstanie pierwszej części „Poddania”, krótkiego filmu wyreżyserowanego przez Theo van Gogha. Van Gogh został w niedługi czas potem zabity przez islamskiego fanatyka, a Hirsi Ali musiała się ukrywać.
Wspomnienia Somalijki są lepsze i bardziej wyraziste niż niejedna powieść. Niby człowiek się przyzwyczaja do tego, że autorzy epatują okrucieństwem i krwią, bo przecież to tylko fikcja. Tymczasem Hirsi Ali opisuje prawdziwe życie, prawdziwe zdarzenia i prawdziwych fanatyków.
Jej świat to świat mężczyzn, którym wolno wszystko i kobiet urodzonych tylko po to, by służyć. I nie dzieje się to w jakiejś dalekiej przeszłości, lecz tu i teraz, kilkaset lub kilka tysięcy kilometrów od centrum Europy.
Moja ocena: 6

Yann Martel „Życie Pi”

„Życie Pi” Martela - temat niby fascynujący: rozbitek dzieli przez kilka miesięcy szalupę ratunkową z tygrysem bengalskim. Odautorski wstęp był majstersztykiem reklamy powieści.
Potem przeżyłam szok. Pochwała ogrodów zoologicznych, pochwała cyrków przyprawiały mnie o mdłości. Tezy: zwierzęta czują się szczęśliwe w zoo, bo nie muszą zdobywać pożywienia; lwy lubią występy cyrkowe, bo przynajmniej się nie nudzą – zupełnie do mnie nie przemawiają. ZUPEŁNIE. To jakieś pitolenie i patrzenie z pozycji samca superalfa. Na szczęście M. był w pracy lub spał kiedy to czytałam, a książka była pożyczona. Inaczej już dawno wylądowałaby na ścianie odrzucona ze wstrętem.
Martel tarza się w opisach okrucieństwa, sprawia mu sadystyczną radość opisywanie obrzydliwości. Na nieszczęście pisze tak zajmująco, że mimo wściekłości i gniewu „Życie Pi” wciąż chce się czytać.
Przy przygodach Pi Patela, Robinson Crusoe to szczęśliwy neptek, pryszcz na historii rozbitków. To Patel jest prawdziwym rozbitkiem, który walczy z przeciwnościami losu i nie traci nadziei przez miesiące dryfowania po Oceanie Spokojnym. Opowieść niewątpliwie ciekawa, ale przy okazji odrażająca i chwilami niekonsekwentna. I stanowczo – bardziej dla facetów niż kobiet.
Moja ocena: 5

Jodi Picoult „Karuzela uczuć”

Sam temat „Karuzeli uczuć” jest tyleż trudny, co ciekawy. Nie potrafiłam „wejść” w skórę matki. Przesłonił mi to gniew na córkę (powieściową). Moim zdaniem jest to opowieść przede wszystkim o egoizmie i (źle pojętym) altruizmie.
Matka twierdząca, że zna swoją córkę, chociaż fakty temu przeczą. Szukanie winy nie w sobie, ale w innych.
Lecz przede wszystkim córka – zapatrzona w siebie egoistka, która przyczynę międli głęboko w sobie i nie dopuszcza nikogo do swego sekretu. Z drugiej strony wymaga maksymalnego poświęcenia od swego przyjaciela. Nie potrafię polubić Emily i nie potrafię zrozumieć jej milczenia. Panna Perfekcjonistka zaskoczona przez życie decyduje się od razu na definitywne rozwiązanie. Niby jest silna, skoro z uporem dąży do wyznaczonego celu, a przecież nie potrafi nie wciągnąć w to osoby, która jej ufa i ją kocha. Jest tchórzem i patrzy na wszystko tylko z punktu widzenia swojego „ja”. Starając się chronić jednych, bezmyślnie niszczy życie innym.
Morał książki jest jasny: nastolatki są nieprzewidywalne. Zaczynam się bać…

Książkę czyta się ciężko, bo tłumaczenie nie jest najlepsze. Dziwne kalki językowe, niekonsekwencja w pisowni. Uwieńczeniem jest zdanie:
„To chwyt numer dwadzieścia dwa. Jeśli powiem pani, że Emily miała skłonności samobójcze, to wyznam coś, na co raczej nie mam ochoty. (…) Ale jeśli powiem, że Emily nie miała takich skłonności, to jak wytłumaczę jej śmierć?” (s. 259). Czyżby ani tłumacz, ani pani korektorka nie czytali Hellera i jego „Paragrafu 22”? Za stare? Za trudne? „Chwyt numer dwadzieścia dwa”… bogowie ratujcie!!!
Moja ocena: 4.5

wtorek, 6 grudnia 2011

Jeffery Deaver „Rozbite okno”

Deaverowi najlepiej wychodzą thrillery z Rhymem i Sachs. „Rozbite okno” jest po prostu fantastyczne (czekało w kolejce do czytania od lipca!). Tego się nie czyta, to się połyka!!!
Akcja zaczyna się od aresztowania kuzyna Lincolna Rhyme’a oskarżonego o zabójstwo kobiety. Dość szybko Rhyme i Sachs dochodzą do wniosku, że Arthur Rhyme został wrobiony. Prawdopodobnie nie tylko on.
Ślady prowadzą do firmy eksplorującej dane. I tu zaczyna się thriller czytelnika. Bo Deaver strona po stronie ukazuje, jakiej inwigilacji poddawane jest społeczeństwo. Czipy, tagi, czytniki czyhają na nas zewsząd. Każdy krok człowieka jest starannie kontrolowany przez komputery. Komputery stały się wyroczniami XXI wieku, wierzy się im, a nie ludzkiemu słowu.
Naprawdę można zacząć się bać!
Właśnie takiego Deavera lubię: akcja, morderstwa, ciemna strona natury ludzkiej. Można nawet przełknąć patriotyczne wstawki o istocie bezpieczeństwa USA po zamachach 11 września – są tak wkomponowane w tekst, że nie rażą nadmiernie patriotyczno-dydaktyczną pogadanką. Świetna książka i już!
Moja ocena: 5.5

Xiao Rundcrantz „Czerwona prokurator”

Czytanie wspomnień chińskiej prokuratorki to totalny szok kulturowy to tylko początek. Z każdą kolejną stroną szok nie maleje, ale się zwiększa. Na dzień dobry Xiao Rundcrantz serwuje nam opis kary cielesnej, jaką zafundował jej ojciec, gdy miała siedem lat. Bił ją miotłą bambusową (żeby nie uszkodzić kości) dopóki nie zaczęła jej pękać skóra, a potem wtarł w rany sól. Pomniejsze kary jej dzieciństwa to klęczenie na twardej ławie albo na tarze do prania.
Mając 18 lat, Xiao zgłosiła się na szkolenie do zawodu prokuratora. W niedługi czas potem była obserwatorką swej pierwszej egzekucji.
Dodajmy do tego opis chińskiego więzienia, dławienie demonstracji studentów i egzekwowanie chińskiej polityki jednego dziecka i naprawdę – nie trzeba czytać żadnych horrorów Kinga czy Koontza, żeby zacząć się bać. Koniec XX wieku i nagminne łamanie praw człowieka.
Rzadko się zdarza, aby reklama na okładce książki w stylu: „Kiedy się zacznie czytać tę książkę, czyta się ją do końca”, była prawdziwa. W przypadku autobiografii Xiao Rundcrantz jest to jednak absolutnie prawda. 350 stron zostało wręcz pochłoniętych w trzy wieczory po męczących dniach pełnych świątecznych przygotowań.
Kiedyś, patrząc na niezwykłe zdjęcie niezwykłego Muru Chińskiego i mając w pamięci historię Chin, chciałam przynajmniej zobaczyć ten kraj. Teraz, po lekturze książki, jakoś mi się odechciało. Odstręcza mnie sposób myślenia Chińczyków, ich podejście do kwestii kobiet, polityki czy prawa. Niby mieszkamy na tej samej planecie, a wydają mi się istotami obcymi. Jak z kosmosu.
Najbardziej frapujące fragmenty pozwalam sobie zacytować. Ocenę pozostawiam czytelnikom.

* * *

Jeszcze będąc na szkoleniu, Xian musiała wziąć udział w grupie roboczej do spraw ograniczania urodzin. Opisała kilka „interwencji” swojej grupy. Było to spotkanie dwóch racji, czy raczej dwóch tumiwisizmów: politycznej bezwzględności i chińskiej buty. Państwo sobie, Chińczycy sobie.
„- A ile właściwie urodziłaś dzieci, skoro zapłaciliście tak wysoką karę?
- Czworo. To mój mąż chciał mieć dużo dzieci.
(…) Mężczyzna spojrzał na mnie, następnie odwrócił wzrok palił swojego papierosa. Chciał pokazać, że mnie ignoruje. „Co ty możesz wiedzieć, dziewczyno? - dało się wyczytać w jego wzroku.
- Nie mamy we wsi elektryczności ani telewizji. Kiedy wieczorem gasimy oliwną lampę, robi się strasznie zimno. Co można wtedy robić? Tylko zabawiać się z żoną w łóżku. A po zabawie przychodzą na świat dzieci.
Odpowiedzialny za politykę ograniczania narodzin huknął na niego:
- Nie bądź taki bezczelny w stosunku do urzędniczki! Masz gadane! Nikt nie chce słuchać twoich głupich wymówek. Przecież wiesz, że masz używać prezerwatyw, które gmina rozdaje za darmo. Dlaczego tego nie robisz?
- Czy mam zakładać kondom każdego wieczoru? Wtedy nie jest tak przyjemnie. To tak, jakby człowiek kąpał się w ubraniu. To nie to samo. Panie urzędniku, sam pan widzi, nie zostało nam już nic w domu, oprócz tej leżanki z bambusa. Można nas ukarać, jak wam się podoba. Jak znajdziecie coś wartościowego, możecie sobie to zabrać. Dzieci się urodziły, a ja mam prawo spać z moją żoną każdego wieczoru. Wam nic do tego! - zakończył. Grupa robocza nigdy wcześniej nie spotkała kogoś tak całkowicie pozbawionego skrupułów i nie bardzo wiedziała, jak się zachowywać. Na koniec odpowiedzialny za wykonanie zadania pokazał, że jest doświadczony i pomysłowy.
- Nie obchodzi nas to, że śpisz ze swoją żoną! - zaczął - Nie naszą sprawą jest, że macie już czworo dzieci. Nie stać cię na zapłacenie kary, ale nie zamierzamy pozwolić ci na płodzenie większej ilości dzieci. Dzisiaj zabieramy twoją żonę do szpitala, gdzie zostanie wysterylizowana. Złożymy raport, że namówiliśmy ją na ten zabieg, a ona się zgodziła.
Kobieta, usłyszawszy to, zbladła. Mężczyzna zmiękł.
- Ma założoną spiralę, więc nie może zajść w ciążę. Obiecujemy, że nie będziemy mieć więcej dzieci.
- Spiralę zawsze można wyjąć - objaśnił urzędnik. Spotkaliśmy na wsiach wiele kobiet, które w tajemniczy sposób usunęły spiralę i zaszły w ciążę. Więc to nie jest zabezpieczenie w stu procentach pewne. Urodziła czwórkę dzieci, dlaczego nie może się dać wysterylizować? Nie mamy czasu na przekomarzanie się z tobą. Nie przeszkadzaj nam w wykonywaniu zadania.
(…)
Kilku mężczyzn ruszyło do przodu. Chwycili kobietę pod pachy, a ta upadła na podłogę, krzycząc:
- Nie pojadę, nie pojadę!
Kopała ich, wywijała nogami i nie chciała zrobić ani kroku. Dwóch mocnych mężczyzn chwyciło ją pod pachy i wyniosło. Następnie wyciągnęli ją na dwór. Kiedy przechodzili przez drzwi, chwyciła futrynę i nie chciała jej puścić. Jeden z mężczyzn pomógł jej rozprostować palce, aby dało się ją zaciągnąć do ciężarówki. Wierzgała tak mocno, że pogubiła buty.” (s. 115-116)
Kobietę wysterylizowano, ale facet nadal pozostał płodny. Mimo że krnąbrny, był przecież mężczyzną, czyli kimś lepszym od żony.
Na innej kobiecie dokonano aborcji w ósmym miesiącu ciąży. Powód był ten sam: małżeństwo miało już czwórkę dzieci (córek).
Kolejny przypadek opisuje dosyć bogate małżeństwo, które ciężką pracą dorobiło się ładnego dwupiętrowego domu. „Na wsi było to bardzo rzadkie i w odległości kilkudziesięciu kilometrów wszyscy o nich słyszeli. Mieli czwórkę dzieci. Gmina nakładała na nich grzywny, a oni bez uskarżania się na los, ciułali na zapłatę i przyznawali się do popełnienia wykroczenia. Byli przyjaźni i szczerzy, a ich sposób rozumowania był do przyjęcia:
- Ciężko harowaliśmy, aby oszczędzić trochę pieniędzy i założyć dużą rodzinę. Szczęśliwe życie to takie, gdy człowieka otacza na starość gromadka dzieci i wnuków.
Krótko po naszej wizycie żona urodziła piąte dziecko, małego synka. Cała rodzina cieszyła się i odpalała fajerwerki, aby świętować to wydarzenie. Zarząd gminy był bardzo zaniepokojony postawą i zachowaniem tej pary. Tym razem postanowili im dać porządną karę - ich dom miał zostać zburzony. Wtedy będą pamiętać, co znaczy cierpienie i nie będą więcej myśleć o powiększeniu rodziny. Dzień po tej decyzji wezwano eksperta od materiałów wybuchowych.” (s. 124)

Czytając o zawarciu małżeństwa w Chinach, przypomniały mi się iście purnonsensowe fragmenty filmów Barei.
„W Chinach trzeba najpierw uzyskać zezwolenie na zawarcie małżeństwa w urzędzie stanu cywilnego…” (s. 196)
„W Chinach trzeba iść na badania i przed zawarciem związku małżeńskiego skontrolować serce, wątrobę i płuca. Jeśli cierpi się na jakąś poważną chorobę, nie otrzymuje się zgody na małżeństwo.” (s. 219)

Cykl „w Chinach…” się na tym nie kończy. Potem mamy taką ciekawostkę:
„W Chinach policja może w każdej chwili wejść do domu i sprawdzić, czy nie gra się w madżonga i karty na pieniądze. Nie muszą mieć nakazu i robią często niezapowiedziane naloty. W dużych akcjach konfiskuje się wszystkie zastawione pieniądze, a uczestników gry zabiera na komisariat, gdzie siedzą do momentu opłacenia grzywny. Jest to największe źródło dochodów policji.” (s. 226)
To się dopiero nazywa brak prywatności.

Kobieta w Chinach jest nikim. I nie potrzeba do tego żadnej religii. Wystarczy kilkaset lat tradycji i… podejście partii komunistycznej zatrudniającej wojskowych na etatach… prokuratorów. Gwałt w małżeństwie – to pojęcie wydaje się istnieć w słowniku chińskim tylko na papierze.
„Byli wojskowi nie uważali za gwałt sytuacji, gdy mężczyzna współżył z kobietą, z którą wcześniej był związany albo gdy był z nią żonaty. Nie brali pod uwagę, czy ona tego chciała czy nie. Jeśli jakiś prokurator odważył się uznać gwałt w małżeństwie, traktowane to było jako gruby żart, a on sam zaczynał być postrzegany jako idiota. W Chinach mężczyzna ma prawo żądać od żony posłusznego wypełniania małżeńskich obowiązków.” (s. 252)

Chińskie podejście do prawa jest równie interesujące:
„Prawo służy władzom i klasie rządzącej. Musimy pracować elastycznie, zgodnie z wymogami sytuacji.” (s. 243)
W Chinach bowiem łamie się prawa człowieka w majestacie prawa. Aby chronić władze uczelni i partię można poświęcić jednostkę. To jest tylko (niepotrzebny) trybik w całej machinie działania.

Zagłodzone na śmierć niemowlęta, studenci buntujący się przeciwko nepotyzmowi partyjnemu (główny powód demonstracji z dnia 4 czerwca 1989 roku), nieskorumpowani prokuratorzy – to właśnie są „najgroźniejsi” wrogowie partii.

A najbardziej „szokujące” przestępstwa? A proszę:
„Samotne matki, dzieci pozamałżeńskie, dzieci mieszanych ras... - wszystko to w oczach Chińczyków uchodzi za szokujące przestępstwo.” (s. 327)

To jest obłęd.
Moja ocena: 5.5

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Hülya Kalkan „Chciałam być tylko wolna”

Kolejna książka to wspomnienia Turczynki walczącej o swoją wolność.
Hülya Kalkan urodziła się w Niemczech, kiedy miała kilkanaście lat, matka wywiozła ją do swej ojczyzny (Turcji) i umieściła w (zakazanej przez państwo) szkole koranicznej. Dziewczynie udało się po dwóch latach wydostać stamtąd i wrócić do Niemiec. Jednakże matka – zatwardziała muzułmanka po raz drugi (podstępem) wysłała córkę do Turcji, żeby wydać ją za mąż. Miało to być tak zwane małżeństwo z przymusu. Dziewczynie udało się ponownie wrócić do Niemiec. Matka nie popuściła. Skoro nie udało się z Hülyą, postanowiła spróbować z jej młodszą siostrą – Esme. Scenariusz się powtórzył: najpierw szkoła koraniczna, a potem – małżeństwo z przymusu.
Wspomnienia Kalkan nie są wstrząsające, w życiu dziewczyny nie ma bowiem aktów fizycznej przemocy, a i z tymi psychicznymi potrafiła sobie poradzić. Jest to jednak opowieść istotna i to z kilku względów.
Przede wszystkim, zazwyczaj myśląc o przemocy w imię religii, widzimy mężczyzn wrzeszczących o ich splamionym honorze i woli Allaha. Tutaj siłą sprawczą wszelkich nieszczęść jest matka, fanatyczka muzułmańska, która co prawda nie spieszy się, żeby wrócić do Turcji, ale swe córki już tam wysyła i pragnie by dziewczyny stały się przykładnymi tureckimi żonami. Matka nawet nie zamierza asymilować się w swojej nowej ojczyźnie, pomimo długiego pobytu prawie wcale nie mówi po niemiecku i uznaje tylko jedną wartość: przyszły raj.
Druga kwestia - książki Pamuka opisujące obecną Turcję są mylące. Wyzwolone dziewczyny z „Domu ciszy” czy „Nowego życia” to jednostki. Mogą żyć „po europejsku” tylko dlatego, że urodziły się w dość liberalnych rodzinach, w większych aglomeracjach. Na tureckiej prowincji wciąż panuje zasada, że rację ma tylko Koran i imam.
Wreszcie kwestia trzecia, najbardziej istotna: jak rozumieć wolność. Nie ukrywam, że opowieść o Esme w pewnym momencie zaczęła mnie irytować. Młodsza siostra bowiem, pod wpływem pobytu w szkole koranicznej, stała się bardzo religijna. Uznała noszenie chusty nie tylko za obowiązek, ale i za przywilej. Podobnie odnosiła się do obowiązkowych pięciu modlitw. A jednak nie chciała wyjść za mąż z przymusu. Nie chciała mieszkać w Turcji. Pragnęła wolności w Niemczech. I uznała, że to państwo niemieckie musi zrozumieć jej wolę noszenia chusty i codziennych modlitw. Tego właśnie nie rozumiem – skoro tak pragnie żyć zgodnie z zasadami Koranu, dlaczego stara się czynić to w państwie, które muzułmańskim nigdy nie było. Półśrodki nie prowadzą do niczego dobrego, pozorna asymilacja również. Nie potrafię zapłakać nad losem przymuszanej dziewczyny, która chce brać i z religii, i z przyszywanej ojczyzny tylko to, co jej odpowiada. Wybór oznacza ponoszenie pewnych konsekwencji. Albo religia i jej dobrodziejstwa. Albo świeckość i jej zasady.
Moja ocena: 4

Martha Grimes „Pod Przechytrzonym Lisem”

„Pod Przechytrzonym Lisem” to druga z serii opowieści o inspektorze Jury’m i (nie)arystokracie Plancie. Tym razem panowie spotykają się w nadmorskim Rackmoor, żeby wyjaśnić przyczyny morderstwa kobiety zidentyfikowanej jako Gemma Temple.
Grimes wprowadza do książki tyle wątków pobocznych, że samo morderstwo ginie pod natłokiem akcji. Inspektor Jury bawi się jednocześnie w niańkę i w dobroczyńcę. Oczywiście odkrywa tajemnice z przeszłości i wykazuje się iście humanitarnym podejściem do mordercy.
Sam sposób dokonania morderstwa jest tak zagmatwany, że mimo woli czytelnik się gubi.
Przydługa i przynudnawa opowieść.
Moja ocena: 3.5

Marek Krajewski „Erynie”

Rozczarował mnie Krajewski i jego „Erynie”.
To już nie jest kryminał, tylko opowieść o osobistej wendetcie. Edward Popielski szuka mordercy małego dziecka w sposób bardzo nietypowy: wali podejrzanych po mordach, kontaktuje się z królem półświatka i postanawia z nim współpracować, znowu wali kogoś po mordzie, doprowadza do samosądu nad podejrzanym, w końcu spotyka się oko w oko z domniemanym mordercą i zaczyna pościg. Nie wiadomo dlaczego morderca upodobał sobie właśnie Popielskiego jako pośrednią ofiarę. Nie wiadomo dlaczego dochodzi do spisku. Nie wiadomo właściwie nic.
Krajewski z upodobaniem opisuje najniższe instynkty psychopatów, najniższe instynkty zbrodniarzy czy też „szacownego funkcjonariusza policji”. Tyle tylko, że z tego nic nie wynika. Nijak to nie popycha akcji do przodu. Samo zaś wyjaśnienie jest dość trywialne i zawarte dopiero w… epilogu.
Rozczarowałam się. I tyle.
Moja ocena: 3

niedziela, 4 grudnia 2011

Jude Deveraux „Dzikie orchidee”

W międzyczasie z przepaści moich półek wydobyłam „Dzikie orchidee” Jude Deveraux. Początek – niesamowity, intrygujący, obrazowy (jak na czytadło). Środek – intrygujący i obrazowy. Koniec – obrazowy i… rozczarowujący. Nie przekonują mnie niesamowitości, jeśli nie pisze o nich King, bo tylko u niego niesamowitość MOŻE bezkarnie być częścią codzienności.
Gdyby Deveraux odpuściła sobie niesamowitość na rzecz intrygi rzeczywistej, „Dzikie orchidee” byłyby niemalże czytadłem idealnym. A stały się opowieścią dziwaczną i nieprawdopodobną. I nawet klimat małego amerykańskiego miasteczka nie sprawia, że można uwierzyć w rozwiązanie proponowane przez autorkę.
Moja ocena: 3.5


* * *

Deveraux Jude; Dzikie orchidee;
I wtedy przypomniałem sobie, jak jeden ze sławnych pisarzy powiedział: „Nie można wybierać tego, co się pisze. Nikt nie przylatuje do ciebie na różowej chmurze i nie mówi: »Dam ci talent pisarski. Jaki byś chciał? Model Jane Austen, który żyje wiecznie, czy taki, który przyniesie ci mnóstwo pieniędzy za życia, ale umrze wraz z tobą? « Nikt ci nie da takiego wyboru. Bierzesz, co dają, i dziękujesz Bogu, że w ogóle dostałeś.”

Margaret Forster „Podróże Maudie Tipstaff”

Pozornie „Podróże Maudie Tipstaff” to opowieść o starej, zrzędzącej kobiecie, która swoją postawę moralną chce narzucić wszystkim dookoła. Jest niesympatyczną pedantką i oddaną parafianką.
A potem decyduje się na odwiedziny u swych dzieci. Wszystkim ma coś do zarzucenia, obie córki i syn przyprawiają ją o rozczarowanie. Wszędzie gdzie Maudie Tipstaff zawita, krzewi swoje wartości: nałogi to zło, lenistwo to zło, a najlepszym środkiem na smutek jest szorowanie dywanu. Jednak świat jej dzieci wypełniają inne wartości i smutki. Jean, Sally i Robert są obcy nie tylko matce, ale i sobie nawzajem. Żyją w swoich mikroświatach w mniej lub bardziej udany sposób radząc sobie z problemami.
Zdewociała Maudie Tipstaff nie potrafi i nie chce zrozumieć stylu życia swych dzieci. Najstarszą córkę traktuje niczym głupiego podlotka, wiecznie ma zły humor i trudno jej dogodzić. Wizyta u młodszej córki jest dla niej szokiem. Bezmyślność i cielesność to priorytety Sally. Wówczas poznajemy inną Maudie Tipstaff, bowiem starsza pani staje się opoką. Najtrudniejsza do zdefiniowania jest natomiast podróż do syna – gbura, skąpca i egoisty, który żyje tak, aby jemu było wygodnie.
„Podróże Maudie Tipstaff” to gorzka refleksja nad tym jak postawa rodziców wpływa na dzieci i na relacje z nimi. I chociaż treść odnosi się do Wielkiej Brytanii lat sześćdziesiątych, to jednak nadal jest aktualna, bowiem wiele jest matek przekonanych o swoich racjach i nieuznających racji nie tylko innych, ale przede wszystkim swoich dzieci.
Moja ocena: 4.5

sobota, 3 grudnia 2011

José Saramago „Baltazar i Blimunda”

Krótko i zwięźle: „Baltazar i Blimunda” to opowieść o różnie pojmowanej pasji: do drugiego człowieka, do własnych marzeń i do ukazania własnej wielkości.
Pretekstem do pisania o miłości jednorękiego mężczyzny i pięknej dziewczyny, oraz pisania o marzeniach o lataniu, jest opowieść o budowie klasztoru franciszkanów w Mafrze. Saramago opisuje życie króla Jana V i życie anonimowego żołnierza inwalidy. Z jednej strony mamy wielki zbytek, konwenanse i pragnienie sławy, a z drugiej – ubogość materialną przeplatającą się z bogactwem emocjonalnym. Sama opowieść brzmi niczym długa gawęda przy ognisku. Król nie jest taki święty za jakiego chciałby uchodzić, ma swoje przywary. Królewskość jest dziwnie odarta z majestatu kiedy czyta się o wszach, pluskwach, macaniu zakonnic i używaniu z nimi. Król nie kocha nikogo poza sobą i poza swą pozycją. Chociaż jest władcą wielkiego państwa, jest smutnym, egoistycznym człowieczkiem. O wiele więcej satysfakcji zdaje się czerpać z życia Baltazar Siedem Słońc: ma kobietę, którą kocha, wiedzie życie, które choć proste, daje mu satysfakcję, nie musi niczego udawać, ani niczego udowadniać. Tych dwóch mężczyzn łączy osoba księdza Bartłomieja Wawrzyńca de Gusmão – fantasty pragnącego skonstruować latający pojazd. Jan V przychyla się do pomysłu, a oddanym pomocnikiem staje się Baltazar. Słowa księdza tchną chwilami herezją, chwilami nierzeczywistymi pragnieniami, chwilami wizją przyszłości.
Saramago pisząc tę powieść, która dzieje się w Portugalii pierwszej połowy XVIII wieku, ukazuje przewrotne ukochanie swego kraju. Tu ośmieszy, tu przypnie łatkę, a tu zaskoczy opowieścią o obchodach Wielkiego Postu, o „auto da fé”, o wspaniałościach monarszego orszaku. Nie traktuje śmiertelnie poważnie osoby władcy, nie wynosi go pod niebiosa.
Opowieść w sam raz na lato. Koniec jednak wydaje się zbyt nagły, zbyt dziwny i zbyt przyspieszony. Ostrzegam, abyście się nie rozczarowali.
Moja ocena: 5
* * *
Saramago José; Baltazar i Blimunda;
… bo zawsze kimś się jest, czy się tego chce czy nie, gdyż prawdę mówiąc, od wszystkiego można uciec, tylko nie od siebie samego.

Saramago José; Baltazar i Blimunda;
Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, czy w szaleństwie nie tkwi zawsze odrobina rozsądku, uważamy jednak, że jak świat światem, każdy trochę jest wariatem.

Saramago José; Baltazar i Blimunda;
… człowiek musi umieć zarobić na chleb zawsze i wszędzie, ale jeśli ten chleb nie jest również strawą dla duszy, to zaspokaja tylko ciało, dusza zaś cierpi.

Saramago José; Baltazar i Blimunda;
… gdyby na świecie nie było smutku i nędzy, gdyby wszędzie po kamieniach płynęły potoki i śpiewały ptaki, można by spędzić życie, siedząc sobie na trawce ze stokrotką w dłoni, i nawet nie obrywać płatków, gdyż znałoby się wszystkie odpowiedzi lub też byłyby one tak mało ważne, iż ich poznanie nie byłoby warte życia kwiatka.

Saramago José; Baltazar i Blimunda;
Święci są chyba bardzo nieszczęśliwi, muszą być tacy, jakimi ich zrobili, jeżeli na tym polega świętość, to jak wygląda potępienie?

Klasztor w Mafrze

Passarola

Katarzyna Pisarzewska „Halo, Wikta!”

Tak o debiucie Katarzyny Pisarzewskiej, jak i konkursie, dzięki któremu ów debiut został wydany, czytałam lata temu w „Elle”. Na książkę trafiłam dopiero teraz, a i to przypadkiem, bo leżała na stercie książek zdanych do biblioteki.
Temat gangsterów i mafiosów został już dogłębnie wyeksploatowany przez polskie kino i polską literaturę. Na samą myśl, że znowu ktoś porywa się na ten temat, ogarnia mnie niesmak. Tymczasem książka, czy raczej – książeczka Pisarzewskiej (wszystkiego 166 stron) okazała się ciekawym eksperymentem. Opowieść jest dowcipna, akcja – wartka, a treść – w sam raz na lato. Chmielewską pani Pisarzewska może i nie jest, ale „Halo, Wikta!” czyta się nieporównanie lepiej niż utwory tej pierwszej takie jak: „Porwanie”, „Krętka blada”, czy „Zapalniczka”. Inspiracja twórczością Chmielewskiej przebija właściwie z każdego zdania, nie przeszkadza to jednak dobrze się bawić.
I równie szybko zapomnieć.
Moja ocena: 3

Jodi Picoult „Dziewiętnaście minut”

„Dziewiętnaście minut” to opowieść o nastolatkach, którzy żyjąc obok siebie, należą do zupełnie innych światów. Jest szkolna „elita” i są szkolne „niedojdy”, będące ulubionym celem wspomnianej „elity”. Picoult wyraziście ukazała jak wielka przepaść towarzyszy dzieciakom już od najwcześniejszych lat, jak wpływa na ich psychikę, poczucie władzy bądź też poczucie bezsilności. Jednocześnie autorka ukazuje, jaki może być efekt końcowy skrajnego poniżania. Człowiek zdesperowany, doprowadzony na krawędź psychicznego załamania albo się ugnie i zemści na sobie, albo… w akcie desperacji postanowi zemścić się na swych prześladowcach. Ciężko jest pisać o książce i nie zdradzić na czym polegała owa zemsta. Bo zaskoczenie jest ogromne, a zemsta… dotkliwa. Tak dotkliwa, że zmieni życie wielu osób w piekło na ziemi, czyli w to, czego doświadczał bohater – Peter Houghton – przez większość swego siedemnastoletniego życia. Drugą ważną postacią jest jego dawna przyjaciółka z przedszkola i wczesnych lat szkolnych – Josie Cormier. Na jej przykładzie widzimy jak przebiega „awans” do „elity” i z jakimi skutkami się wiąże. James Matthew Barrie napisał w „Piotrusiu Panie”, że dzieci są okrutne. Nastolatki potrafią być okrutniejsze tysiąc razy bardziej. Przemoc rządzi ich światem. Najsilniejsi wierzą, że mogą bezkarnie upokarzać innych… nawet tych, których jakoby kochają.
Czytając o młodej gwieździe hokeja, najprzystojniejszym chłopaku w szkole – Matcie Roystonie i jego podejściu do swojej dziewczyny (wspomnianej Josie) czułam bezsilną wściekłość i mdłości. Jego słowa: „Przecież wiesz, że nie mogę nad sobą zapanować.”, czy też totalnie już ograny chwyt faceta, który w przyszłości może zniszczyć psychicznie swoją partnerkę: „To wszystko twoja wina. Gdybym cię tak strasznie nie kochał, aż tak bardzo by mi nie odbijało.”, ukazują jaką wszą moralną był.
Chociaż „Dziewiętnaście minut” to książka o nastolatkach, powinna być obowiązkową lekturą dla rodziców. Tych rodziców, którzy sądzą, że dobre oceny, uroda i umiejętności sportowe oznaczają, że dziecko nieposiadające tych cech jest mniej wartościowe, mniej ważne.
Moja ocena: 5

Alison Bond „Prawda o Ruby Valentine”

Z pozoru „Prawda o Ruby Valentine” Alison Bond przypomina nieudaną kopię jakiejkolwiek powieści Jackie Collins o życiu w Hollywood: jest tajemnica, romans, perwersja, światek filmowy, pozorny blichtr. W to wszystko zostaje rzucona młoda Walijka, która stanęła na zakręcie życia: ma 25 lat, nudną pracę, wredną szefową i chłopaka, który zaczyna ją irytować. I nagle okazuje się, że staje przed szansą całkowitej zmiany swego życia.
Reszta powinna lecieć schematycznie, a jednak Alison Bond stara się i trzymać konwencji, i jednocześnie ją łamać. Snuje zatem dwie opowieści. Ukazuje przy tym portret dwóch kobiet: Ruby Valentine i Kelly Coltrane. Powieść nie zawiera przesadnego przesłania. Nie ma w niej też wielkiej głębi psychologicznej. Ot, niezła książka na plażę, ewentualnie do pociągu. Szybko się czyta i równie szybko zapomina.
Moja ocena: 3.5

Frank Tallis „Zabić czas”

Frank Tallis napisał antykryminał, który mnie wciągnął niesamowicie. Narratorem jest młody angielski matematyk-doktorant, nie brzmi zbyt obiecująco, prawda? A jednak jest inaczej. Tom Jones wprowadza czytelnika w świat zazdrości naukowej, zazdrości cielesnej, dziwacznych pasji do nigdy nie zbudowanych maszyn i świat męskiej przyjaźni. Bez skrupułów przyznaje się do bycia dziwakiem, odludkiem, człowiekiem wręcz aspołecznym, a już na pewno antyrodzinnym. On nie przepada za ludźmi, a ludzie go po prostu ignorują. Jones ma swój mały światek, który pewnego dnia się rozpada jak domek z kart. I wówczas widzimy jak podły i samoluby może być każdy człowiek. Jak bardzo pozory mogą mylić i jak mało znamy człowieka śpiącego obok w naszym łóżku.
Wydaje się, że wątek kryminalny (naprawdę marginalny) posłużył Tallisowi za pretekst ukazania zaburzeń psychicznych w człowieku, zaburzeń emocji, których zenitem okazała się zbrodnia. Mnie ta książka wciągnęła, wciągnęły opisy zawiści pomiędzy naukowcami, ukazanie ich wielkiego rozdętego ego, które w rzeczywistości ma rozmiary przepiórczego jaja. Inne fragmenty przyprawiły mnie o mdłości, ukazały jak chory i bezsensowny jest świat chorób, na jakie może cierpieć człowiek, zaś fragmenty mające udowodnić ateizm głównego bohatera – rozśmieszyły mnie swoją pozorną logiką. Znam rozmowy spod znaku: „skoro Bóg tak kocha ludzi, to pozwolił na holokaust i inne zbrodnie” i tu Tallis się nie popisał. Jego logika jest nielogiczna. Drugim ale odnośnie książki jest koniec. W porównaniu do reszty książki, jest nieco rozczarowujący.
Moja ocena: 4
* * *
Tallis Frank; Zabić czas;
Muszę przyznać, że nigdy nie interesowałem się znacząco kinem kontynentalnym. Środek wyrazu, którego najważniejszym motywem przewodnim okazuje się zapalanie papierosa, budzi pewne wątpliwości. Podejrzewam, że gdyby wyciąć nader liczne ujęcia, w których papierosy zapala się, gasi albo nonszalancko wrzuca do Sekwany, i złożyć je do kupy, stanowiłyby przeważającą część większości francuskich filmów. W istocie, modny znawca kina kontynentalnego częstokroć nie zdaje sobie sprawy, że film francuski przeciętnie trwa tylko dwadzieścia minut. Pozostała część poświęcona jest tytoniowi.

Tatiana de Rosnay „Klucz Sary”

Autorka stara się pokazać dwa światy: francuskich Żydów w czasie II wojny światowej i Amerykanki w Paryżu starającej się poznać historię aresztowania Żydów w lipcu 1942 roku. Przez pierwszą część książki przeplatają się dwie opowieści: dziewczynki z roku 1942 i Julii z roku 2002. Opowieść dotycząca dziecka jest tyleż dramatyczna, co powierzchowna. Ukazuje dziecięcy dramat niesienia pomocy, która w efekcie okazała się najgorszym z możliwych, wyrokiem śmierci. Opowieść Julii natomiast wydaje się cholernie egzaltowana. Natrafiwszy na tajemnicę, kobieta postanawia zgłębić ją i poznać, aby nie tyle zrozumieć siebie, ani – zrozumieć Francuzów, ale żeby wiedzieć. Całość nie układa się płynnie i nie wzrusza, nie przejmuje. Pomysł był bardzo ciekawy, jednakże zawiodło wykonanie. Szkoda…
Moja ocena: 4

Jodi Picoult „W imię miłości”

Moim skromnym zdaniem, sztuką jest ukazać podwójne myślenie i podwójną moralność w taki sposób, aby czytelnik utożsamił się z głównym bohaterem. Picoult się ta sztuczka nie udała. Przez większość książki aż mnie nosiło, że postanowiła zastosować Orwellowskie dwójmyślenie i uznała, że stoi ponad prawem. Zastanawia mnie jeszcze jeden fakt – w czym jej dziecko było lepsze? W czym? Molestowanie seksualne jest tematem drażliwym. Czytając „W imię miłości” nie potrafiłam jednak polubić głównej bohaterki. Jako pani prokurator Nina Frost oskarżała mężczyzn, którzy wielokrotnie czynili krzywdę dzieciom, sprawiali, że dziecko nie miało szans uwolnić się od koszmaru winy. Oburzała się na prawo, którego była reprezentantką, ale wracając do domu miała swoją szczęśliwą rodzinę, a całą krzywdę małoletnich zostawiała za drzwiami. Do czasu, aż i w jej życiu przydarzył się taki incydent. Wtedy postanowiła być niczym nemezis. Bo to było  j  e  j  dziecko. Całość postępowania Niny Frost jest tak naznaczona wyrafinowaniem i egoizmem, że nijak tam nie widzę prawdziwego człowieka. Gdyby to jakiś inny rodzic próbował wziąć sprawiedliwość w swoje ręce, jako prokuratorka, pani Frost dążyłaby do skazania winnego. Ale dla siebie chciała innej sprawiedliwości. To moja druga książka Picoult. I druga, gdzie połowa akcji dzieje się na sali sądowej. To już nudzi, a sam wynik jest tak po amerykańsku przewidywalny…
Moja ocena: 4

Jodi Picoult „Bez mojej zgody”

Dobra książka to taka, która wzbudza emocje. „Bez mojej zgody” Jodi Picoult właśnie taka jest: denerwuje, nurtuje, zmusza do myślenia.
Kiedy czytamy o siostrze, która pragnie przestać być jedynie dawcą i chce zacząć normalnie żyć, możliwe są tylko dwa nastawieni: pomówienie jej o egoizm, albo o obronę siebie i swego ciała. Ale tym razem Jodi Picoult się postarała i jej postaci nie są tak na wskroś papierowe, jak w „Czarownicach z Salem Falls” czy „W imię miłości”. Co ciekawe, najbardziej wiarygodnie brzmią opowieści głównej bohaterki – zaledwie trzynastoletniej Anny. Dziewczynka wydaje się najbardziej dojrzała, chociaż nie chorowała, musiała oddawać swą krew i szpik kostny swej chorej, starszej o trzy lata siostrze. Jej ból był jednak marginalizowany, bo służył „wyższym celom”, tak przynajmniej uważała matka… Właśnie, matka; mając troje dzieci skupiła się na chorej córce, uważała, że wszystko powinno obracać się wokół niej. Galaktyka zwana Kate… Rzadko się wkurzam czytając książki, ale po prawdzie, nie rozumiałam postępowania matki Anny i Kate. Takie zapatrzenie w jedno dziecko, ustawienie życia całej rodziny, aby tylko ocalić tę najbardziej chorą jednostkę, wydało mi się… chore. Nieludzkie. Mnie osobiście skojarzyło się z molestowaniem psychicznym: nie oddasz nerki, to jesteś potworem…
Anna od początku miała w życiu przesrane, miała być dawcą, a dopiero później córką. Co ciekawe, Picoult pisze w taki sposób, że nijak jest mieć chociaż chwilowy odruch ciepła w stosunku do matki. Nijak. Poczęcie „dawcy” już samo w sobie było egoizmem. A jednak niby nic nie kolidowało z etyką lekarską. A przecież, nikt nie ma prawa chronić jednego życia kosztem cierpień drugiego, nawet osoba, która wydała oba te życia na świat.
Świetnie zarysowany i opisany problem moralny. A książka wcale nie jest przewidywalna…
Moja ocena: 4.5