wtorek, 31 grudnia 2013

Glenn Puit „Wiedźma”

Glenn Puit, Wiedźma, Hachette Polska, Warszawa 2010, 328 s.

W lutym 2001 roku policja odkryła ciało Christine Smith. Jej zwłoki w zaawansowanym stanie rozkładu leżały w kuble na śmieci zamkniętym w schowku na terenie Las Vegas...
Nie żyła już od lat. Obok tej prowizorycznej trumny śledczy znaleźli książki o czarach i satanizmie. Szybko zidentyfikowano właścicielkę feralnego schowka numer 317. Była nią Brookey Lee West, córka denatki i utalentowana autorka książek technicznych z Krzemowej Doliny. Śledztwo ujawniło jeszcze więcej szokujących informacji – szlak zbrodni ciągnął się od Nevady po Kalifornię i w ciągu dwóch dekad mógł pochłonąć życie wielu osób, w tym jej męża i brata.
Oto makabryczna i zaskakująca historia oparta na wywiadach z samą skazaną, kobietą, która musiała zabijać...

Nie podobała mi się ta książka. Przede wszystkim czułam się tak, jakbym czytała jakiegoś szmatławca w stylu „Faktu” czy „Super Expressu”, a biję się w piersi, raz miałam taką szmatę w dłoni. Glenn Puit, jakoby ceniony dziennikarz, a pisze opowieści pełne brudu, prymitywne, odwołujące się do najniższych instynktów człowieka i o takich opowiadające. Takie... szmatławe.
Z kolei początek odnoszący się do Las Vegas wydaje się pisany przez średnio zdolnego ucznia podstawówki. Nie ma w sobie żadnego polotu, bigla, nic co oddałoby chociaż ułamek barwności i zepsucia Miasta Grzechu. A im dalej – tym gorzej. Owszem, opis odkrycia zwłok Christine Smith jest drastyczny, równie drastyczne, co niewyraźne są zdjęcia z miejsca zbrodni. Ale... nic z tego nie wynika. Jest tak, że Puit epatuje ohydą na pierwszych stronach, aby przyciągnąć uwagę czytelnika. Potem zaś cofa się w czasie i zaczyna opowiadać historię rodziny Smith i West. I chociaż nie ma już trupiej mazi, rozkładających się zwłok, to opowieść naprawdę zaczyna przypominać horror. Molestowanie seksualne, alkoholizm, potem czczenie szatana. Gdzieś po drodze próba zabójstwa, sierociniec, narkotyki... Jednym słowem wszelaka patologia w służbie pewnej amerykańskiej rodziny.
Christine Smith – rodzicielka oskarżonej Brookey Lee West - była psychopatką i najgorszą z możliwych matką. Alkoholiczka, prostytutka, zabójczyni chwaląca się niedoszłym zabójstwem. Takiej sąsiadki nie życzę nikomu. Wraz z córką, która kochała ją miłością rozpaczliwą acz chorą, tworzyły tandem niespotykany. I w sumie nie wiadomo, która bardziej zasłużyła na miano „wiedźmy”, bo obie miały nierówno pod sufitem.
Kwestia satanizmu i rzucania uroków potraktowana jest marginalnie. Jeśli nawet West interesowała się tym nadmiernie, Puit nie potrafił tego uwypuklić, odpowiednio nakreślić. W ogóle czytając książkę Puita trudno pozbyć się wrażenia, że w gruncie rzeczy czuje sympatię do Brookey Lee West, współczuje jej dzieciństwa, które rzutowało na dalsze jej życie. Odmalowuje ją jako osobę spokojną, o artystycznych zainteresowaniach. Tymczasem szukając zdjęcia West, natrafiłam na artykuł z „Las Vegas Review-Journal” z zeszłego roku, gdzie opisana była próba ucieczki tej „uciśnionej kobiety”. I tym akcentem pozwolę sobie zakończyć.
A książkę Puita można sobie darować. Jest przereklamowana i przekłamana. I wcale nie odpowiada na pytanie, dlaczego kobieta musiała zabijać!
Moja ocena: 1

niedziela, 29 grudnia 2013

Charlotte Brontë „Shirley”

Charlotte Brontë, Shirley, MG, Warszawa 2011, 640 s.

Borykający się z przeciwnościami losu młody przedsiębiorca, Robert Moore, sprowadza do swej fabryki nowoczesne maszyny, czym naraża się lokalnej ludności do tego stopnia, że doczekuje się zamachu na swoje życie. By ratować podupadający interes, Moore rozważa poślubienie zamożnej i dumnej Shirley Keeldar, mimo że jego serce należy do nieśmiałej Caroline, żyjącej w całkowitej zależności od swego stryja. Tymczasem Shirley zakochana jest w ubogim Louisie, który zajmuje posadę guwernera w rodzinie jej wuja. Choć Louis odwzajemnia jej uczucie, ambicja i świadomość przepaści majątkowej, która ich dzieli nie pozwalają mu się do tego przyznać. „Shirley”, napisana przez Charlotte Brontë zaraz po „Dziwnych losach Jane Eyre”, to pełna pasji opowieść o konflikcie klas, płci i pokoleń, toczącym się wśród wrzosowisk północnej Anglii i na tle niespokojnej epoki wojen napoleońskich.

Przez dziesiątki lat Charlotte Brontë była postrzegana jako autorka jednej powieści. I chociaż teraz Wydawnictwo MG zdecydowało się na wydanie i innych utworów panny Brontë, nie ma zmiłuj, czytelnik nie uniknie porównywania czy to „Profesora”, czy „Villette”, czy „Shirley” właśnie do losów Jane Eyre.
Chociaż w „Shirley” jest mowa o miłości, temat ten został przesunięty na dalszy plan. Jakby wszystko co było tajemniczego, romantycznego i wzniosłego w związku dwojga ludzi, Charlotte Brontë już napisała w dziele swego życia. Tym razem ważniejsze okazało się skupienie na obyczajowym aspekcie życia. Istotne jest ukazanie przemian dokonujących się w przemyśle, starcia nowego i starego myślenia odnośnie wytwórstwa, parcia ku większej produkcji. I chociaż bohaterom powieści zdarza się spacerować po wrzosowiskach, i są fragmenty poświęcone uczuciom, to największy nacisk panna Brontë kładzie na opisaniu zwyczajnego życia, ukazaniu związków międzyludzkich, zależności jednych od drugich.
To co zwraca szczególną uwagę, to język – piękny, bogaty, czysto literacki. Dbałość o formę i czytelnika. Dbałość o styl. Mocno zarysowane postaci, wyraziste i pełne dynamiki, kobiety nie siedzą cicho gdzieś w kącie, lecz starają się wziąć przeznaczenie w swoje ręce, pozostają przy tym nieskazitelnie kobiece, wdzięczne i wrażliwe.
Tak się już teraz nie pisze. „Shirley” jest lekturą niezwykłą, pozwalającą nie tylko odpocząć od trosk dnia dzisiejszego, ale również zabierającą nas w przeszłość, do dziewiętnastowiecznej Anglii opisanej w żywy i nadobny sposób.
Moja ocena: 4.5

Brent W. Jeffs „Stracony chłopiec”

Brent W. Jeffs, Stracony chłopiec, Videograf II, Katowice 2010, 288 s.

Książka przybliża nieznaną bliżej polskiemu czytelnikowi społeczność wiernych Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich - poligamicznego odłamu Kościoła mormońskiego(FLDS) w Stanach Zjednoczonych. Jej autor, Brent Jeffs, wychował się w jednej z wpływowych rodzin w Kościele, będąc bratankiem uwięzionego obecnie proroka, Warrena Jeffsa. Niezwykle ciekawe, a zarazem niepojęte są opisy życia we wspólnocie: z jednym ojcem, trzema matkami (w tym jedną biologiczną), i kilkunastoma braćmi i siostrami, w domu odgrodzonym wysokim murem od reszty społeczeństwa.
Tytuł książki jest nieprzypadkowy, ponieważ Brent - w dzieciństwie molestowany – dołączył później do grona straconych chłopców, wykluczonych z Kościoła pod byle pretekstem i w najmniejszym stopniu nieprzygotowanych na samodzielne życie. Miał jednak więcej szczęścia niż jego dwaj bracia, którzy, nie radząc sobie z dorosłością, popadli w uzależnienie od narkotyków i zmarli. Miał również na tyle siły, by pokonać traumę z dzieciństwa i przeciwstawić się złu w Kościele, z którego wyszedł. Jego historia jest budująca, ponieważ pokazuje, że człowiek może przezwyciężyć demony przeszłości, jeśli będzie otwarty na miłość...

Czy pod koniec XX wieku ktoś jeszcze wierzy w piekło? Że tylko jego wspólnota będzie zbawiona, a wszyscy inni, jakieś sześć miliardów ludzi, zostaną odesłani sprzed bram tego specyficznego nieba z kwitkiem? Że posiadanie jak największej ilości żon, kosztem uczucia i do nich, i do dzieci, kosztem godnego życia, przyczyni się do zbawienia?
Okazuje się, że nadal wielu jest takich, którzy wierzą w objawienia Josepha Smitha. Najczęściej mormoni kojarzą się nam z wielożeństwem, czyli po prostu poligamią i tym, że nie piją alkoholu, kawy, herbaty, nie palą. Patrząc z boku wydają się ludźmi bogobojnymi i spokojnymi. Ale niektórzy poszli o krok dalej i stworzyli Fundamentalistyczny Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, jakoby bardziej mormoński niż sam Joseph Smith, a pod świętoszkowatą powierzchnią bulgotała niemoralność, zakłamanie, koszmarne warunki bytowe i nieprzystosowanie do życia. Opowiedzieć o tym zdecydował się Brent Jeffs, będący potomkiem proroka o królewskiej (według wyznawców FLDS) krwi.
Ojciec Jeffsa miał cztery żony, kilkanaścioro dzieci i prominentną pozycję w kościele, byli tak biedni, że nawet bieliznę matki kupowały im w lumpeksach. Żyli nadzieją na lepsze życie po śmierci, karmieni coraz to bardziej ortodoksyjnymi wymysłami Warrena Jeffsa – przywódcy FLDS. W obliczu nadchodzącej apokalipsy mieli być coraz bardziej doskonali i boscy, aby przetrwać. Z programów telewizyjnych dozwolone było oglądanie wiadomości i tylko wiadomości. Książki w szkole objęte były prymitywną cenzurą – nieprawomyślne teksty wycięto nożyczkami, a usunięte fragmenty z zakresu biologii, geografii czy fizyki wyjaśniano za pomocą religijnego bełkotu. W iście nazistowskim stylu – zakazane książki palono.
Można zrozumieć jeszcze obsesję na punkcie Boga, ale zapychając sobie usta słowami o zbawieniu, Warren Jeffs był zwykłym zboczeńcem. Pedofilem wykorzystującym małe dzieci. Brent Jeffs doświadczył tego po raz pierwszy gdy miał pięć lat. Potem regularnie był gwałcony przez przywódcę kościoła.
Zarówno on, jak i niektórzy jego bracia zostali wykluczeni z FLDS. Naraz stanęli oko w oko z prawdziwym życiem, z problemami, z alkoholem, narkotykami i samotnością. Pozbawieni byli jakiegokolwiek oparcia w rodzinie. Zresztą im mniej mężczyzn we wspólnocie, tym lepiej dla mężczyzn, którzy pozostali, tym więcej kobiet mogli poślubić i sobie podporządkować. Nagła wolność „straconych chłopców” doprowadzała ich najczęściej na skraj depresji i nałogów. Miotali się między tym, co wynieśli z domu, a tym jak religię pojmują mniej fundamentalistycznie nastawieni chrześcijanie.
Brent Jeffs daje świadectwo jak bardzo religia może przypominać sektę, jak bardzo niszczy jednostkę. Polecam.
Moja ocena: 4

piątek, 27 grudnia 2013

Nicci French „Złap mnie nim upadnę”

Nicci French, Złap mnie nim upadnę, Świat Książki, Warszawa 2010, 318 s.

Osaczona kobieta. Pasjonujący thriller psychologiczny pary autorów piszącej pod pseudonimem Nicci French, znanej m.in. z bestsellerów "Fatalna namiętność", "Czerwony pokój" i "W sieci strachu". Trudno oderwać się od tej powieści, zaskakującej do ostatniej strony jak korowód dziwnych zdarzeń, które zaczynają przytrafiać się bohaterce. Holly Kraus, bizneswoman, kobieta sukcesu, żyje szybko, mocno i pewnie. Energią zdumiewa zarówno swego ukochanego męża Charliego, jak i Meg, partnerkę w interesach. Podziwiają ją znajomi. Ale od pewnego czasu dzieje się coś niepokojącego: Holly wydaje się, że jest śledzona, ktoś zaczyna się od niej domagać pieniędzy, najbliżsi zaczynają tracić do niej cierpliwość... Co się właściwie dzieje? Popadła w kryzys nerwowy, czy grozi jej realne niebezpieczeństwo?

No proszę, jednak można napisać coś, co nie jest gniotem. Zasada czytania co najmniej dwóch książek jednego autora przydaje się szczególnie wtedy, gdy pierwsze spotkanie było mało udane (vide: „Bezpieczny dom”).
Czytając „Złap mnie nim upadnę” miałam dziwne wrażenie, że opowieść o Holly Kraus przypomina zjazd na kwasie. Bohaterka, niby zwyczajna, pełna wigoru i zapału, zaczyna w pewnym momencie doświadczać niezbyt przyjemnych incydentów, gdzieś po drodze gubi się pomiędzy rzeczywistością a nadinterpretacją faktów. Jakby bezwiednie przyjmowała LSD. Świat wokół niej wydaje się coraz mniej rzeczywisty i przyjazny, zewsząd czyhają pułapki, a uporządkowane życie jest tylko wspomnieniem.
Można zacząć się bać. Bo jest coś gorszego od świadomości, że popada się w obłęd? Samotność, utrata pracy, rozpad związku – to się może przydarzyć każdemu, zawsze można racjonalnie rozłożyć przyczyny i skutki na czynniki pierwsze, przyjrzeć się chłodnym okiem i coś temu zaradzić. Ale jak zaradzić szaleństwu rozwijającemu się w mózgu? Jak poradzić sobie z niepewnością czy to świat oszalał, czy my? Autorzy ukrywający się pod pseudonimem Nicci French błyskotliwie sobie poradzili z postawionym zadaniem. Dreszcze zgrozy przechodziły mnie w czasie czytania i co jakiś czas musiałam upewniać siebie, że ja to ja.
Polecam.
Moja ocena: 4

wtorek, 24 grudnia 2013

Nicci French „Bezpieczny dom”

Nicci French, Bezpieczny dom, Świat Książki, Warszawa 2002, 304 s.

Do miasteczka Stamford sprowadza się z Londynu Samantha Laschen, specjalizująca się w leczeniu stresu pourazowego. Zamierza napisać książkę na ten temat, a także otworzyć w miejscowym szpitalu oddział leczenia takich zaburzeń. Tuż po jej przyjeździe do Stamford zamordowani zostają prezes dużej firmy farmaceutycznej i jego żona. Ich córkę Fin, znalezioną z podciętym gardłem, udaje się uratować. Dziewczyna jest jednak w głębokim szoku i nie potrafi udzielić żadnej informacji. Policja obawia się, że grozi jej niebezpieczeństwo. Prosi więc doktor Laschen, aby w tajemnicy udzieliła dziewczynie schronienia w swoim domu, a jednocześnie próbowała pomóc jej wrócić do równowagi psychicznej. Samantha godzi się, aby Fin zamieszkała z nią i z jej kilkuletnią córeczką. Nie przewidziała tylko, niestety, że to raczej jej potrzebna będzie pomoc psychiatry, gdy odkryje ponurą prawdę, jaka kryje się za tymi morderstwami.


Pomysł był ciekawy. I na pomyśle się skończyło, bo zawiodło wykonanie. Styl narracji irytował, bohaterowie denerwowali, a fabuła dość szybko stała się przewidywalna. Opowieść przeznaczona jest dla bardzo niewymagającego czytelnika. Autorzy bez końca wałkują jeden temat od różnych stron, do znudzenia i łopatologicznie tłumaczą, że dom powinien być bezpiecznym miejscem, a nie jest. Główna bohaterka jest naiwna i chwilami przygłupia. I tak dalej i bez końca.
Spodziewałam się ciekawej książki. Dostałam półprodukt, do tego z zakalcem.
Moja ocena: 1

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Majgull Axelsson „Kwietniowa czarownica”

Majgull Axelsson, Kwietniowa czarownica, W.A.B., Warszawa 2002, 490 s.

Według skandynawskich wierzeń ludowych "wiosenne" czarownice potrafią wcielać się w inne istoty i działać za ich pośrednictwem. Taką moc ma dotknięta porażeniem mózgowym Desirée. Matka nie mogła jej wychowywać, choć wzięła pod opiekę trzy inne dziewczęta. Skazana na szpitalny żywot bohaterka stopniowo uczy się porozumiewać z otoczeniem i wykorzystywać swoją nieprzeciętną inteligencję. Pod koniec życia nawiązuje osobliwy kontakt z przybranymi siostrami, by zrozumieć swój los i zarazem wpłynąć na ich życie. Niezwykłe zdolności Desirée oraz skomplikowane historie jej matki i sióstr są tematem tej obszernej, wielowątkowej, ale przez cały czas trzymającej w napięciu, pasjonującej opowieści.

Axelsson łączy wierzenia skandynawskie z pełną dramatyzmu prozą. Przypomina w tym Isabel Allende północy, o czym już wcześniej wspominałam. Ale to tylko luźne skojarzenie, bo i sceneria jest inna, i bohaterki.
Zagłębiając się w powieść Axelsson wkraczamy do krainy pełnej kobiecych dramatów, niepowodzeń i smutku. Krainy, w której nigdy nie zagości uśmiech, nie rozświetli słońce. Mamy kobietę, która przygarnęła trzy dziewczynki, dała im dom i miłość. Dziewczyny różniły się od siebie jak noc od dnia i tak już zostało. Kiedy dorosły, każda poszła w swoją stronę, wybrała inną drogę życiową. Najstarsza została lekarzem, średnia – fizykiem, najmłodsza zaś upodobniła się do biologicznej matki zatracając się w alkoholu. Chociaż same by tego nie przyznały, łączył je smutek i niemożność poradzenia sobie z traumą z dzieciństwa. Ich relacje z ludźmi naznaczone są bólem przeszłości, w codziennym życiu miotają się w celi więzienia swego umysłu i nie potrafią ułożyć sobie relacji z innymi. Odrzucone jako dzieci wciąż to odrzucenie odczuwają nie potrafiąc docenić rzeczy najważniejszej: swego zdrowia.
Bo jest i czwarta kobieta. Chora na porażenie mózgowe, nieprzeciętnie inteligentna i zamknięta w kalekim ciele, równie samotna i nieszczęśliwa jak przybrane siostry. Ma w sobie moc „kwietniowej czarownicy”, obserwuje kobiety, które doświadczyły miłości od osoby, która ją porzuciła. Cóż za ironia losu sprawiła, że powodowana społecznymi uwarunkowaniami w Szwecji lat pięćdziesiątych, matka rozstaje się z kalekim dzieckiem, a potem stara się zagłuszyć wyrzuty sumienia przygarniając dzieci potrzebujące pomocy.
Nie jest to opowieść lekka, ale czyta się ją jednym tchem zagłębiając się w życiowe rozterki bohaterek. Proza Axelsson jest niesamowita, słowa dopasowane do siebie tak idealnie, że przypominają puzzle zwane życiem.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

* * *

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Wymyte ciało, wyprane ciuchy i nieład w mieszkaniu – to jest to. Wysprzątane wszystkie kąty stanowiły świadectwo drobnomieszczańskiej pedanterii. Albo jeszcze gorzej: proletariackiego prostactwa. Tylko ten, kto ma coś do ukrycia, przesadnie dba o czystość.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Zaletą ludzi nieprzyjemnych bywa to, że można w ich towarzystwie opuścić gardę i pozwolić sobie na podobne zachowanie.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Przyszło mi żyć w czasach nieuznających smutku, w czasach poszukujących problemów. Z problemami jest łatwiej, można im zaradzić. Smutki trzeba przeżyć, poza tym udzielają się innym i budzą lęk, dlatego ludzie gotowi są na wszystko , byle tylko je w innych uśmierzać. Kłamią. Moralizują. Zagłuszają krzykiem i donośnym śmiechem.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Każdy powinien mieć prawo wznieść pięść ku niebu na oczach całego świata, złorzeczyć i przeklinać, krzyczeć i miotać się, wierzgać i walić rękami w ziemię, i płakać, dopóki oczy nie pozbędą się wszystkich łez. Dopiero wtedy można zobaczyć świat, można śledzić wzrokiem mrówkę dźwigającą źdźbło trawy, można się pogodzić z tym, że choć więcej od życia nie dostaniemy, i tak to, co mamy, to też dużo. Dopiero wtedy można zrozumieć, że samo istnienie jest szczęściem.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Jeśli ktoś nie jest najważniejszy dla swojej matki, nigdy nie będzie się naprawdę liczył dla innych. Nawet dla siebie.

czwartek, 19 grudnia 2013

Justyna Bargielska „Obsoletki”

Justyna Bargielska, Obsoletki, Czarne, Wołowiec 2011, 90 s.

"Obsoletka to - poza wszystkimi medycznymi powiązaniami - wygodna forma literacka dla nielubiących zapominać. Dla ceniących nie tylko dobre wspomnienia, bo jedną z metod szukania sensu jest dla nich analiza straty. Dla tych wreszcie, którym świadomość, że strata może nadejść w każdej chwili z każdej strony - pomaga osiągnąć szczęście." - Justyna Bargielska

Tej książeczki cieniutkiej, z krótkimi tekstami nie da się przeczytać szybko. I nie do wszystkich ona trafi. Strata nienarodzonego dziecka jest przede wszystkim dramatem matki. Towarzyszy jej nie tylko fizyczny ból, lecz przede wszystkim ból psychiczny, trwający o wiele dłużej niż samo poronienie.
Bargielska podejmuje ten temat w sposób nostalgiczny, ciepły i poetycki, przemyca jednocześnie słowa o zwyczajnym życiu, które musi nadal trwać. Rozbicie wewnętrzne, próby poradzenia sobie z tym, co było, szukanie odpowiedzi na pytanie dlaczego stało się tak, jak się stało... Najczęściej kobieta jest zostawiona z tymi emocjami sama sobie. Lekarze przytaczają statystyki i są już tak uodpornieni na ból jednostki, że ich nieczułość potęguje traumę. Łzy nie wzbudzają współczucia lecz zniecierpliwienie. Ale czy kobieta nie ma prawa, aby zapamiętać dziecko, które żyło w niej przez kilkanaście tygodni? Zdjęcia płodu, baloniki wypuszczane jako symbol pogodzenia się ze stratą – to może brzmieć niezrozumiale nie tylko dla mężczyzn, ale i dla kobiet, które (na szczęście) takowej straty nie doświadczyły. Z kolei dla tych, które stały się liczbami w statystykach poronień, „Obsoletki” niosą ukojenie, weryfikację z własnymi przeżyciami i zapewnienie, że nie one jedne noszą w sobie ból.
Chwilami Bargielska jest jednak denerwująca. Jej maryjna teologia nie przemawia do mnie, podobnie jak nie przemawia kult Maryi. Religijność to tylko jeden ze sposobów radzenia sobie z cierpieniem i wcale nie jestem pewna czy najlepszy. Bo cóż o seksualności, matczynym bólu i stracie części siebie może wiedzieć ksiądz, który może i seksu kiedyś doświadczył, ale dzieci nie rodził.
„Obsoletki” są bardzo osobiste, skierowane niby do ogółu, ale forma jest tak specyficzna, temat tak wyjątkowy, że wątpię by „ogółowi” teksty przypadły do gustu.
Moja ocena: 4

środa, 18 grudnia 2013

Alexander McCall Smith „Świat według Bertiego”

Alexander McCall Smith, Świat według Bertiego, Muza, Warszawa 2011, 343 s.

44 Scotland Street to nie taki sobie zwykły adres. Nie wszędzie znajdzie się chłopczyk podobny do Bertiego, sześcioletniego saksofonisty obdarzonego wieloma talentami. A sąsiedzi w tej eleganckiej, trochę artystycznej okolicy Edynburga? Cyril to pies o złotych zębach; jego pan to Angus Lordie, ekscentryczny malarz portrecista, ich wspólni znajomi to między innymi Matthew, młody człowiek wiecznie poszukujący miłości oraz Duża Lou, dostarczająca wszystkim kawy i filozoficznej porady życiowej.


Nie ma chyba bardziej irytującej kobiety niż Irene. Gdyby Melanie Klein zalecała noszenie spódniczek przez chłopców w ramach integracji płciowej, zapewne pani Pollock ubrałaby swego synka w najbardziej dziewczęcą z dziewczęcych spódniczkę z falbanami. Różową. Co ciekawe, Bertie wciąż ma sześć lat, chociaż wszyscy wokół się starzeją.
Myśli Domeniki krążą wokół swojej/ nieswojej filiżanki będącej w posiadaniu jej starej przyjaciółki i jej nowej sąsiadki – Antonii. Kwestie bezwiednego pożyczania i sąsiedzkiego savoir vivre’u wloką się bez końca. Mamy też polski akcent, czyli polskiego budowlańca o imieniu Markus, atrakcyjnego przygłupa umiejącego powiedzieć po angielsku tylko jedno słowo: „Cegła”. Jak nas widzą, tak nas piszą.
Na scenę powrócił Bruce, który robi się coraz bardziej narcystyczny, pazerny i leniwy. Z kolei Pat jest coraz bardziej mdła i nijaka. Autor zaś pomału zaczyna się gubić w wątkach i zaprzecza sam sobie.
„Świat według Bertiego” przeczytałam siłą rozpędu, bo nie ukrywam, że książkę czyta się lekko i przyjemnie. Ale czuję się już coraz bardziej zmęczona bohaterami i wydaje się, że dobrze mi zrobi mały odpoczynek przed dwoma ostatnimi tomami. Takie sobie.
Moja ocena: 3

Tim Weaver „Ścigając umarłych”

Tim Weaver, Ścigając umarłych, Amber, Warszawa 2010, 326 s.

Rok temu znaleziono ciało Alexa Towne'a Miesiąc temu jego matka widziała go na ulicy. Tydzień temu David Raker zgodził się go odnaleźć. Dziś dałby wszystko, żeby móc cofnąć czas. Detektyw amator David Raker przyjmuje zlecenie - pierwsze od śmierci ukochanej żony. Chce pomóc zrozpaczonej - tak jak on - kobiecie, która straciła syna. Ale w tym śledztwie zagadka goni zagadkę, śmierć ściga śmierć, a Raker wkracza w świat fikcyjnych nazwisk, fałszywych tożsamości i makabrycznego Projektu Kalwaria.

Ten kryminał to nieustanna akcja, przejażdżka na rollercoasterze i jazda po górskich drogach z zepsutymi hamulcami w jednym.
Weaver wykreował tajemniczą, mroczną atmosferę, dodał do tego wyrazistego bohatera i trzymającą się kupy, logiczną fabułę. Cóż więcej trzeba, aby powstał dobry thriller? Dodajmy do tego niekonwencjonalne rozwiązanie i mamy świetną rozrywkę na długie zimowe wieczory.
Moja ocena: 4

Carol O’Connell „Trzy kubki”

Carol O’Connell, Trzy kubki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, 520 s.

Świetny thriller o tajemniczym świecie iluzji, w którym wszystko może się zdarzyć, a zbrodnię łatwiej ukryć…
Oliver Tree po przejściu na emeryturę przez lata starał się odgadnąć, na czym polega sekret Zapomnianej Iluzji. W końcu miał wystąpić, stawiając wyzwanie śmierci, podczas festiwalu sztuki iluzji na Manhattanie. Na oczach publiczności i w obecności kamer telewizyjnych w kierunku żywego celu pomknęły strzały z czterech kusz. Okrzyki bólu były prawdziwe, tak jak – na nieszczęście dla Olivera Tree – krew.
Instynkt mówił sierżant Kathy Mallory, że ma do czynienia z morderstwem. Co ciekawsze, zabójstwo to można było powiązać ze śmiercią pewnej kobiety pół wieku wcześniej…

Swego czasu zaintrygowała mnie postać Kathy Mallory, dziewczynki wychowującej się na ulicy, przygarniętej przez policjanta, która wyrosła na kobietę pozbawioną uczuć i socjopatkę trzymającą (na ogół) swój zwichrowany umysł na smyczy konwenansów i stosunków międzyludzkich. Niewątpliwie najlepiej zobrazowana została Mallory w „Locie kamiennego anioła”, jest to zresztą książka istotna o tyle, że O’Connell odsłania przed czytelnikami przeszłość policjantki, jej dzieciństwo i przeżytą traumę.
W porównaniu do „Lotu...”, „Trzy kubki” po prostu nudzą! A nie ukrywam, że liczyłam na doskonałą rozrywkę, która okazała się dość mierna. Już wcześniej, w innych tomach serii były odniesienia do prestidigitatorstwa, teraz mogła nastąpić doskonała kulminacja, skoro na scenie (czy raczej kartach książki) pojawił się wspomniany już wcześniej Malakhai wraz ze swą widmową żoną. Pojawili się również inni starzy iluzjoniści i im bardziej zagłębiałam się w fabułę, tym bardziej gubiłam się w motywacjach i czynach opisywanych postaci. Wyszło tak, jakby O’Connel sama ze sobą zagrała w trzy kubki i nie odnalazła właściwego rozwiązania. Powieść się dłuży, Mallory jest niezmiennie psychopatyczną suką, Charles Butler niezmiennie jest w niej zakochany i tak to się ciągnie bez końca.
Zmarnowany pomysł.
Moja ocena: 2

Stephen King „Joyland”

Stephen King, Joyland, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, 336 s.

Devin Jones, student college’u, zatrudnia się na okres wakacji w lunaparku, by zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce. Tam jednak zmuszony jest zmierzyć się z czymś dużo straszniejszym: brutalnym morderstwem sprzed lat, losem umierającego dziecka i mrocznymi prawdami o życiu – i tym, co po nim następuje. Wszystko to sprawi, że jego świat już nigdy nie będzie taki sam...
Życie nie zawsze jest ustawioną grą. Czasem nagrody są prawdziwe. Bywają też cenne.

Chwilami King po prostu nie ma co zrobić z czasem, więc pisze i pisze. I popełnia przy tym powieści w stylu „Joyland”. W sumie jest to opowieść pełna nostalgii, powrotu do lat siedemdziesiątych, kiedy zarówno bohater, jak i sam autor byli piękni (no nie wiem czy King kiedykolwiek był piękny) i młodzi. Jest to też opowieść o zawiedzionej pierwszej miłości, pierwszej pracy, pierwszej przyjaźni na całe życie i pierwszej dorosłej fascynacji. King pisze tak żywo jakby dokonywał obrachunku z własną, jak najbardziej osobistą przeszłością. Słowa o zawiedzionym uczuciu, które na zawsze gdzieś pozostaje w człowieku brzmią szczerze do bólu. Mało tego, King mniej lub bardziej świadomie zbacza ku „zwykłej” prozie, wplata w tekst metafory i przemyślenia w stylu mało sensacyjnym.
Wątek morderstw nie jest w „Joylandzie” najważniejszy, jakby King dodał o na odczepne, żeby była jakaś zagadka. Główny bohater skupia się bardziej na tajemniczej samotnej kobiecie i jej synku niż na pogoni za duchem i mordercą. Wszystko z tym związane dzieje się mimochodem, gdzieś obok bohatera. I co tu ukrywać, jest chwilami niedopracowane.
Średnia powieść. Ale brawa dla Kinga za to, że potrafi tak dobrze uchwycić wszystko co bolesne i radosne w młodości.
Moja ocena: 4

* * *

King Stephen; Joyland;
Kiedy mowa jest o przeszłości, każdy pisze fikcję.

King Stephen; Joyland;
Kiedy człowiek ma dwadzieścia jeden lat, życie to mapa drogowa. Dopiero w wieku dwudziestu kilku lat zaczyna podejrzewać, że przez cały czas patrzył na tę mapę odwróconą dołem do góry, a jako czterdziestolatek wie to na pewno. Kiedy dobija do sześćdziesiątki, możecie mi wierzyć, jest zagubiony jak cholera.

wtorek, 17 grudnia 2013

Stephen King „Historia Lisey”

Stephen King, Historia Lisey, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, 408 s.

Minęły dwa lata od śmierci Scotta, męża Lisey Debusher Landon. Spędzili razem 25 lat we wspaniałym związku, który spajało głębokie, chwilami wręcz przerażająco intymne uczucie. Scott był sławnym, nagradzanym pisarzem, autorem bestsellerów, ale i bardzo skomplikowanym człowiekiem. Zanim się pobrali, Lisey dowiedziała się od ukochanego o krwawych źródłach jego twórczości. Później zrozumiała, że było takie miejsce, do którego Scott zawsze wracał - miejsce przerażające i zarazem kojące, które mogło pochłonąć go żywcem lub obdarować pomysłami i myślami, po to, by miał siłę dalej żyć. Teraz nadszedł czas, by Lisey stawiła czoło demonom Scotta, czas by udała się do Boo`ya Moon. To, co wydaje się początkowo tylko porządkowaniem dokumentów po zmarłym mężu przez wdowę, staje się podróżą w głąb mroku, w którym przebywał za życia Scott Landon.

Bardzo intymna opowieść choć jednocześnie dogłębnie Kingowska. Z jednej strony mamy opisany nietuzinkowy związek pisarza i jego żony, tak ze sobą związanych i zżytych, że porozumiewających się sobie tylko znanym kodem, który nie ogranicza się bynajmniej do „misiowania” i „kotkowania”, jak u większości małżeństw. Bliskość tej pary jest tak intymna, że nie trzeba scen łóżkowych, by mieć wrażenie, że sama lektura niektórych fragmentów powieści przypomina wdzieranie się z butami w życie prywatne ludzi z krwi i kości.
Z drugiej strony mamy zaś cały fikcyjny(?) świat Boo’ya Moon, miejsca będącego inspiracją pisarza, krainy mrocznej acz dostarczającej mnóstwa pomysłów na opowiadania i powieści. Płodność Kinga jako autora jest bezdyskusyjna i chwilami można się zastanawiać, czy i on nie odkrył w mrokach swego umysłu takiego Boo’ya Moon, skoro od blisko czterdziestu lat pisze kilkuset stronnicowe powieści i wydaje je niemal rok w rok. Dodajmy do tego blisko dwieście opowiadań, współpracę przy filmach, książki niebeletrystyczne i nie ma możliwości, aby nie zapytać: skąd ten człowiek bierze pomysły?
Opowieść chwilami naiwna, chwilami piękna, to znów przerażająca.
Moja ocena: 4.5

José Saramago „Kamienna tratwa”

José Saramago, Kamienna tratwa, Rebis, Poznań 2003, 303 s.

"Kamienna tratwa" to wspaniała powieść, w której to, co realne, przenika się z tym, co magiczne, tajemnicze i niewytłumaczalne. Cała akcja jest zdominowana przez jedno wydarzenie: pewnego dnia Półwysep Iberyjski odrywa się od kontynentu europejskiego i zaczyna dryfować w nieznanym kierunku po oceanie... Co było przyczyną niespodziewanego pęknięcia? Jakie będą jego skutki - zarówno dla mieszkańców półwyspu, jak i pozostałych Europejczyków?
Wraz z pięciorgiem bohaterów, którzy z pewnych powodów czują się odpowiedzialni za to wydarzenie, przemierzamy półwysep-wyspę i snujemy refleksje na temat solidarności społecznej Europejczyków, miejsca poszczególnych narodów w europejskiej wspólnocie, ale także życia i miłości, tego, co zwyczajne i niezwykłe...

A ja lubię styl pisania José Saramago. Ten specyficzny, pozbawiony wyznaczonych dialogów, z sążnistymi zdaniami ciągnącymi się na pół strony, dygresjami wybijającymi z rytmu historii i przede wszystkim – nacechowany niezwykłą, na wskroś surrealistyczną wyobraźnią styl, który albo przyjmie się w całości, albo w całości odrzuci uznając za zbyt ciężki, przeładowany szczegółami i znakami interpunkcyjnymi, tekstem piętrzącym się niczym fale oceanu i oderwaniem od szarej rzeczywistości; chociaż Saramago udowadnia przy tym, że można pisać nie trzymając się krańcowo realiów, przyziemności codziennego życia, by snuć historie o ludziach mniej lub bardziej zwykłych znajdujących się w niecodziennych okolicznościach, będących mimowolnymi sprawcami lub czasami tylko uczestnikami przedziwnych sytuacji czy wydarzeń, jak choćby to opisane w „Kamiennej tratwie”, czyli oderwanie się Półwyspu Iberyjskiego od kontynentu europejskiego, dryfowanie ku otwartemu oceanowi i implikacje temu towarzyszące, zastanawianie się na ile Hiszpania i Portugalia scalone były kulturowo, gospodarczo i politycznie ze Starym Kontynentem, jak wpłynie to na sam półwysep, jego mieszkańców, ich życie i historie, a jak przyjmie to okrojona Europa zmuszona do weryfikacji swej polityki i gospodarki, nowego zdefiniowania siebie.
No proszę, można pisać długie zdania, ale to męczące jest i trzeba być takim Saramago, by zawrzeć w nich magię literacką, skupić się na pięciu bohaterach nie licząc psa, który nigdy nie szczeka i nie pogubić się w nadmiarze słów i myśli, by wpaść na pomysł oderwania się porządnego kawałka lądu i dryfowania w nieznane, by zadawać przy tym pytanie o jedność kontynentu, a przecież Unia Europejska jako tak wówczas nie istniała, nie było niebieskiej flagi z dwunastoma gwiazdami, Hiszpania i Portugalia zaś choć geograficznie przynależały do Europy od zawsze, to miały długie epizody, gdy były zupełnie obce szeroko pojętej kulturze europejskiej.
Polecam. Powieść Saramago jest nie tylko eksperymentem lub zabawą z wyobraźnią, ale również kawałkiem dobrej literatury.
Moja ocena: 5

* * *

Saramago José; Kamienna tratwa;
... nikt nie słucha małych narodów, nie jest to mania prześladowcza, lecz historyczna oczywistość.

Saramago José; Kamienna tratwa;
... poranni turyści już tacy są, w gruncie rzeczy problematyczni i niespokojni, cierpią na nieuleczalne poczucie krótkości życia, położyć się późno i wstać wcześnie, zdrowie nie wytrzymuje, ale życie się wydłuża.

Saramago José; Kamienna tratwa;
... tchórzostwo jest gorsze niż ośmiornica, ośmiornica zarówno kurczy, jak i wyciąga macki, tchórzostwo tylko je kurczy.

Saramago José; Kamienna tratwa;
To prawda, że wielkość słów nigdy nie wspina się na poziom wymagany przez wielkość chwili.

Saramago José; Kamienna tratwa;
Kiedy bardzo czegoś pragniemy, mądre ciało okazuje nam litość, samo udaje, że zaspokaja pragnienia, sny są tym samym.

Saramago José; Kamienna tratwa;
Prawdopodobnie dowolne poczynanie sobie w sprawach ciała w sytuacjach kryzysowych jest tym, co najbardziej odpowiada żywotnym interesom ludzkości i człowieka, zwykle prześladowanym moralnością.

Saramago José; Kamienna tratwa;
W naszym życiu nigdy niczego nie kradliśmy, zawsze robi się to w życiu innych, mogłaby to być maksyma filozofa cynika, lecz jest to zaledwie stwierdzenie faktu.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Alexander McCall Smith „Miłość buja nad Szkocją”

Alexander McCall Smith, Miłość buja nad Szkocją, Muza, Warszawa 2011, 351 s.

A teraz czas na tom trzeci, w którym Bertie, niezwykle utalentowany sześciolatek, wciąż zmaga się bohatersko ze swymi wrogami: nieznośną matką i jej wspólnikiem, psychoanalitykiem doktorem Fairbairnem. Pat znów ma kłopoty natury sercowej, złotozęby pies Cyril wchodzi w konflikt z prawem, a Duża Lou jak zawsze służy kawą i poradą wszystkim bywalcom swojej kawiarni.


I cóż ja mogę napisać o kolejnej części „44 Scotland Street”? Jest wciągająca, to pewne. Acz niektórzy bohaterowie stają się zbyt wkurzający. Moja pierwotna sympatia dla Pat, zmieniła się podczas czytania w irytację. Młoda dzierlatka, która sama nie wie czego chce. Matthew szukający miłości i odnajdujący się powoli w roli prowadzącego galerię zaczyna nabierać barw i zainteresowanie jego losami wzrasta.
Prowadzone daleko od rodzinnej Szkocji badania antropologiczne Domeniki dają czytelnikowi odpocząć od perypetii mieszkańców Edynburga, którzy rozpierzchli się po całym mieście.
Ale najciekawszymi postaciami i tak pozostają Angus i Bertie. Malarz kochający ponad wszystko swego psa i sześciolatek, który znowu ugina się pod ambicjami swojej matki. To przerażające, jak bardzo ambicja i nadmierne aspiracje mogą skrzywdzić dziecko, które powinno się kochać bezwarunkowo i czynić wszystko, by dzieciństwo upływało mu w jak najmniej stresującym otoczeniu. Irene zaślepiona pismami Melanie Klein doprowadza kwestie pedagogiczne do absurdu. Podobnie absurdalne są zachowania Fairbarna i może byłoby to bardziej śmieszne, gdyby spomiędzy wersów nie wyzierał strach, że tacy ludzie jak Irene i Fairbarn naprawdę istnieją, naprawdę wierzą, że postępują prawidłowo i nie zdają sobie sprawy ile cierpienia zadają tym dziecku.
Brakowało mi w „Miłości...” Bruce’a. Czytanie o poczynaniach tego bufona wpływało na mnie dziwnie oczyszczająco.
Moja ocena: 4

Michelle Richmond „Rok we mgle”

Michelle Richmond, Rok we mgle, Videograf II, Katowice 2008, 330 s.

Bohaterką powieści jest Abigail - młoda kobieta zajmująca się fotografią i szczęśliwa partnerka Jake'a, z którym zamierzają się pobrać. Pewnego dnia wybiera się na plażę z jego córeczką Emmą. Zaczyna robić zdjęcia i na kilkanaście sekund traci Emmę z oczu. Chwilę potem stwierdza, że dziewczynka zniknęła we mgle. Rozpoczynają się poszukiwania dziewczynki, jednak nie udaje się jej odnaleźć.

Może zacznijmy od tego, że nie jest to thriller. Jeśli ktoś szuka nagłych zwrotów akcji, tajemnic z przeszłości i bezpardonowego gmerania w psychice psychopaty, u Richmond tego nie znajdzie. Niech już lepiej sięgnie po Lisę Gardner.
„Rok we mgle” jest konfrontacją z własną odpowiedzialnością, z własnym dzieciństwem i przeszłością, która determinuje to, kim jesteśmy obecnie. Jest również powieścią o szeroko pojętej miłości i rozpaczy za dzieckiem opuszczonym trzykrotnie, najpierw w wieku lat trzech przez biologiczną matkę, potem w wieku lat sześciu – przez narzeczoną ojca i wreszcie – przez samego ojca. Ale to jeszcze nie koniec. Bo powieść Richmond traktuje również o determinacji, wierności samej sobie i poczuciu winy.
Richmond pisze niezwykle plastycznie, szczegóły dotyczące postaci są dopracowane do przysłowiowej „kropki nad i”. Jake, Ramon, Abigail czy Annabel jawią się jako istoty z krwi i kości. Wyrywkowe wspomnienia przeplatające fabułę nie tylko dają chwilę wytchnienia w odliczaniu dni po zniknięciu Emmy, ale również uzupełniają obrazy bohaterów. W swej desperackiej, samotnej podróży po ulicach San Francisco Abigail odwołuje się do swej pamięci, by zrozumieć siebie i ludzi jej najbliższych, ożywia przeszłość, by móc stawić czoła teraźniejszości. W swych poszukiwaniach zagubionego dziecka staje się coraz bardziej samotna i wraz z upływem czasu jej jedynymi towarzyszami są upór i poczucie winy. Czterdzieści sekund nieuwagi implikuje całe jej jestestwo i przyszłość.
Chociaż osią powieści są intensywne poszukiwania dziecka, sama opowieść jest niezwykle kameralna. Richmond wysuwa na pierwszy plan Abigail, na drugim planie są jej najbliżsi, a cała reszta jest tylko tłem. Nie przedstawia szczegółowo poczynań policji, nie stara się pretendować do roli wszechwiedzącego narratora. Skupia się na dramacie swej bohaterki.
Jest moment albo dwa kiedy powieść niebezpiecznie ociera się o naiwność. Czy mogłaby przeto być lepiej napisana, aby uniknąć mielizn nieprawdopodobieństwa? Prawdopodobnie tak. Z drugiej jednak strony – czyż naszym życiem nie rządzą najbardziej dziwne przypadki? Czy determinacja nie zahacza czasem o naiwność? Jeśli ktoś uważa, że Richmond mogła postarać się bardziej, niech sam chwyci za pióro lub usiądzie przy komputerze i jej prześcignie. Tak łatwo jest fukać i narzekać, ale tak trudno napisać coś, co nie byłoby tylko kolejnym dreszczowcem do połknięcia w jeden wieczór.
Dawno już fikcja literacka nie wzbudziła we mnie tak pozytywnych emocji, nie dostarczyła przyjemności czytania i nie dała o sobie zapomnieć po zamknięciu książki.
Podobało mi się.
Ale pomarudzę na temat wydania. Jest fatalne! Niestaranne tłumaczenie, błędy merytoryczne, nazwy własne tłumaczone raz tak, raz siak, albo pozostawione po angielsku skutecznie utrudniają czerpanie przyjemności z czytania. „W stronę Swanna”   n i e   j e s t   rozdziałem, ale pierwszym tomem cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu”, a nazwisko Swayze się nie odmienia. I tak dalej, i tak bez końca. Pani korektorka się nie popisała, powinna zastanowić się nad zmianą zawodu, bo jako osoba eliminująca błędy, jest do bani!
Moja ocena: 5.5

* * *

Richmond Michelle; Rok we mgle;
Może potrafilibyśmy znaleźć jakiś język, w którym moglibyśmy o niej rozmawiać. Ale brak wiedzy o tym, gdzie ona jest – czy cierpi, czy jest sama, czy przestraszona – sprawia, że jest to niemożliwe. Przy każdym radosnym wspomnieniu wywołanym z pamięci pojawiają się inne, mroczniejsze obrazy, które układają się w bardzo wyraźne tło.

Richmond Michelle; Rok we mgle;
Robimy zdjęcia, by zachować pamięć, ale naturą zdjęć jest zapominanie.

Richmond Michelle; Rok we mgle;
Nie ma chyba bardziej dobitnego dowodu ogromnej samotności niż wielogodzinne, nocne przemierzanie cyberprzestrzeni.

Richmond Michelle; Rok we mgle;
... odczytuję nazwiska zaginionych dzieci zapisane w moim notesie. Bardziej przerażające od nazwisk są daty, które rozciągają się na dziesięciolecia wstecz. Gdzie są teraz ich rodzice, ich ciotki, wujkowie, dziadkowie, przyjaciele, którzy kochali te dzieci? Każda nierozwiązana sprawa to ocean rozpaczy, niezliczona liczba żywotów, które stanęły w miejscu w dniu zniknięcia dziecka. Każde zaginione dziecko jest czyimś najbardziej bolesnym wspomnieniem, czyimś najbardziej znaczącym punktem odniesienia. Z każdym nazwiskiem związany jest ktoś anonimowy, kto czeka na powrót dziecka do domu.

Michel Houellebecq „Mapa i terytorium”

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium, W.A.B., Warszawa 2011, 384 s.

Jed Martin, debiutujący artysta, odnosi olbrzymi sukces za sprawą zdjęć przedstawiających mapy, po czym powraca do swojej pierwotnej twórczości, czyli do malarstwa. Wstęp do katalogu wystawy jego obrazów ma napisać światowej sławy pisarz, Michel Houellebecq - typ niezbyt przystępny, zdecydowanie za dużo pijący i strasznie zaniedbany. Między artystami zawiązuje się nić przyjaźni. Gdy kilka lat później pisarz zostaje zamordowany, Martin decyduje się pomóc w wyjaśnieniu przerażającej zbrodni.

Houellebecq pozostawia za sobą pornografię i obsceniczność. I dobrze, bo nie ma kontrowersji na siłę, jest za to kawał dobrej, francuskiej prozy. Od pierwszej do ostatniej strony nie ma ekscesów, szaleństw czy erotyki. Opowieść toczy się wartko, słowa dobrane są z pietyzmem, czyniąc lekturę odprężającą.
Tym razem Houellebecq skupia się na sztuce i jej twórcach dając wyraźny sygnał, że sztuka współczesna zabrnęła w ślepy zaułek i nawet odpowiednio sfotografowana mapa może być dziełem. Aż dziw bierze, że pisarz nie pokusił się o ginekologiczne ukazanie narządów płciowych w kontekście szeroko pojętego artyzmu, ale wszystko już było i tylko samotność artysty pozostała bez zmian. I przede wszystkim „Mapa i terytorium” jest powieścią o samotności, wyalienowaniu i wypaleniu.
Nie doszukiwałabym się w powieści jakichś podtekstów, tylko dlatego że Houellebecq wprowadził do książki samego siebie. Jego brutalna śmierć mająca wnieść wątek kryminalny jest zaledwie tłem dla wydarzeń z życia głównego bohatera. Pisarz kreuje swą ponurą, rozczarowaną tak życiem, jak i twórczością postać pragnąc za wszelką cenę usunąć się jak najdalej w cień od złudnego świata pełnego blasku fleszy. Nie chcąc zabić się w życiu realnym, unicestwia się na kartkach książki, ukazując przy tym, jak bardzo nietrwały i niepewny jest ludzki żywot.
Podoba mi się ten „nowy” Houellebecq, który zamiast babrać się w pornografii, kieruje swe myśli bardziej ku istotnym problemom ludzi, a takimi są niewątpliwie samotność i wszystko co do niej przynależy.
Moja ocena: 5

wtorek, 10 grudnia 2013

Arnaud Delalande „Bajki pisane krwią”

Arnaud Delalande, Bajki pisane krwią, Albatros A. Kuryłowcz, Warszawa 2011, 398 s.

Rok 1774, czasy panowania Ludwika XV. W wersalskiej Galerii Zwierciadlanej odkryte zostają zwłoki brutalnie zamordowanej młodziutkiej Rosette oraz liścik adresowany do przyjaciela Casanovy Viravolty, awanturnika pracującego niegdyś dla Republiki Weneckiej. Dlaczego morderca zostawił przy zwłokach jedną z bajek La Fontaine’a oraz różę? Skąd pomysł nawiązania do Bajkarza, którego sam Viravolta zabił niegdyś w pojedynku? Morderca zapowiada dziesięć zabójstw, ale wkrótce okazuje się, że dziewczyna z Galerii Zwierciadlanej nie była jego pierwszą ofiarą – pod nóż poszło już kilku agentów i informatorów z tajnej służby króla.

Pietro Viravolta jest bardziej bondowski niż sam Bond. Czytając „Bajki pisane krwią” co pewien czas przemykało mi po głowie: „My name is Orchidea. Czarna Orchidea!” I jako agent ma nawet swego osiemnastowiecznego Q – Augustina Mariénne! Jest to kalka tak widoczna, że aż żenująca, przynajmniej dla mnie – czytelnika. Delalande w swym naśladownictwie idzie dalej. Ma aspiracje aby być nie tylko nowym Ianem Flemingiem. Ni stąd ni zowąd pragnie by „Bajki pisane krwią” stały się nowymi „Nędznikami” i poświęca całe akapity na dziwaczne przemyślenia o Paryżu i na szczegółowe, pseudopoetyckie widoki miasta z wyżyn katedry Notre Dame. Ale i to nie wystarcza autorowi i niczym Dan Brown stara się wcisnąć między wersy różne fakty i ciekawostki podane jednak w tak drętwiej formie, że nużą raczej niż uzupełniają obraz osiemnastowiecznego Paryża.
Chociaż zarys fabuły brzmi zachęcająco, wykonanie zawodzi na całej linii. Akcja się rozłazi, Delalande przynudza i chcąc wiele zdziałać, miota się od pomysłu do pomysłu na czym cierpi logika. Ani to thriller historyczny, ani powieść płaszcza i szpady. Takie flaki z olejem.
Lepiej trzymać się z daleka.
Moja ocena: 1.5

Majgull Axelsson „Dom Augusty”

Majgull Axelsson, Dom Augusty, W.A.B., Warszawa 2006, 452 s.

Augusta, Alice i Angelica to przedstawicielki różnych pokoleń tej samej rodziny. Łączą je nie tylko więzy krwi, lecz także wspólne losy – dwie z nich to matki nieślubnych dzieci, trzecia jest niechcianą córką. Nieświadomie wszystkie popełniają błędy swoich poprzedniczek. Przekazywany z pokolenia na pokolenie dom Augusty, w którym szukają schronienia, staje się świadkiem rozpaczy, radości, poszukiwania prawdziwego uczucia oraz walki o niezależność i samodzielność. To powieść, w której poezja przeplata się z tragedią, a rzeczywistość z magią. Wielowątkowa i wielopłaszczyznowa historia, bogata w emocje, wydarzenia i postaci, barwnie i potoczyście opowiedziana, przywodzi na myśl przekazywane ustnie legendy, których literackim odpowiednikiem jest twórczość Selmy Lagerlöf.

Jak wiele książek, tak i „Dom Augusty” sam wszedł w moje ręce leżąc na stosiku zwrotów w bibliotece. Nie jest łatwo mnie zauroczyć, a prozie Axelsson poddałam się bez wahania. Skojarzyła mi się z „baśniowością” Joanne Harris (tyle, że w o wiele lepszym wydaniu) połączoną z magicznymi opowieściami Isabel Allende. Podobny klimat, tylko zamiast słonecznych czy wręcz upalnych krain, na kartach powieści Axelsson dominuje zimno, półmrok i szarość Szwecji.
Smutne są opowieści Axelsson, acz napisane zręcznie i ma się odczucie, że spędza się wieczór nad wyrafinowaną robótką, gdzie zamiast oczek wełny, autorka dzierga skrzętnie dobrane słowa o niechcianych ciążach, samodzielności, samotności, zachowawczym egoizmie, poczuciu winy czy niedostosowaniu niechcianego dziecka. Rzadko emocje dochodzą u mnie do głosu. A w czasie czytania „Domu Augusty” popłakałam się jak bóbr. Zapewne istotne jest to, że sama jestem matką, też popełniam błędy wychowawcze i mogłam znaleźć w bohaterkach cząstkę siebie. Piękna choć przygnębiająca proza o kobietach, które starając się nie okazywać słabości zamykają się w sobie, a z czasem zamykają się na świat i tym samym tracą okazję, by poprzez podzielenie się swymi błędami, ustrzec od nich najbliższe osoby.
Moje osobiste odkrycie 2012 roku. Polecam.
Moja ocena: 5.5