poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Antonina Kozłowska „Czerwony rower”

Antonina Kozłowska, Czerwony rower, Otwarte, Kraków 2009, 240 s.

Historia dorastania i dziewczęcej przyjaźni - przyjaźni "na śmierć i życie", choć niełatwej, pełnej konfliktów i rywalizacji. Opowieść o kobietach z poplątanymi życiorysami i bliznami, jakie zostawiło życie. Prawdziwa, ale i bolesna. Poruszająca.  
Karolina - córka ubeka, dziennikarka. Beata - wnuczka bogatych dziadków, żona biznesmena. Gośka - córka badylarza, dziś szczęśliwa żona i matka. Znają się od czwartej klasy podstawówki, razem dorastały. Przeszłość je naznaczyła i wciąż rzuca cień na ich dorosłe życie. Kiedy ich dawny sekret może wyjść na jaw, wracają wspomnienia... Łączy je przyjaźń. A może tylko tajemnica z przeszłości i poczucie winy?

U jednej z dziewczyn na blogu przeczytałam minirecenzje trzech powieści Kozłowskiej. W jakiś czas potem udało mi się w bibliotece wypożyczyć „Czerwony rower”. Przeczytałam szybko, bo wszelkie retrospekcje były żywcem wyjęte z czasów i mojej młodości. Spisywanie tekstów piosenek, nagrywanie piosenek z telewizji i żądanie absolutnej ciszy, coby nie było słychać otwierania drzwi, kasłania, kroków, bo nagranie z telewizji było już wystarczająco kiepskiej jakości. Nagrywanie na wiekowego grundiga moich rodziców (magnetofon był monofoniczny, ale nie do zdarcia), słuchanie na tymże grundigu „Listy Przebojów Trójki” i spisywanie notowań. Radość z kolorowych ciuchów, prawdziwych dżinsów, słodyczy i cytrusów przysyłanych przez ojca – taka była moja rzeczywistość u progu lat osiemdziesiątych. Dziecięca rzeczywistość.
Kozłowska opisała te czasy nie z punktu widzenia rodziców będących w „Solidarności”, nie z punktu widzenia biedy i szarości. Ukazała namiastkę normalności. Spodobał mi się jej sposób pisania, wspomnienia i zalążek intrygi. Bohaterki mogły chodzić ze mną do szkoły. Były mi bliskie, znajome.
Sama powieść jest napisana lekko i z polotem. Kozłowska ukazała, że dzieciństwo w dobrobycie nie musi się przekładać na brak stresów czy problemów. Te bowiem były zawsze, może na mniejszą skalę, ale jednak... Pierwsza miłość, pierwsze zazdrości, potencjalnie niebezpieczni chorzy umysłowo skrzętnie trzymani w domach, gorsze i lepsze rzeczy – to nie narodziło się po zmianie ustroju. Nasze pokolenie też odczuwało miłość, zazdrość, strach.
Według mnie, jest to najlepsza powieść Kozłowskiej.
Moja ocena: 4.5

Sanjay Gupta „Oszukać śmierć”

Sanjay Gupta, Oszukać śmierć, Larum, Warszawa 2010, 248 s.

W tej fascynującej książce dr Sanjay Gupta - neurochirurg, główny korespondent medyczny stacji CNN oraz poczytny autor - opisuje niewiarygodne fakty naukowe, dzięki którym te niemal cudowne uzdrowienia mogły nastąpić. Grupa śmiałych lekarzy w zadziwiający sposób ratuje pacjentów, nie przyjmując do wiadomości faktu, że ich życie na zawsze się skończyło. Przedłużone zatrzymanie akcji serca, „śmierć mózgowa”, brak oddechu przez ponad godzinę - wszystkie te stany były kiedyś uznawane za nieodwracalnie śmiertelne, dziś jednak jest inaczej. Rewolucyjne postępy w medycynie w fascynujący sposób umożliwiają zacieranie granicy między życiem a śmiercią.

Życie jest barwniejsze i dziwniejsze od niejednej powieści. W swej książce, opartej wyłącznie na faktach, Gupta z finezją i przystępnie dla laików (czyli większości czytelników) przybliża najnowsze osiągnięcia lekarzy wyrywających pacjentów spod kosy śmierci. Oczywistym jest, że technika wciąż idzie naprzód, lecz metody opisywane przez autora są nowatorskimi zastosowaniami już znanych technik. Fascynująca jest na przykład opowieść o hipotermii, kilka godzin spędzonych w lodowatej wodzie może uratować człowieka. Przy przywracaniu akcji serca Gupta opowiada się przeciw stosowaniu metody „usta-usta” i za skupieniem się na samym masażu serca.
Najnowsze badania możliwe są dzięki agencjom wojskowym. Doświadczenia na szczurach pozwoliły odkryć nowe zastosowanie siarkowodoru; gaz ten wstrzymuje wszelkie procesy życiowe u kuzynów myszy. Daje to niezbędny czas. Podobnie hibernacja czy kriogenika. Wstrzymanie procesów życiowych zapobiega nieodwracalnemu uszkodzeniu mózgu.
W jednym z rozdziałów Gupta stara się naukowo wyjaśnić odczucie doświadczenia śmierci. Odrzuca rozwiązania „nadprzyrodzone” i natury religijnej. Ukazuje badania i ludzi tłumaczących to zjawisko z perspektywy medycznej. Co istotne, nie wyśmiewa nikogo, kto woli wierzyć w doświadczenia pozanaukowe. Szanuje opinie innych i tym samym prosi o szacunek dla swoich przekonań. Tunel widziany przez osoby, które otarły się o śmierć, jest wynikiem zmniejszenia pola widzenia, ogarniająca jasność – to wzmożona aktywność ośrodków wzrokowych, eksterioryzacja zaś wywołana jest brakiem tlenu.
Gupta porusza też kwestię chirurgii płodowej. Wbrew nadziejom, do tej pory chirurgia ta nie przyniosła wielkich efektów.
W czasach kiedy na co dzień jesteśmy świadkami znieczulicy panującej w służbie zdrowia, wszechogarniającej biurokratyzacji w szpitalach i przychodniach, traktowania pacjenta przedmiotowo – książka Gupty daje nadzieję nie tylko na to, że wiek XXI może być okresem, kiedy lekarze potrafią poradzić sobie z takimi problemami jak zatrzymanie akcji serca, śmierć mózgowa czy godzinny brak oddechu. Jest także (nomen omen) światełkiem w tunelu, że ratowanie człowieka i leczenie nie stały się tylko „przykrym obowiązkiem”.
Polecam.
Moja ocena: 5

Mariusz Szczygieł „Gottland”

Mariusz Szczygieł, Gottland, Czarne, Wołowiec 2006, 239 s.

Wybór znakomitych reportaży poświęconych Czechom, uwikłanym w czasy, w jakich przyszło im żyć. Czechosłowacja i Czechy - Gottland - to kraj horroru, smutku i groteski. „Gottland” Mariusza Szczygła nie ma nic wspólnego ze stereotypową opowieścią o kraju wesołków, zabijających czas przy piwie.

Zabawa w skojarzenia
Z czym się kojarzy Czechosłowacja? Z Krecikiem, piwem, knedlikami, jarmiłkami, „śmiesznym” językiem. Może jeszcze ze Szwejkiem, Hrabalem i „Szpitalem na peryferiach”. Czasami z Praską Wiosną i Janem Palachem.
To wszystko stereotypy.

Rzeczywistość według Szczygła
Mariusz Szczygieł odrzuca potoczne skojarzenia i opisuje Czechosłowację jako kraj smutku, goryczy, utrąconych ludzi. Kraj, gdzie Franza Kafki się nie czytało, potocznie jednak używano powiedzenia „kafkárna” opisującego specyficzną kafkosko-komunistyczną logikę. Kraj, gdzie przez osiem lat stał największy pomnik Stalina, zaprojektowany przez Otokara Šveca, który popełnił samobójstwo w przeddzień odsłonięcia swego „dzieła”. Zwłoki Šveca znaleziono po kilkudziesięciu dniach; o jego śmierci nikt nie będzie chciał rozmawiać jeszcze w pół wieku później. Kraj, gdzie Tomáš Bata przekształcił rodzinny Zlín w pierwsze miasto funkcjonalistyczne, a na murze filcowni umieścił hasło: NIE CZYTAJCIE ROSYJSKICH POWIEŚCI. Odpowiedź można było znaleźć na murze gumiarni: ROSYJSKIE POWIEŚCI ZABIJAJĄ RADOŚĆ ŻYCIA. Bata kontrolował całe życie swoich pracowników. Był niczym Orwellowski Wielki Brat (Orwell napisał „Rok 1984” w kilkanaście lat później). Kraj, gdzie piosenkarka Marta Kubišova została zepchnięta w niebyt za jedną piosenkę i gdzie Karel Gott doczekał się własnego muzeum, tytułowego „Gottlandu”, dokąd ściągają pielgrzymki wiekowych fanów. Kraj, gdzie w kilkadziesiąt lat po samospaleniu Palacha, doszło do powtórnego aktu desperacji. I tak dalej i dalej. Kraj, jakiego nie znamy.

Język „Gottlandu”
Szczygieł pisze sugestywnie i barwnie. Z reporterską wnikliwością drąży, zadaje niewygodne pytania. Jest przy tym taktowny i cierpliwy. Stara się być obiektywny, lecz przez karty książki przebija się jego sentyment do Heleny Vondráčkovej, do Czechów.

Braki
Zdjęcia w książce są nieopisane, w sumie nic nie mówią, chociaż są ciekawe. Do którego tematu? Co mają zilustrować? To wie chyba tylko Szczygieł. No i okładka przypominająca kadr z czeskiego filmu: nikt nic nie wie. W wydaniu drugim enigmę zastąpiło zdjęcie pomnika Stalina i jest o wiele lepiej.

Summa summarum – „Gottland” podobał mi się bardzo. Szczygieł rozprawił się ze stereotypami, ukazał gorzko-smutną stronę historii naszych południowych sąsiadów, zdarł z nich zasłonę śmiesznego języka i beztroski, jaką znamy z filmów i seriali. Ukazał ludzi z krwi i kości, często nadal niewierzących w zmiany, pełnych strachu przed tym co było, uwikłanych w przeszłość już na zawsze.
Moja ocena: 5.5

sobota, 6 kwietnia 2013

Éric-Emmanuel Schmitt „Trucicielka”

Éric-Emmanuel Schmitt, Trucicielka, Znak, Kraków 2011, 248 s.

Książka „Trucicielka” i inne historie o namiętnościach to zbiór czterech wyjątkowych opowiadań bestsellerowego francuskiego autora. Schmitt porusza w nich kwestie poszukiwania miłości, nadziei, zwątpienia, ale tym razem wzbogaca je o coś nowego. O namiętność, analizę naszych najskrytszych pragnień, emocji. Uczuć, które w jednej chwili mogą nas wyzwolić lub doprowadzić do zbrodni.

Czytając „Trucicielkę” łatwo zagłębić się w emocjach targających bohaterami. Chociaż, jak to w literaturze, postaci są przerysowane, ale czyż na tym świecie mało jest ludzi, którzy pragną władzy, pieniędzy, miłości, zwycięstwa, spokoju za wszelką cenę? Te pragnienia bohaterów są wręcz maniakalne. Schmitt na kilkudziesięciu stronach stwarza całe mikrokosmosy obsesji, wynaturzonego pożądania przekraczającego wszelkie moralne granice. Bez niepotrzebnych dłużyzn, przy wycyzelowanym każdym zdaniu, ukazuje całą potworność ludzkiej natury.
Marie Maurestier - tytułowa „Trucicielka” – zauroczona młodym księdzem o anielskim imieniu Gabriel, w czasie licznych spowiedzi niemal pławi się w swych zbrodniach, analizuje je bez końca i jedyne czego nie czuje – to skrucha. Z kolei Greg z „Powrotu”, z pozoru rzetelny człowiek, jest po prostu bezmyślnym męskim bydlęciem skupionym na sobie. W „Koncercie Pamięci Anioła” Chris, młody muzyk, pozostawia zdolniejszego kolegę na pewną śmierć i wydaje się, że czyni to bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia; wręcz odwrotnie – cieszy się w duchu z pozbycia bardziej utalentowanego rywala. I wreszcie „Elizejska miłość” gdzie Schmitt na przykładzie pary prezydenckiej Francji ukazuje cały brud polityki i całą złożoność małżeńskiej miłości i nienawiści.
Opowiadania czyta się w błyskawicznym tempie. Nijak nie można ich odłożyć na później, odczekać. Bo na każdej kolejnej stronie może wydarzyć się coś nowego, bohater może w końcu być zmuszony do zapłaty za swoje czyny. Bo nawet najbardziej zatwardziali egoiści mogą przejść przemianę, mogą zapragnąć odkupić swe winy. Niektórzy przechodzą wewnętrzną przemianę, inni zaś zasklepiają się w swej manii. Inną sprawą jest to, że przemiana nie zawsze bywa korzystna. Jeśli ból i zwątpienie hartuje jednych, prowadzi do wynaturzenia u innych.
Schmitt bywa zbyt ckliwy i melodramatyczny, ale można na to przymknąć oko, bo czyż nie ulegamy chwilami iście „harlequinowskim” emocjom?
Tom opowiadań kończy „Pamiętnik autora”, gdzie Schmitt nie tylko opisuje, w jaki sposób rodzili się bohaterowie „Trucicielki”, „Powrotu”, „Koncertu...” i „Elizejskiej miłości”, ale też snuje myśli na temat długości współczesnych powieści i oczekiwań ludzi.
Moja ocena: 5.5


* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka;
Opowiadając swoją historię, Marie czerpała radość z tego, że wreszcie może ją z siebie wyrzucić, może pokazać komuś swoje wspomnienia, a zwłaszcza z odkrywania pobudek, których się nie spodziewała. Bo o ile zabójstwa pozostawały wciąż takie same, powody, z których je popełniła, zmieniały się od poniedziałku do niedzieli. Który był prawdziwy? Ten z wtorku, środy, piątku czy soboty? Wszystkie. Pasjonowały ją te szczegóły. Ponieważ latami musiała trzymać się tego, że jest niewinna, zagłębianie się w wersji „winna" pozwalało jej uchwycić złożoność swojego zachowania, nieskończony wachlarz własnych intencji.

Schmitt Éric-Emmanuel; Powrót;
Zdaniem Grega miłość była obowiązkiem albo powinnością. Ponieważ poświęcał się dla swoich córek, były mu winne uczucie. Jego ojcowskie przywiązanie wyrażało się zaś w znojnej pracy. Nie podejrzewał nawet, że miłość może polegać na uśmiechach, pieszczotach, czułości, śmiechu, obecności, zabawie, na tym, że ofiaruje się komuś swój czas, że się go z nim dzieli. We własnych oczach miał wszelkie powody, aby uważać się za dobrego ojca.

Schmitt Éric-Emmanuel; Powrót;
Bo Greg przeżywał ból, którego się nie spodziewał. Zaczął myśleć. W jego umyśle toczyła się nieustająca praca, snuły się refleksje, które go wycieńczały. Nie, nie zmienił trybu życia, tylko ktoś inny wcielił się w niego, jakiś inny Greg zamieszkał w jego skórze, inna świadomość, moralność i umysłowość urządziły się w ciele niegdyś spokojnego bydlaka.

Schmitt Éric-Emmanuel; Koncert „Pamięci anioła”;
Każdy człowiek jest odpowiedzialny za każdego, za swojego brata i innych. Zabić to znaczy zapomnieć. Stosować przemoc to zapomnieć.

Schmitt Éric-Emmanuel; Koncert „Pamięci anioła”;
Kiedy stajemy się tym, kim mamy być? W młodości czy później? Jako nastolatki, mimo danej nam inteligencji i temperamentu, jesteśmy w dużej mierze tworami edukacji, naszego środowiska, rodziców; jako dorośli, tworzymy siebie sami, poprzez własne wybory.

Schmitt Éric-Emmanuel; Koncert „Pamięci anioła”;
Nawet jeżeli zawsze będziesz ofiarą innych, możesz nie być ofiarą samego siebie. To leży w twojej mocy. To zależy tylko od ciebie.

Schmitt Éric-Emmanuel; Elizejska miłość;
- Jak znosisz to, że mam kochanki?
- Jestem zachwycona, że inne kobiety wykonują robotę, na którą ja nie mam już ochoty.
Zatrzymał się i przyjrzał jej uważnie, zaciskając pięść, aby powstrzymać się od uderzenia.

Schmitt Éric-Emmanuel; Elizejska miłość;
Podszedł do niej z groźnym wyrazem twarzy.
- Dlaczego ode mnie nie odejdziesz?
- To by ci sprawiło zbyt wielką przyjemność.
- A dla ciebie to by nie była przyjemność?
- Moja zemsta polega na tym, żeby z tobą zostać.
- Ale byłabyś wolna!
- Ty też. I umiałbyś, mój drogi Henri, lepiej korzystać ze swojej wolności niż ja ze swojej. Więc wolę sobie odmówić, aby i ciebie pozbawić tej możliwości. W poświęcaniu się będę zawsze lepsza od ciebie.

Schmitt Éric-Emmanuel; Elizejska miłość;
Można nie wierzyć w świętych Kościoła katolickiego, ale trzeba przyznać, że pod tą marką spotyka się nie najgorsze postacie.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Uważam, że sztuka pisania, tak jak sztuka graficzna, polega na dokonywaniu wyborów: dobrze wykadrować, określić najciekawszy do opowiedzenia moment, powiedzieć dużo, używając niewielu słów.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
W Toronto gawędzę z pewnym krytykiem literackim. Wokół nas stosy książek, wszelkich możliwych książek, tanich powieści, wypromowanych w ramach szalonego marketingu, prawdziwej literatury, książek napisanych przez gwiazdy sportu lub telewizji, które są sławne nie dlatego, że piszą, ale piszą, bo są sławne, i tak dalej. Opanowuje mnie coś w rodzaju mdłości, których nie ukrywam przed moim rozmówcą.
- Jak się panu udaje wyselekcjonować, wybrać coś z tych książek? - pytam go.
- Liczę trupy.
-  Słucham?
- Liczę trupy. Jeżeli są więcej niż dwa, to książka bez wartości. Jeden lub dwa, to literatura. Jeżeli nie ma w ogóle - to książka dla dzieci.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Chcemy pisarstwa olejnego, wielu grubych warstw, rozdziałów z opisami, dialogów, które mają gęstość codziennej paplaniny; jeżeli powieść jest usytuowana w przeszłości, wymagamy od niej wiedzy historycznej, a jeżeli dzieje się współcześnie - potwierdzonych dowodami analiz dziennikarskich. Krótko mówiąc, lubimy znój, pot, udokumentowane umiejętności, pracę, którą widać: chcemy pokazać egzemplarz przyjaciołom, dowieść im, że nie daliśmy się oskubać artyście ani sprzedawcy.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Wyłuskanie z opowiadania tego, co w nim niezbędne, unikanie niepotrzebnych perypetii, sprowadzenie opisu do sugestii, odtłuszczenie tekstu, pozbycie się wszelkich autorskich upodobań – to wymaga czasu, to wymaga godzin analizy i krytyki.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Mam wrażenie, że tutejsi [włoscy] krytycy doskonale zrozumieli, co próbuję robić, bo znają na pamięć „Wykłady amerykańskie” Italo Calvino, jedną z moich ulubionych książek. Nie szokuje ich to, że intelektualista dąży do lekkości, prostoty; wprost przeciwnie, są pełni uznania, bo wiedzą, jakie to trudne. Dzięki łacińskiej finezji potrafią odróżnić prostotę od uproszczenia.
Uproszczenie: ignorancja wobec tego, co złożone.
Prostota: rozwiązanie trudności.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Opowiadanie jest szkicem powieści, powieścią, z której wykreślono wszystko, co zbędne.
Ten wymagający gatunek nie wybacza zdrady.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Dramaturdzy lubią opowiadanie, bo wydaje im się, że odbiera ono czytelnikowi wolność, że przekształca go w widza, który nie może wyjść w trakcie przedstawienia, chyba że chce definitywnie opuścić fotel. Opowiadanie daje pisarzowi taką właśnie władzę, władzę nad czasem, moc tworzenia napięcia, oczekiwań, niespodzianek, moc pociągania za sznurki emocji i inteligencji, a potem, nieoczekiwanie, spuszczenia na wszystko kurtyny.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Noszę w sobie przekonanie, że każda historia ma swój ciężar gatunkowy, który wymaga odpowiedniego formatu pisarskiego.
Wiele powieści przypomina wyrób czekoladopodobny, w którym brak czekolady, inaczej mówiąc, więcej wypełniania dziur niż czystej treści. Często tekst jest rozciągnięty, wyczerpujące opisy przypominają raczej protokół komornika, dialogi są przeniesione prosto z życia i psują styl, teorie znoszą się nawzajem w sposób dowolny, wydarzenia, mnożą się niczym komórki rakowe.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
A więc nigdy nie zwróciłem uwagi na to, jak bardzo, z upływem lat, stajemy się wolni. W wieku dwudziestu lat jesteśmy tym, co uczyniło z nas wykształcenie, ale już około czterdziestu – tym, co powstało w wyniku własnych wyborów, jeżeli takich dokonaliśmy.
Młody człowiek staje się takim dorosłym jakiego chciało jego dzieciństwo. Zaś człowiek dojrzały jest dzieckiem młodego człowieka.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Siła woli.
Bez niej wszyscy ulegalibyśmy impulsom przemocy. Kto, ogarnięty nagle gniewem, strachem, wściekłością, nie pragnął, przez ułamek sekundy, uderzyć, a nawet zabić drugiego człowieka?
Czasem myślę, że wszyscy jesteśmy mordercami. Większość ludzkości, ta, która panuje nad sobą, jest złożona z morderców wyobrażonych; mniejszość - z morderców realnych.

Schmitt Éric-Emmanuel; Trucicielka i inne opowiadania; [Pamiętnik autora];
Odkupienie, którego dokonujemy dzięki uświadomieniu sobie różnych rzeczy, zwykle przychodzi za późno. Zło się dokonało... Poprawa nie wymaże nic z tego, co już się stało.

Norbert Potthoff „W labiryncie scjentologii”

Norbert Potthoff, W labiryncie scjentologii, Videograf II, Katowice 2001, 280 s.

Autobiograficzna powieść Norberta Potthoffa jest książką niebezpieczną. Biorąc ją do ręki, okazujecie Państwo zainteresowanie najbardziej skrywanymi tajemnicami sekty, która uważana jest za najbogatszą i najpotężniejszą w Stanach Zjednoczonych. Sekty, która w ciągu niespełna pół wieku zwerbowała osiem milionów wyznawców na całym świecie. Sekty, do której należą tak znane postaci jak aktorzy: John Travolta, Tom Cruise, Nicole Kidman, Kristie Alley.

Recenzję „W labiryncie” zaczynałam trzykrotnie i nijak nie mogłam wyjść poza kilka pierwszych zdań, więc wyrzuciłam wszystko do wirtualnego kosza i zaczynam po raz czwarty, tym razem zostawiając notatki zamknięte. Po prostu napiszę to, co czuję.
Potthoff wpadł w sidła scjentologów w typowy sposób: dał sobie wmówić, że czegoś w jego życiu brakuje i organizacja (nie używał słowa „sekta”) pomoże mu „to” zyskać. Nim oszołomy wierzące w tyrana Xenu wzięły się za Potthoffa, miał on dobrą pracę, żonę i dwie córki. Kiedy Potthoff skończył z oszołomami był bez pracy, miał długi i mieszkanie, gdzie z powodu niepłacenia rachunków odcięto mu gaz, prąd i telefon. Żona wraz z córkami zerwała z nim kontakt w międzyczasie.
Facet wydawał masę kasy na szkolenia, auditing i inne programy mające służyć dostąpienia „Oczyszczenia” (a raczej „wyczyszczenia” go z pieniędzy). W pewnej chwili Potthoff miał już tak wyprany mózg, że bez wahania podpisał kontrakt o pracę w Sea Org. (organizacji scjentologicznej) na kilka milionów lat (sic!).
Niestety niewiele pisze tak o Sea Org., jak i o Commodore's Messenger Organization (CMO) – elitarnej jednostce Hubbarda. Skupiony na swoim nieszczęściu, Potthoff nie dostarcza w sumie istotnych informacji o działaniu sekty. O obozach rehabilitacyjnych też wspomina mimochodem i kończy, jak tylko zaczyna się robić ciekawie. (Rehabilitacja polegała na zamknięciu w starej kotłowni wraz z innymi „przestępcami”, całkowitym zakazie rozmów, złym odżywianiu i iście kafkowskim podejściu do człowieka.)
Zapiski Potthoffa czyta się szybko, acz chwilami są niezrozumiałe dla osób nieobeznanych z zasadami scjentologii. Warto poświęcić książce trochę czasu, chociażby po to, żeby poznać scjentologię nie tylko z „pudelkowych” doniesień o Tomie Cruisie czy Johnie Travolcie.
Moja ocena: 3

Kazuo Ishiguro „Nokturny”

Kazuo Ishiguro, Nokturny, Albatros A. Kuryłowcz, Warszawa 2010, 280 s.

Pięć subtelnych opowiadań psychologicznych nagrodzonego Bookerem autora „Okruchów dnia” i „Nie opuszczaj mnie”, połączonych uniwersalnymi tematami - miłości, muzyki i nieubłaganego upływu czasu. Oblewane łagodnym światłem zakątki Wenecji, mieszkanie w gwarnym Londynie, sala w ekskluzywnym hotelu w Beverly Hills stają się sceną wydarzeń, na której pojawiają się kolejne postacie - marzyciele, muzycy, blaknące gwiazdy estrady. Każde z nich znajduje się w przełomowym momencie swojej drogi życiowej. Ishiguro opowiada o życiu i jego wartości, o poszukiwaniu sensu i porządku w przemijającym świecie. Wspólną cechą „nokturnów” jest ich lekkość i humor; pod tym względem stanowią prawdziwe perełki.

Ojej, opowiadania. Nie powiem, żeby mnie ucieszył ten wybór. Z drugiej strony – nie musiałam czytać wszystkich. Wystarczyło przeczytać jedno.
Wieczór, za oknem śnieg, na parapecie włączona lampka do czytania, u boku śpi mała. Otworzyłam „Nokturny”, coby szybko przeczytać jedno opowiadanie i mieć odhaczony obowiązek. Wieczór łagodnie zmienił się w późną noc, z jednego przeczytanego opowiadania zrobiły się dwa, później trzy, cztery i pięć. I nagle okazało się, że jest trzecia nad ranem a ja książkę skończyłam.
„Nokturny” łączy nie tylko łagodny sentymentalizm i sceneria nocy. Wszystkie pięć opowiadań pełnych jest emocji z domieszką rozgoryczenia i smutku. Ale Ishiguro nie smęci, nie gdera. Smutek pełen jest nostalgii, a rozgoryczenie wynika z doświadczeń dojrzałego obserwatora. Mamy w „Nokturnach” opowieści o słodko-gorzkim życiu w blasku fleszy, gdzie piękne, ckliwe piosenki sobie, a życie ich wykonawcy – sobie. Gdzie nie ma miejsca na prawdziwe uczucia, często nie ma miejsca na prawdziwy talent, bo w show biznesie liczy się przede wszystkim wygląd. Gdzie muzyka jest traktowana jako coś niepoważnego, kaprys, a nie – ciężka praca i talent. Albo gdzie strach przed utratą talentu prowadzi do całkowitego zaniechania gry. Gdzie przyjaźń przeradza się w znudzenie i rutynę, a asertywność jest tylko marzeniem.
Ishiguro subtelnie gra na emocjach czytelnika, wzrusza go, zmusza do refleksji, chwilami rozśmiesza do łez. W opowiadaniach „Come Rain or Come Shine” czy „Nokturn” są fragmenty pełne tak błyskotliwie napisane, że nie obraziłabym się, gdyby Ishiguro częściej sięgał po śmiech, aby dotrzeć do czytelnika. Tym bardziej że poprzez absurdalność opisywanych sytuacji, pisarz ukazuje, jak nielogiczne są chwilami poczynania ludzi.
W „Uwodzicielskim głosie” aby ukazać, jak bardzo ludzi determinuje to, skąd pochodzą i w jakich czasach żyli, Ishiguro wplata akcent polski. Polski uliczny muzyk nagle musi skonfrontować swoje wspomnienia z twardą rzeczywistością. Polak wychowany w nierealnym systemie pełen jest nierealnego romantyzmu.
W pozostałych dwóch opowiadaniach „Malvern Hills” i „Wiolonczeliści” dominuje poczucie straty. W pierwszym opowiadaniu muzyka wygrała z rodziną, w drugim – fałszywe poczucie własnej wartości prowadzi do przegranej muzyki.
Muzyka jednakże jest tylko tłem, pretekstem do ukazania ludzkich postaw. Jeśli ktoś lubi krótkie formy opisane kunsztownie i z dowcipem, zachwyci się „Nokturnami”.
Moja ocena: 4

Ryszard Kapuściński „Podróże z Herodotem”

Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem, Znak, Kraków 2004, 264 s.

Kiedy Ryszard Kapuściński wyruszał w swoją pierwszą zagraniczną podróż, dostał w prezencie „Dzieje” Herodota. Dzieło starożytnego historyka towarzyszyło mu w wędrówkach po Indiach, Chinach, Azji Mniejszej i Afryce. W tej książce sławny reporter opowiada o wielu fascynujących wydarzeniach politycznych i historycznych, których był naocznym świadkiem, zestawiając je z faktami opisywanymi przez Herodota. Zastanawia się, jak sposób podróżowania, przekazywania wiadomości i opisywania dziejów wpływa na rozumienie świata. I choć wydawać by się mogło, że od czasów Herodota w pracy reportera zmieniło się prawie wszystko, to jednak i współcześnie, mimo natłoku informacji z różnych części globu, trudno zrozumieć bieg historii. Dla tych, którzy chcą podjąć ten wysiłek, książka Ryszarda Kapuścińskiego jest wspaniałym przewodnikiem, przede wszystkim dlatego, że nie udziela gotowych odpowiedzi, a uczy stawiać mądre pytania.

Chyba najłatwiej jest napisać recenzję „na nie”, wgnieść autora i jego dzieło vel produkt w błoto, opluć lub co najmniej wyżyć się na proponowanej bylejakości i przeciętności. Ale jak opisać bez popadania w patos czy banał książkę, która spodobała się tak, że ach i och?
Jeśli popadnę w ów patos, z góry przepraszam.
W ramach Dyskusyjnego Klubu Książki przeczytałam „Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego. Już od pierwszych stron książka wciągnęła mnie po uszy, oczy i nos. W pociągu, przed spaniem, wybudzona w środku nocy, w kolejce do lekarza – każda chwila była odpowiednia.
Kapuściński pod pretekstem przyjrzenia się bliżej „Dziejom” Herodota i samemu Grekowi, wspomina własne wyjazdy. Zaczyna od swego pragnienia, żeby „w ogóle przekroczyć granicę. Choćby tę z Czechosłowacją” i snuje opowieść o wyprawie do... Azji. To pragnienie „przekroczenia granicy” w dobie Unii Europejskiej i pustych budek celników na zachodzie Europy, nie ma już takiego wydźwięku. Ale sama pamiętam ekscytację kiedy będąc w Cieszynie, minęłam celnika i oto przede mną ukazał się Český Těšín. Cóż, ja zaczęłam od Czechosłowacji, Kapuściński poleciał do Indii.
Opisy Kapuścińskiego są sugestywne, dynamiczne i obrazowe. Opowieści przypominają gawędy wszędobylskiego podróżnika. Czasami są śmieszno-smutne, chwilami przerażające, lecz zawsze pełne pasji i życia. Tak pisać – to dar. I Kapuściński swój dar wykorzystywał w pełni. Napisać książkę-reportaż, książkę podróżniczą i nie znudzić czytelnika, nie zirytować go, nie uśpić – to sztuka. Wnikliwe obserwacje, błyskotliwe myśli i naraz historia dziejąca się kilkadziesiąt lat temu, gdzieś w Afryce czy Azji Mniejszej, nabiera znaczenia, zaczyna ciekawić. Stąd już tylko jeden krok do sięgnięcia po książki takie jak „Cesarz”, „Jeszcze dzień życia” czy „Szachinszach”.
Bo przede wszystkim „Podróże z Herodotem” stanowią syntezę twórczości Kapuścińskiego. Językiem smakujemy nazw egzotycznych miast i miejsc: New Delhi, wschód słońca w Benares, Kalkuta. Kolejna była podróż do Chin: Pekin i Wielki Mur. Pobyt w Kairze w 1960 roku i niemożność pozbycia się pustej butelki po piwie. Naiwność podróżnika wyprowadzonego na skraj miasta, który z własnej woli wchodzi po wąskich, stromych schodach na szczyt opuszczonego meczetu i tam daje się obrabować. Irańska rewolucja 1979 roku i wschód słońca przy Persepolis, kamiennym mieście założonym przez Dariusza i rozbudowanym przez Kserksesa.
Jeszcze słówko o bohaterze tytułowym. Herodot jawi się na stronach książki jako pierwowzór starożytnego reportera, człowieka ciekawego wydarzeń i świata, przychylnego ludziom. Historia powtarzana przez Kapuścińskiego za Grekiem pełna jest nieścisłości i niedomówień. Stawiając sprawę jasno: „Dzieje” Herodota nie są podręcznikiem do nauki historii Grecji. Ale za to z jaką fantazją Herodot pisał! A jak Kapuściński o nim pisał! „Wyobrażałem sobie, że przychodzi, kiedy jestem nad brzegiem morza, odkłada laskę, wytrzepuje z sandałów piasek i od razu zaczyna rozmowę. Pewnie należy do tych. gadułów, którzy polują na słuchaczy, muszą mieć słuchaczy, bez nich usychają, nie potrafią żyć. Są to natury niestrudzonych i wiecznie podekscytowanych pośredników — gdzieś coś widzą, coś słyszą i zaraz muszą to przekazać innym, nie są w stanie nawet na moment zatrzymać tego dla siebie. W tym upatrują swoją misję, to jest ich pasją. Pójść, pojechać, dowiedzieć się i natychmiast rozgłosić to światu!”
Książkę Kapuścińskiego polecam szczególnie tym, którzy jeszcze się z jego twórczością nie zetknęli. Jak dla mnie – bomba!
Moja ocena: 6


* * *

Kapuściński Ryszard; Podróże z Herodotem;
Ciekawy to temat – ludzie zbędni w służbie przemocy. Społeczeństwo rozwinięte, ustalone, zorganizowane jest zbiorowością wyraźnie określonych, zdefiniowanych ról, czego nie da się jednak powiedzieć o dużej części mieszkańców miast Trzeciego Świata. Całe ich dzielnice zapełnia żywioł nieuformowany, płynny, bez wyraźnego zaszeregowania, bez pozycji, miejsca czy przeznaczenia. W każdej chwili z byle powodu ludzie ci mogą utworzyć zbiegowisko, ciżbę, tłum, który o wszystkim ma zdanie, na wszystko ma czas, chciałby w czymś uczestniczyć, coś znaczyć, ale nikt na niego nie zwraca uwagi, nikt go nie potrzebuje.
Wszelkie dyktatury żerują na tej bezczynnej magmie. Nie potrzebują nawet utrzymywać kosztownej armii etatowych policjantów. Wystarczy sięgnąć po tych szukających czegokolwiek w życiu ludzi. Dać im poczucie, że do czegoś mogą się przydać, że ktoś na nich liczy, że zostali zauważeni, coś mogą znaczyć.
Korzyści z tego związku są obopólne: człowiek z ulicy, wysługując się dyktaturze, zaczyna czuć się częścią władzy, kimś ważnym i znaczącym, a dodatkowo, ponieważ zwykle miał on na sumieniu jakieś drobne kradzieże, bójki, oszustwa, teraz nabiera przekonania o bezkarności, dyktatura natomiast ma w nim taniego, wręcz darmowego, a gorliwego i wszechobecnego agenta-mackę. Czasem zresztą nawet trudno nazwać go agentem. Bo to tylko ktoś, kto chce być dostrzegany przez władzę, pilnuje, żeby być widocznym, przypomina o sobie, zawsze chętny, aby oddać przysługę.

Kapuściński Ryszard; Podróże z Herodotem;
Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia.

Kapuściński Ryszard; Podróże z Herodotem;
Z Chin, podobnie jak z Indii, wyjeżdżałem z poczuciem straty, nawet z żalem, ale jednocześnie było w tym coś ze świadomej ucieczki. Musiałem uciekać, ponieważ zetknięcie z nowym, nie znanym mi dotąd światem zaczynało wciągać mnie w jego orbitę, całkowicie wchłaniać, maniacko opanowywać i uzależniać. Od razu ogarniała mnie fascynacja, paląca chęć poznania, całkowitego pogrążenia się, rozpłynięcia, utożsamienia. Jakbym się tam urodził i wychował, tam zaczynał żyć. Natychmiast chciałem uczyć się języka, chciałem przeczytać masę książek na temat, poznać każdy zakamarek nieznanej mi ziemi.
Była to jakaś choroba, jakaś niebezpieczna słabość, bo równocześnie uświadamiałem sobie, że te cywilizacje są tak ogromne, bogate, złożone i różnorodne, iż aby poznać choćby fragment jednej z nich, bodaj skrawek tylko, trzeba by poświęcić temu całe życie.

Joanne K. Rowling „Trafny wybór"

Joanne K. Rowling, Trafny wybór, Znak, Kraków 2012, 512 s.

„Trafny wybór" to pierwsza książka J.K. Rowling dla dorosłych czytelników! Niespodziewanie w rocznicę swojego ślubu umiera Barry Fairbrother, członek rady Pagford. Trzeba przeprowadzić przedterminowe wybory. Rozpoczyna się bezpardonowa walka o władzę, podczas której wychodzą na jaw niechlubne tajemnice szanowanych obywateli. Urocza miejscowość z brukowanym rynkiem i wiekowym opactwem już nigdy nie będzie taka jak dotąd. Wybucha wojna bogatych z biednymi, zbuntowanych nastolatków z rodzicami, wojna żon z mężami i nauczycieli z uczniami. Kto przejmie stołek po Barrym? Kto najdalej się posunie w tym zaciekłym konflikcie? Autorka bestsellerowej serii o nastoletnim czarodzieju tym razem pisze pełną czarnego humoru, błyskotliwą i prowokującą opowieść o prowincjonalnym angielskim miasteczku. „Trafny wybór" to bezlitosny portret społeczności, w której króluje plotka, snobizm i hipokryzja.

Trudna sprawa z tą książką Rowling. Wielki szum wokół autorki i jej pierwszej powieści „dla dorosłych”. Wraz z czytaniem kolejnych tomów „Harry’ego Pottera” odczuwałam, że Rowling ma coraz bardziej sadystyczne, mroczne ciągotki. W końcu dała temu upust w „Trafnym wyborze”. Mało tego, popełniła wszystkie błędy, które zdarzały się jej w sadze o czarodzieju: przegadanie, mnożenie bohaterów, zbędne wątki. Aby tylko było dużo – akcji, słów i stron. Książce nie wyszło to na dobre.
Małe, wydawałoby się, że wręcz idylliczne, miasteczko w Anglii – Pagford a  w nim mieszkańcy, których toczą: zazdrość, głupota, chęć władzy. Właściwie Rowling wymieniła wszystkie siedem grzechów głównych i dodała jeszcze kilka: narkomania, molestowanie seksualne dzieci, nieodpowiedzialność. W trakcie rozpisywania się o wszelkich przywarach pagfordczyków umyka jakoś główny temat powieści: walka o wakat radnego. Rowling z sadystyczną dokładnością odmalowuje małomiasteczkowych Anglików pogrążonych w iście makiawelicznych gierkach. Tak się zapaliła do ukazania ich w krzywym zwierciadle, że umknęło jej coś ważnego: brak tam w sumie pozytywnych postaci. Wszyscy są źli, nieprzyjemni i odrażający. Na dobrą sprawę tylko zmarły bohater był człowiekiem dobrym, wręcz aniołem. Tym samym staje się strasznie papierowy i nierealny.
Rowling stara się też zwrócić uwagę na problemy młodzieży, zatem do mnogości dorosłych bohaterów dorzuca kilka postaci nastolatków. Wśród nich jedyną istotą, która ma w sobie zalążki czysto ludzkich odruchów, jest córka narkomanki, udręczona demonami matki i przytłoczona sytuacją, w jakiej przyszło jej żyć. To zresztą nie jest nawet życie, to wegetacja.
Rowling starała się napisać powieść obyczajową i prawdę mówiąc, nie bardzo jej to wyszło. Dziwnie zazębiające się wątki, zakrawające o nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, nadmiar treści i rozwlekłość, niepotrzebna wulgarność. Nie wiem, czy sięgnęłabym po „Trafny wybór”, gdyby to nie była powieść Rowling. Z drugiej jednak strony, autorka musiała uporać się z „syndromem drugiej książki” i patrząc w ten sposób, można rzec, że wyszła z tej próby z tarczą. Bo pomimo wszelkich opisanych powyżej wad, „Trafny wybór” można traktować jako dość dobre czytadło, literaturę rozrywkową.
Ale wahałabym się, czy polecać ją innym.
Moja ocena: 3


Margaret Atwood „Kobieta do zjedzenia”

Margaret Atwood, Kobieta do zjedzenia, Zysk i S-ka, Poznań 2004, 304 s.

Bohaterkami tej powieści są dziewczęta, które pragną żyć pełniej i bardziej świadomie kształtować swój los. W poszukiwaniach własnego modelu życia spotyka je więcej rozczarowań niż satysfakcji. Świat, który pragną podbić jawi im się jako monstrualny koszmar, a mężczyzna jako ucieleśnienie jego drapieżności i żarłoczności.

Gdyby dodać kilka gadżetów: komórkę, tablet czy laptopa, nikt by nie zauważył, że „Kobieta do zjedzenia” została napisana ponad czterdzieści lat temu. Pomimo upływu tylu lat, problemy i dylematy kobiet pozostały w dużej mierze takie same: pragnienie usamodzielnienia się, samostanowienia o sobie, zrozumienia otaczającego świata.
„Kobieta do zjedzenia” jest powieścią feministyczną, choć termin ten nie pada ani razu ani na kartach książki. Zarówno Marian – główna bohaterka, jak i Ainsley – jej współlokatorka zmagają się z typowo babskimi problemami. Marian tonie w konwenansach, poddaje się woli mężczyzny i jednocześnie coraz bardziej gubi się w otaczającym ją świecie. U Ainsley zaś – bardziej wyzwolonej z lokatorek – grają hormony.
Jednocześnie Atwood ukazuje skostniały, tradycyjny świat mężczyzn. Świat, który pożera wręcz kobiety pragnące wychylić się poza granice drobnomieszczańskich form. Tym samym Marian zaczyna się czuć jak tytułowa „kobieta do zjedzenia”, podzielona na części i powoli zjadana przez ukochanego i jego oczekiwania.
Raczej nie jest to książka dla mężczyzn. Nie zrozumieją jej lub nie potraktują poważnie. Zbyt głęboko tkwią w nich nagromadzone stereotypy.
Moja ocena: 5

José Carlos Somoza „Klucz do Otchłani”

José Carlos Somoza, Klucz do Otchłani, Muza, Warszawa 2009, 491 s.

Daniel Kean, młody urzędnik kolei wiedzie nudną egzystencję aż do chwili, gdy podczas zwykłego dnia pracy odkrywa w pociągu pasażera z bombą przymocowaną do ciała. Zanim jest w stanie zareagować, nieznajomy proponuje mu ryzykowny układ. Począwszy od tego momentu rodzina Daniela znajdzie się w niebezpieczeństwie, a jedynym sposobem, by ją ocalić, okaże się odnalezienie inspiratorów zamachu.

Powieść o kluczu i z kluczem. Staram się nie zaglądać na koniec książki w czasie czytania i dlatego nie mam zamiaru wręczyć nikomu Somozowskiego „klucza” do książki, wystarczająco często natrafiałam nań w innych recenzjach. Sam „klucz” nie jest aż tak istotny i w niczym nie przeszkadza w odbiorze powieści.
Z jednej strony mamy u Somozy powieść fantastyczno-przygodową, z drugiej zaś jest to opowieść o potrzebie wiary. Człowiek musi w coś wierzyć, żeby nie pogubić się w świecie. Czasami niestety wiara ta oparta jest na nader fikcyjnych podstawach.
U Somozy, jak to u Somozy – bohaterowie są wyraziści, fabuła sensowna, akcja trzyma w napięciu. Czegóż chcieć więcej? Nie przepadam za fantastyką, jednak powieść jest napisana wartkim, żywym językiem. Polecam szczególnie osobom zachwycającym się klasykami fantastyki i powieści grozy. W tym tkwi klucz do powieści, a jaki – niech każdy sam sobie sprawdzi.
Moja ocena: 4.5

* * *

Somoza José Carlos; Klucz do Otchłani;
Każdy, kto czyta, staje się dziwakiem. Czytanie daje wiedzę, a ponieważ wokół dominuje raczej ignorancja, wiedza oznacza dziwactwo.

Somoza José Carlos; Klucz do Otchłani;
A cóż warte są pomysły, które na zawsze pozostają tylko w głowie?

Somoza José Carlos; Klucz do Otchłani;
Obłęd to konsekwencja wiedzy.

Meg Gardiner „Klub Tajemnic”

Meg Gardiner, Klub Tajemnic, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2010, 416 s.

Amerykański debiut Meg Gardiner, znanej w Wielkiej Brytanii autorki powieści sensacyjnych, znakomity, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji thriller rekomendowany przez Stephena Kinga. San Francisco jest wstrząśnięte domniemanym samobójstwem prokurator Callie Harding. Prowadzone przez kobietę BMW, wbrew wszystkim prawom fizyki, staranowało barierę na moście i zakończyło swój krótki lot wbite w jadącego ulicą poniżej minivana. Jo Beckett, lekarz psychiatra, zajmująca się psychologiczną autopsją ofiar i sprawców przestępstw, zostaje oddelegowana do zbadania tej sprawy. Uparta i wybitnie inteligentna kobieta szybko odkrywa, że pozornie przypadkowe zdarzenie jest w rzeczywistości kolejnym w ciągu niewyjaśnionych samobójstw wśród najbogatszych i najbardziej uznanych ludzi w mieście. Wraz z oficer SFPD, Amy Tang, Beckett wpada na trop Klubu Tajemnic, nieformalnej organizacji zrzeszającej anonimowych przedstawicieli elit, a do jej członków należeli między innymi, nieżyjący już projektant mody oraz znany sportowiec. Jo, która wciąż nie może się pogodzić z niedawną śmiercią męża, usiłuje za wszelką cenę rozwikłać tajemnicę i dojść motywów kierujących grupą, jednak sytuacja zaczyna ją przerastać. Gdy kobieta otrzymuje list, w którym ktoś wyjawia, że zna jej mroczną, skrywaną od lat tajemnicę, Jo zaczyna się lękać o własne życie...

Każdy ma tajemnice, ale ilu z nas chowa w szafie naprawdę okropne szkielety, sekrety tak ohydne, że zniesmaczyłyby i skompromitowały nas jako ludzi, a otoczenie odwróciłoby się od nas z odrazą? Tytuł sugeruje opowieść o tajemnicach, a te wszak mogą być niewinne, wstydliwe zaledwie, czy wręcz romantyczne. Polski wydawca się nie popisał, bo w oryginale jest Klub Brudnych Sekretów i o takowe chodzi.
Początek powieści jest obiecujący: trzęsienie ziemi, dziwne wyzwanie. Potem samobójcza jazda samochodem i samozagłada. Wkracza do akcji doktor Beckett, która jako psycholog nieboszczyków ma wyrokować czy denat postanowił sam rozstać się ze światem, czy też ktoś mu pomógł. Trzeba przyznać, że Gardiner pomysły ma ciekawe. Im dalej w treść jednak, tym gorzej. W pewnej chwili Klub Brudnych Sekretów zaczyna przerastać autorkę i nie potrafi podać naprawdę wymyślnych, wstydliwych tajemnic. Akcja gmatwa się, plącze, co kilkanaście rozdziałów cofamy się w czasie, żeby poznać przesłodzony, wyidealizowany związek doktor Beckett, mnożą się nieścisłości.
„Klub Tajemnic” nie zapada głęboko w pamięć. Ale jako powieść do poduszki, do podróży – jest idealna. Raczej nie uśpi czytającego czy nie znudzi podróżnika. Gardiner napisała w sumie trzy powieści, gdzie główną bohaterką jest Jo Beckett, czwarta jest w przygotowaniu. Można mieć tylko nadzieję, że Albatros wyda kiedyś kolejne książki, aby można było dokonać porównania czy pisarstwo Gardiner naprawdę się rozwija, czy też pochwała Stephena Kinga na okładce książki pozostaje tylko pustym zdaniem.
Moja ocena: 3.5

Steve Hamilton „Zimny dzień w Raju”

Steve Hamilton, Zimny dzień w Raju, Amber, Warszawa 2008, 240 s.
 
Poruszający do głębi kryminał o przeszłości, która powraca i chwyta teraźniejszość za gardło Nosi kulę tuż przy sercu. A w sercu obraz tamtej nocy. Kiedy siedział naprzeciwko szaleńca i nie zrobił nic. Szaleniec strzelił. Zabił jego partnera, a jego trafił o centymetr nad sercem. Od tamtej pory Alex nie jest już policjantem. Nie robi nic ważnego. Na próżno szuka spokoju w małym miasteczku wśród lasów Michigan. Po czternastu latach przyjmuje jednak zlecenie jako prywatny detektyw. I w pierwszym śledztwie morderca - jego morderca - powraca. A przecież od lat siedzi w najbardziej strzeżonym więzieniu. Kto więc osacza Alexa, telefonuje, przysyła listy i róże? Kto usiłuje nawiązać przerażającą chorobliwą więź z Alexem? I kto zabija, jak twierdzi... dla Alexa?

Początek jest nudnawy, potem akcja się rozkręca. „Zimny dzień w Raju” nawiązuje do klasyki kryminału i to jest niewątpliwy plus. Do ostatniej strony Hamilton skrywa przed czytelnikami tajemnice. Z kolei Alex McKnight ma prawie wszystkie cechy rasowego detektywa: jest po przejściach, nieco zgorzkniały, ma swój kodeks honorowy. Niestety chwilami bywa zbyt naiwny i łatwowierny.
Ale jeśli znajdę kolejną część opowiadającą o Aleksie McKnighcie, to chętnie przeczytam. I dowiem się, kto znowu okazał się po prostu złym człowiekiem, pchniętym do złych czynów z czysto prozaicznych powodów.
Moja ocena: 3

Cecelia Ahern „Podarunek”

Cecelia Ahern, Podarunek, Świat Książki, Warszawa 2010, 320 s.
 
Lou, biznesmen, mąż i ojciec dwojga małych dzieci, żyje głównie pracą. Zaniedbuje rodzinę i wciąż ma tyle obowiązków, że najchętniej przebywałby w dwóch miejscach jednocześnie. Na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem spotyka tajemniczego żebraka, Gabe'a, którego postanawia zatrudnić w swojej firmie. Wkrótce Lou odkrywa, że Gabe posiada umiejętność... bycia w dwóch miejscach jednocześnie! Czy to faktycznie możliwe? Sympatyczna powieść o tym, co w życiu naprawdę najważniejsze.

Zacznijmy od tego, że jest to właściwie powieść sezonowa, najlepiej się ją czyta przed Bożym Narodzeniem – wprowadza w klimat świąt, zwraca uwagę na ludzkie emocje i uczucia, oraz ma iście gwiazdkowy morał (o czym za chwilę).
Cecelia Ahern wplata w swoje książki bajkowe, nierealne światy. Raz ukazuje krainę gdzie mieszkają osoby zaginione, to znów opisuje niewidzialnego przyjaciela. Tym razem trafiło na tajemniczego żebraka o imieniu Gabe, który dzień po dniu wkracza coraz bardziej w życie Lou Sufferna – pracoholika, wiarołomnego męża, miernego ojca, niezbyt dobrego syna i niezbyt miłego brata.
Lou jest wytworem kapitalizmu – zapatrzony w swoją pracę, walczący o awans, ludzi, którzy nie gonią za kasą, uważa za gorszych od siebie. Rodzina? Kiedyś, później. Tymczasem zbliżają się święta, czas magii, spełnionych życzeń i zadumy. Lou otrzymuje od Gabe’a niecodzienny przedświąteczny prezent. Sam zainteresowany nie jest początkowo zachwycony zmianami w swoim życiu, które podarunek powoduje i koniecznością przewartościowania tego, w co wierzy i czego pragnie. Jednak z czasem...
„Podarunek” jest powieścią lekką, ciepłą i przyjemną, wpasowującą się idealnie między świąteczne reklamy Coca-Coli i „To właśnie miłość”. Nie jest przesłodzona, nie ma w niej typowego happy endu, za to Ahern przypomina o czymś istotniejszym niż konieczność szczęśliwego zakończenia. Przypomina o tym, że czasu nie da się cofnąć, czasu nie da się kupić nawet za największe pieniądze, czasu nie da się zmagazynować i wykorzystać później. Jednym słowem, Ahern na nowo przypomina Horacjańskie: „Carpe diem!”
I na koniec, czy tylko mnie Gabe kojarzył się z archaniołem Gabrielem?
Moja ocena: 3

Yann Martel „Historia rodziny Roccamatio”

Yann Martel, Historia rodziny Roccamatio, Znak, Kraków 2004, 188 s.
 
Yann Martel po raz kolejny dowodzi siły swojej wyobraźni i talentu do snucia opowieści, których nie sposób zapomnieć. Tym razem daje również olśniewający pokaz różnorodności. W „Historii rodziny Roccamatio” zawierają się cztery głęboko poruszające opowieści, jedna bardziej niezwykła od drugiej. Pomysłowość Martela i przyjemność, z jaką bawi się językiem, dorównują tylko jego darowi do stwarzania postaci, które stają się czytelnikowi bardzo bliskie.

Nie cierpię opowiadań, omijam je w bibliotekach i księgarniach takim łukiem, jak obżartuch omija siłownię. Praprzyczyną jest zapewne zmuszanie niewinnych licealistów do czytania takich koszmarków jak „Rozdziobią nas kruki, wrony”. Ale są wyjątki. Martela chwyciłam w bibliotece bez namysłu i dopiero w domu przekonałam się, że zamiast rzetelnej powieści, trzymam w dłoni opowiadania. Nic to, zaczęłam czytać.
W książce znajdują się cztery opowiadania: „Historia rodziny Roccamatio”, „Gdy usłyszałem koncert Johna Mortona ku czci szeregowca Donalda J. Rankina na smyczki i dysonujące skrzypce”, „Ostatnie godziny: warianty”, „Wytwórnia luster VITA AETERNA. Lustra na całą wieczność”.
Każde opowiadanie jest jednocześnie inne i na wskroś Martelowskie. „Historia rodziny Roccamatio” jest przewrotnym tytułem. Nie dowiadujemy się właściwie nic o sadze rozpoczynającej się u progu XX wieku, poznajemy za to wybrany fakt z każdego roku i poznajemy relacje narratora z przyjacielem chorym na AIDS. Choroba spada na niego nagle i zabawa w tworzenie sagi ma odwrócić uwagę Paula od coraz szybciej zbliżającej się śmierci.
„Gdy usłyszałem koncert...” opowiada o muzyku-sprzątaczu tworzącym genialną muzykę. Nie zależy mu na sławie, wystarcza mu granie kilka razy do roku z innymi muzykami. Na co dzień sprząta biura i to mu wystarcza.
Zastanawialiście się kiedyś, jak mogą wyglądać ostatnie godziny skazanego na śmierć? Martel przedstawia kilka wariantów i chociaż nazwisko skazańca pozostaje to samo, jego reakcje, wybór ostatniego dania i śmierć są diametralnie różne. Jakby dyrektor więzienia za każdym razem pisał o innym człowieku.
Opowiadanie ostatnie – „Wytwórnia luster...” najbardziej skojarzyło mi się z prozą Vonneguta, zahaczało o fantastykę.
Warto poświęcić kilka godzin, oderwać się od rzeczywistości i zagłębić w Martelowskim świecie niezwykłych sprzątaczy i niezwykłych maszyn do robienia luster. Zobaczyć historię z innej perspektywy i przeczytać o chorobie, która przytrafiła się nie komuś z „grupy podwyższonego ryzyka”, ale zwyczajnemu, młodemu człowiekowi.
Moja ocena: 4.5

Craig Silvey „Jasper Jones”

Craig Silvey, Jasper Jones, Rebis, Poznań 2011, 400 s.
 
W małym australijskim miasteczku pewnego letniego wieczoru trzynastoletniego Charliego Bucktina wyciąga z domu miejscowy rozrabiaka Jasper Jones. Chłopcy odkrywają w buszu ciało nieżyjącej dziewczynki i postanawiają na własną rękę wykryć sprawcę potwornej zbrodni. Rozwój wypadków jest nieoczekiwany, wręcz szokujący… Silvey z ogromną wrażliwością i wyczuciem kreśli postacie nastolatków, ich sprawy, przeżycia i pierwsze miłosne zauroczenia, a zarazem szczerze i dosadnie opisuje świat dorosłych, naznaczony dyskryminacją i rasizmem, w którym młodym ludziom przyszło dorastać i się z nim zmierzyć. „Jasper Jones” konfrontuje cechy głęboko ludzkie z okrucieństwem i zakłamaniem, tak jak robili to Mark Twain, Harper Lee i Jerome David Salinger. To jedyne w swoim rodzaju połączenie „Zabić drozda” i „Buszującego w zbożu”.

Rzecz gustu. Od razu powiem, że mnie „Jasper Jones” nie zachwycił. Podobieństwo do „Zabić drozda” w pewnych scenach i rozwiązaniach wręcz zakrawa o plagiat. Nieudolny plagiat. To, co u Harper Lee było świeże, wnosiło coś do powieści, u Silvey’a wydaje się wydumane i napisane na siłę. Co więcej, odzierając „Jaspera Jonesa” z elementów nieprzystosowania i specyfiki małego australijskiego miasteczka, zostaje nam niestety zwykła zagadka kryminalna. Osobowość Jonesa nie jest na tyle silnie zarysowana, aby go porównać do Twainowskiego Hucka Finna czy Salingerowskiego Holdena Caulfielda. Ot, typowy „kozioł ofiarny”, „czarna owca” jaką można znaleźć w każdym społeczeństwie i każdym środowisku. Parias lokalny.
Nie przekonuje też trzynastoletni Charlie ani jego wietnamski przyjaciel Jeffrey pragnący za wszelką cenę upodobnić się do swego sportowego idola – Douga Waltersa. Charlie jest postacią banalnie dwuwymiarową i denerwującą.
Po lekturze nie pozostają w pamięci kwestie, które w założeniu miały być ważne: kryzys małżeński, rasizm, alkoholizm. Pozostaje tylko wspomnienie, że Silvey opisał zagadkę zaginięcia i śmierci młodej dziewczyny i wplątał w to wątek pierwszej miłości. A to stanowczo zbyt mało, aby mnie ta książka zachwyciła.
Moja ocena: 2.5