piątek, 28 lutego 2014

Daphne du Maurier „Oberża na pustkowiu”

Daphne du Maurier, Oberża na pustkowiu, PIW, Warszawa 1976, 292 s.

Miejscem akcji jest ciesząca się ponurą sławą oberża "Jamajka", ukryta pośród bezludnych torfowisk Kornwalii, za dnia zamknięta na głucho, nocą otwarta dla zbirów spod ciemnej gwiazdy - złodziei, przemytników, morderców.
Pewnego dnia przybywa do niej dziewczyna imieniem Mary, siostrzenica żony właściciela, wkrótce też pojawia się niezwykły, pełen fantazji młody człowiek, brat straszliwego oberżysty.
Wątek romansowy rozwija się na tle dramatycznych wydarzeń, w atmosferze napięcia, grozy i tajemniczości.


Pośród kornwalijskiego pustkowia, z dala od jakichkolwiek ludzkich siedzib stoi oberża o egzotycznej nazwie. Nie jest to bynajmniej przybytek, w którym chciałby gościć przypadkowy przejezdny, bowiem oberżysta jest gburem i przestępcą, żonę już dawno złamał psychicznie i to samo postanowił zrobić z jej siostrzenicą.
Du Maurier odmalowuje plastycznie ponurą, wietrzną aurę kornwalijskich wrzosowisk, gdzie słońce świeci rzadko i krótko, deszcz i mżawka są za to na porządku dziennym, konie brną w błocie, a pod osłoną zachmurzonego, nocnego nieba złoczyńcy uprawiają przemytniczy proceder.
„Oberża na pustkowiu” nie jest powieścią wybitną, acz na tyle dobrze napisaną, że złowieszcza atmosfera gospody i okolic pobudza wyobraźnię. Jest to książka wprost wymarzona na zimowe lub jesienne wieczory, kiedy za oknem ponuro, hula wiatr, a w domu lampa roztacza ciepłe światło. Du Maurier wyczarowała klimaty niemal gotyckie, z grozą, mgłą i zbrodnią w tle. I oczywiście niezwykle plastyczne opisy Kornwalii i tamtejszej przyrody. Plus niepokorną bohaterkę, upartą i pragnącą zrozumieć, co się wokół niej dzieje. I niebanalny, zaskakujący koniec.
Dobrze się czyta. A to chyba najważniejsze.
Moja ocena: 4

Georges Vigarello „Czystość i brud”

Georges Vigarello, Czystość i brud. Higiena ciała od średniowiecza do XX wieku, W.A.B., Warszawa 1998, 288 s.

Ta niezwykła książka jest opowieścią o tym, jak zmieniało się pojęcie czystości w naszej cywilizacji. Jest to też historia przemian ludzkiej wrażliwości i ekspansji kultury w przestrzeń intymną człowieka. Przez wiele lat to nie higieniści dyktowali kryteria czystości, ale autorzy podręczników dobrych manier. Opowieść ta zaczyna się od przedstawienia średniowiecznych wyobrażeń o higienie ciała, a kończy na współczesnym aseptycznym wzorze czystości.

Lubię wiedzieć, jak to kiedyś było, jak dawniej postrzegano świat, jak postrzegano problemy. W czasach obecnych higiena jest uczona już od przedszkola. Wciąż powtarza się o konieczności mycia rąk przed jedzeniem czy mycia zębów najlepiej po każdym posiłku. Nie ma nic przyjemniejszego po wyczerpującej podróży (lub wyczerpującym dniu) niż znaleźć się na kilka minut pod prysznicem, odprężyć się i pozbyć brudu dnia (lub jazdy). Dentysta pracuje w rękawiczkach, sale operacyjne są sterylne, chirurdzy długo szczotkują swe dłonie przed operacją. To wszystko jest nam znane i tak oczywiste, że trudno sobie wyobrazić, że kiedyś świat wyglądał inaczej. (I tu mała dygresja: nawet pisarze piszący powieści historyczne, gdzie wszystko niby zgadza się z realiami epoki, potrafią popełnić faux pas i kazać się myć bohaterom, bo mimo wszystko podchodzą do kwestii brudu w sposób dwudziestowieczny).
Tymczasem historia czystości i brudu jest dość skomplikowana. Ze starożytności wyniesiono naukę, że myć trzeba to, co widoczne: twarz i ręce. Reszta była o wiele mniej istotna. I choć średniowiecze na przykład słynęło z łaźni, to dość szybko przybytki te stały się synonimem... burdeli. Pójście do łaźni nie oznaczało oddania się ablucjom lecz uciechom w ramionach dziwek lub wielkiemu ucztowaniu.
Nie myto się, bowiem uważano, że mycie wodą jest szkodliwe! Noworodków nie kąpano nie tylko codziennie czy raz w miesiącu. Nie kąpano ich w ogóle i to niezależnie czy mowa o dziecku mieszczańskim, czy królewskim. Podstawą siedemnastowiecznej higieny było wycieranie białą szmatką. W tym samym też czasie wzrastało znaczenie bielizny, zaczęto ukazywać jej górną część i mankiety. O czystości człowieka świadczyła czystość jego koszuli, z kolei brak bielizny tożsamy był w początkach XVII wieku z niemożnością „umycia się” (wytarcia szmatką).
Nieodłącznymi towarzyszami tak tragicznie zaniedbanych ludzi było robactwo. Tępiono je doraźnie, pomagało to na jakiś czas, acz wszelkie wszy szybko wracały. Problem istniał jeszcze pod koniec XIX wieku, skoro Rimbaud, ten przewrotny młody poeta popełnił wiersz „Które iskają”:
W otwartym na ścież oknie dziecko przy nich siada,
Gdzie ranny błękit kąpie barwne grzędy zielne,
We włosy mu kroplami chłodna rosa pada,
I błądzą w nich sióstr palce cudne, a śmiertelne.

„Czystość i brud” nie jest typową lekturą do poduszki. Chwilami Vigarello przynudza skupiając się na teoriach, które odnośnie higieny wysnuwali nowożytni lekarze. Chwilami podczas lektury może wziąć czytelnika obrzydzenie, szczególnie kiedy mowa jest o robactwie, krostach i różnorakich wyciekach skórnych. Ale we mnie, po latach studiów, pozostało już takie zboczenie, że ciągnie mnie do monografii i biografii wszelakiego rodzaju.
Moja ocena: 5

czwartek, 27 lutego 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Przypadek Adolfa H.”

Éric-Emmanuel Schmitt, Przypadek Adolfa H., Znak, Kraków 2012, 480 s.

W swojej najnowszej powieści Éric-Emmanuel Schmitt kreśli podwójny portret tytułowego bohatera. Naszym oczom ukazują się na zmianę: Hitler-dyktator i Hitler-artysta, zakompleksiony despota i spełniony, szczęśliwy mężczyzna. Historia prawdziwa przeplata się z historią, która mogła się zdarzyć...
Dlaczego losy świata potoczyły się tak, a nie inaczej? Co sprawia, że człowiek raz wybiera dobro, a innym razem zło? Czy wszystkim rządzi przypadek? W napisanej z rozmachem i dużą swadą książce Schmitt stawia pytania o źródło i naturę zła. Każdy z nas ma w sobie jasną i ciemną stronę - i lepiej o tym nie zapominać.

Mogłabym zacząć (i zacznę!) tę recenzję wspominając o typowym dla mnie zaćmieniu umysłu. Sięgnęłam w bibliotece po powieść leżącą na wierzchu stosu książek zwróconych (tyle razy o tym już pisałam, że kiedyś będę musiała zrobić zdjęcie, coby zwizualizować ten szczególny stos, dzięki któremu trafiam na wszelkie niezaplanowane acz w większości ciekawe lektury), przeczytałam tytuł „Przypadek Adolfa H.” i kompletnie niezorientowana o jakim Adolfie może być mowa, zdecydowałam się na wypożyczenie.
Coś w umyśle błysnęło kiedy przyszłam do domu. Jak to mówią: lepiej późno niż później.
Schmitt rozpoczyna swą opowieść o Adolfie H. w dniu ogłoszenia wyników egzaminów do Akademii Sztuk Pięknych. W jednej wersji Adolf się do akademii dostaje, w drugiej – mamy dokładnie opisane prawdziwe życie faceta, który rozpętał II wojnę światową. Starannie, ze znawstwem i wielkim zapleczem historycznym Schmitt prowadzi czytelnika przez secesyjny Wiedeń, Wielką Wojnę, dwie pierwsze dekady po tym, kiedy Niemcy zamknęły za sobą drzwi z napisem „cesarstwo” i stały się republiką. I moim skromnym zdaniem jest to najlepsza część książki. Wciąż mamy porównanie pomiędzy Adolfem spełnionym artystycznie, szukającym sposobu na wyrażenie siebie za pomocą pędzla i płótna i Adolfem spełniającym się jako charyzmatyczny, nawiedzony żydfob.
Schmitt nie tylko skupia się na istocie zła, przyczynach jego narodzin i ludzkich pobudkach, bywa również przewrotny i ironiczny we fragmentach, kiedy tworzy alternatywną biografię Austriaka.
Los bywa nieprzewidywalny. O życiu człowieka może zadecydować rzut monetą, dobry lub zły humor innego człowieka, ból głowy czy zęba. Kiedy skupienie się na swoich problemach przesłania problemy innych, marginalizuje je i bezwiednie zmienia ich linię życia. Życie jakie proponuje Hitlerowi w jednym z przypadków Éric-Emmanuel Schmitt, to życie człowieka spełnionego, wartościowego i kochanego przez najbliższych. Mamy jednak równie precyzyjnie opisaną i wersję rzeczywistą: wstąpienie do NSDAP, nieudany pucz, więzienie, rosnącą popularność polityczną (i rosnącą paranoję). I okres wojny. Agresja, skupienie na sobie, napady szału... Zło w najczystszej postaci.
Rozdźwięk pomiędzy bohaterem spełnionym artystycznie i spełnionym dyktatorsko jest ogromny. Zamiar Schmitta był oczywisty: ukazać jasne i ciemne strony człowieka. Mnie zastanawiało jednak, czy aby na pewno dostanie się do Akademii Sztuk Pięknych zmieniłoby znacząco biografię Hitlera? Czy gdzieś po drodze nie pojawiłyby się wątpliwości, nie doszedł do głosu psychopata?
Hitler postrzegany jest jako mierny pacykarz. Nie znam się na malarstwie, ale czytać powieść Schmitta nie poznawszy obrazów głównego bohatera to jak słuchać muzyki przy wyłączonym dźwięku. Przejrzałam zatem pliki z akwarelami i szkicami, w takich wypadkach internet jest nieoceniony, nieprawdaż? Patrząc na to, co malował młody Adolf, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie był ani gorszy, ani lepszy od setek obecnych malarzy ulicznych. Budynki, które kreślił, odznaczały się wręcz hiperrealistycznym oddaniem detalu. Prawdopodobnie lepszym byłby Hitler architektem (miał takie ciągoty, niespełnione z powodu braków w nauce) niż artystą. Nie czuł za to przyrody, malowane przezeń kwiaty przypominają prace powstające na lekcjach plastyki w szkole podstawowej. Ale jedna akwarela mi się spodobała. Pochodzi z okresu wiedeńskiego i jest dołączona do niniejszej recenzji.
Wracając do „Przypadku Adolfa H.” – z perspektywy Polski to czy Hitler został artystą, czy Führerem i tak wychodziło na jedno. Była przegrana. To tyle jeśli chodzi o naszą ojczyznę. Abstrahując od epizodu polskiego, powieść Schmitta polecam. Nie tylko jako wariację pisarza na temat tego, co by było gdyby, ale też jako przystępnie napisaną biografię jednego z największych zbrodniarzy XX wieku.
Moja ocena: 5.5

* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Seksualność jest jednym ze sposobów naszego istnienia z innymi. Albo istnienia bez nich. Tak czy owak, objawia nasze otwarcie i nasze zamknięcie się na innych.

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Poważni ludzie robią błąd, traktując poważnie jedynie tych, którzy są do nich podobni.

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Emocja... Emocja, która dodaje siły ideom. Emocja, która tworzy przemoc. Emocja, która zawsze stawia nas po stronie ofiar, ale która właśnie z tego powodu tworzy nowe ofiary.
Chociaż emocja pozwala czasami dojść do nowych myśli, emocja nie jest sprawiedliwa. Wystrzegać się emocji w polityce...

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Dopóki nie rozpoznamy, że łajdak i zbrodniarz kryją się w głębi nas samych, będziemy żyć w pobożnym kłamstwie. Kim jest łajdak? Kimś, kto w swoich oczach nigdy się nie myli. Kim jest zbrodniarz? Kimś, kogo czyny lekceważą istnienie innych. W sposób nieuchronny te dwie siły ciążenia istnieją we mnie, mogę im ulec.

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Przypisywać złu jedną przyczynę to nie myśleć, lecz karykaturować, upraszczać, raczej popadać w oskarżenia, niż próbować wyjaśnić.

wtorek, 25 lutego 2014

Bohumil Hrabal „Auteczko”

Bohumil Hrabal, Auteczko, Znak, Kraków 2009, 104 s.

W swoim domku w Kersku pod Pragą Hrabal zajmował się pisaniem i ukochanymi kotami, wśród których ulubienicą była rudo-biała Auteczko. Kiedy jednak koty nadmiernie się rozmnożyły, zabrakło mu czasu na pracę i sen, stracił spokój ducha prześladowany świadomością, że część z nich musi umrzeć i że musi je zabić właśnie on, który je kochał. Udręczony, za odkupienie swojej winy uznał dopiero wypadek samochodowy, z którego cudem uszedł z życiem.

„Auteczkiem” Hrabal mnie dobił. Literacko ten esej jest piękny. Ale treść jest ohydna! Na sto cztery strony, dziewięćdziesiąt dziewięć powalanych jest krwią kotów, cieląt, świń i innych zwierząt.
W tej balladzie nie ma nic pogodnego, może tylko sielskość otoczenia, które stało się jednocześnie miejscem kaźni z konieczności. Hrabal ze szczegółami opisuje wszystkie swe egzekucje, zakrwawiony worek, siekierę. Owszem, boleje nad tym, że musi pozbawiać życia ukochane zwierzęta, ale jednocześnie czyni to w sposób okrutny, drastyczny. Przypomina w tym bezmyślnego małorolnego z wieków ciemnych, który widzi w zwierzętach tylko siłę pociągową lub mięso. Kochać i zabijać waląc siekierą w łeb? Do mnie nie przemawia taka wersja „kochania”. Zabijać ciężarną kotkę, jakoby ukochaną? Gdzie tu kochanie? Gdzie choćby okruch humanitaryzmu?
Ktoś powie, że jestem przewrażliwiona, że przesadzam. Niech mówi! Zdania nie zmienię! Hrabal pisał to w połowie lat osiemdziesiątych. Nie chciał topić, trzeba było wieźć do weterynarza na uśpienie. A nie – worek i siekiera, cholera, jak Raskolnikow niemalże. Seryjny morderca.
Że potem żałował? Że czuł się winny? Że odkupił się wypadkiem samochodowym? Cóż, on ten wypadek przeżył, cudem czy nie. Jego „ukochane” koty nie przeżyły. I tyle w kwestii odkupienia win.
Hrabal od zawsze miał ciągoty do opisywania okrucieństwa człowieka względem zwierząt. Płakałam czytając „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, płakałam czytając „Auteczko”. Może i miała to być książka katarktyczna, ale pomimo upływu czasu, jaki minął od lektury, wciąż nie mogę zapomnieć całej tej ohydy w niej zawartej. Nie mogę zapomnieć o krwi. 
Tak na marginesie: koty pętały się mi pod nogami odkąd skończyłam dwanaście lat. Uczyłam się ich, popełniałam błędy, kilka kotów umarło mi na rękach. Ktoś mógłby to nawet nazwać morderstwem, mało różniącym się od tego, co robił Hrabal. Nie było krwi. Była strzykawka. Od najgorszej chwili w moim życiu minęło osiemnaście lat. I wciąż wracają do mnie tamte chwile. Ja nie miałam wyboru. Hrabal, z tym swoim sielskim domkiem miał. Wybrał źle. I tyle w kwestii „Auteczka”.
Nie polecam ludziom wrażliwym.
Moja ocena: 1.5 (1 za styl, który niestety jest literacko bez zarzutu. 0.5 za pięć stron nie powalanych krwią zwierząt)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Tess Gerritsen „Dolina umarłych”

Tess Gerritsen, Dolina umarłych, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011, 400 s.

Coś przerażającego wydarzyło się w opuszczonej przez ludzi wiosce Królestwo Boże ukrytej w przysypanej śniegiem dolinie w stanie Wyoming. Jej mieszkańcy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu, porzucając domy i samochody – dwanaście identycznych domostw i nietknięte posiłki na stołach. Doktor Maura Isles, jadąca ze znajomymi do Wyoming na konferencję patologów, trafia tu przypadkiem, gdy jej samochód wypada z drogi podczas śnieżycy. I znika bez śladu. Kilka dni później auto z czterema spalonymi ciałami zostaje odnalezione na wiejskiej drodze. Policja uważa, że są wśród nich szczątki Maury. Detektyw Jane Rizzoli nie wierzy w śmierć przyjaciółki, prowadzi własne śledztwo. Czy zniknięcie doktor Isles ma związek z serią zbrodni popełnionych wcześniej w tej samej okolicy?

Po tej książce zdecydowałam się odpocząć od Tess Gerritsen na czas dłuższy. Męczyłam się w czasie czytania, choć powieść nudna nie była. Ale brakowało mi w tej książce ikry. A zapowiadało się ciekawie...
Tajemniczość, odcięcie od świata gdzieś w Stanach Zjednoczonych (czy to nie brzmi nieprawdopodobnie?), zaspy śniegu i opuszczona wioska. Lecz tajemniczość szybko zmienia się w monotonię, brnęłam przez kolejne strony tak, jak bohaterowie brnęli przez góry śniegu, zasypiałam nad ich wędrówkami, miotaniem się po wymarłym Królestwie Bożym i nie bardzo wiedziałam, po co to wszystko.
Samego kryminału jest w „Dolinie umarłych” stanowczo zbyt mało. Doktor Isles przeżywa mrożące krew w żyłach chwile, ale nijak się to ma do jej zdolności zawodowych. Nie tego oczekiwałam. Najpierw ślamazarne tempo, kiedy Gerritsen skupia się na wyprawie Isles ze znajomymi, a potem niemożebne przyspieszenie, natłok bohaterów znanych już z poprzednich części. Poplątane wątki miłosne. Wszystko to sprawia, że sama zbrodnia niknie pod hałdami sensacji i osobistych rozterek bohaterki. Ponadto wystarczy nieco się wysilić, aby szybko zrozumieć kto, jak i dlaczego zabijał. Osobiście wolałabym, aby Maura Isles pozostała przy swoim stole sekcyjnym niż starała się przeżywać przygody w stylu Donnerów.
Moja ocena: 3.5

Ignacy Chiger „Świat w mroku”

Ignacy Chiger, Świat w mroku, PWN, Warszawa 2011, 316 s.

Trudno opisać emocje towarzyszące niewyobrażalnym dziś wydarzeniom, kiedy ocalenie żydowskiego życia w okupowanym Lwowie było niemożliwe. Ignacy Chiger – ojciec dziewczynki w zielonym sweterku – opisał przeżycia swoje i jego żydowskiej rodziny, gdy przyszło zamienić dostatnie życie na walkę o przeżycie w warunkach niegodnych człowieka. Pobyt w getcie, a później czternaście miesięcy w kompletnej ciemności lwowskich kanałów to czas, w którym nastąpił ciąg wielkich małych cudów, obcy ludzie stali się rodziną, a dobry Polak okazał się Aniołem Stróżem. Szczegółowa, relacja wydarzeń z pierwszej ręki, spisana zaraz po wyzwoleniu to niezwykle cenny dokument historyczny dla okresu okupacji sowieckiej i niemieckiej, obrazujący surową codzienność życia mieszkańców Lwowa.

Wstęp I
Ryszard Kapuściński kilkukrotnie (i z naciskiem) powtarzał, że każdy opowiada tę samą historię inaczej, pamięta co innego, na inne rzeczy zwraca uwagę. Warte zapamiętania.
Wstęp II
Oglądałam „W ciemności” Agnieszki Holland, czytałam „Dziewczynkę w zielonym sweterku” Krystyny Chiger. Trzymając w dłoni wspomnienia jej ojca, pytałam samą siebie, po co po raz kolejny wracam do dobrze znanej historii. Czy wyniosę z niej coś nowego? Przecież ja już wszystko (teoretycznie) wiem. Pomimo upływu lat zdarzają mi się takie przebłyski porażającej głupoty, przekonanie, że nic mnie już nie zaskoczy.
Ano zaskoczyło. A ilekroć potem czytałam słowa Kapuścińskiego, myślałam o „Świecie w mroku” Ignacego Chigera.
Jest to książka o przetrwaniu, kilkunastu miesiącach spędzonych w kanałach. Ale jednocześnie Ignacy Chiger opowiada o wszystkim tym, co poprzedziło ucieczkę jego rodziny do ciemnej, zaszczurzonej i wilgotnej kryjówki. I przyznaję, że to relacja bardziej dynamiczna, dojrzała i po prostu ciekawsza od relacji jego córki. A przede wszystkim – inna.
Krótkie wspomnienie małej Krysi Chiger powstałe w niedługim czasie po wyjściu z ciemności kanałów to prolog „Świata w mroku”. Jest w nim zawarty tak wielki ładunek emocjonalny, opisane są zwięźle acz żywo warunki życia w kanałach w taki sposób, w jaki nie udało się tego powtórzyć dorosłej już Krystynie.
A potem zaczyna opowiadać Ignacy Chiger. Jego opis życia tak pod okupacją radziecką, jak i pod okupacją niemiecką jest mocny, trafny, okrutny. Chiger jest wytrwanym, inteligentnym obserwatorem i dzięki temu kreśli przed oczyma czytelnika wojenne losy Lwowa w sposób, jakiego nie powstydziłby się żaden kronikarz. Chiger ma niezwykły dar opowiadania, celne uwagi, zauważane niuanse i wielka miłość do miasta wręcz przenoszą czytelnika do okresu wojennej zawieruchy w Galicji. Pojawiające się gdzieniegdzie banalne, znane (wyświechtane) porównania nie przeszkadzają w ogólnym odbiorze książki. Odwrotnie – nadają jej bardziej ludzki wymiar. A pamiętać trzeba, że w owych czasach przymiotnik „ludzki” i wszystko, co z tym związane, było towarem deficytowym.
Słowa prawdy o głupocie systemu komunistycznego, o mało rozgarniętych ludziach, którzy, gdyby nie rewolucja 1917 roku, nadal oraliby ziemię a nie – dzierżyli niemal bezgraniczną władzę, o mentalności, która nie zmienia się wraz z przemianowaniem ministrów na komisarzy ludowych, która zatwardziale tkwi w tych ponurych umysłach komunistycznych „oswobodzicieli”, są wprowadzeniem do studium porównawczego z nazizmem. Wraz z Niemcami przyszedł inny rodzaj terroru, inne (acz równie nędzne) traktowanie człowieka, pojawiła się inna mentalność. Te następujące po sobie dwie okupacje wyniszczające ludzi i miasto ukazał Ignacy Chiger pierwszorzędnie. Niby różne, a jednak mające na celu jedno: jak najbardziej upodlić człowieka. Świat pogrążył się w mroku dla Chigera i jego rodziny na długie miesiące przedtem nim zdecydował się sprowadzić swoją rodzinę do kanałów.
Przede wszystkim zaś przekaz Chigera był jasny: w ekstremalnych czasach egzamin z humanitaryzmu tylko jednostki zdają celująco i nie liczy się narodowość: Rosjanin, Niemiec, Ukrainiec czy Polak.
Mocna książka. Ważna.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

piątek, 21 lutego 2014

Oliver Sacks „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”

Oliver Sacks, Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Zysk i S-ka, Poznań 2008, 302 s.

Książka Olivera Sacksa, angielskiego neurologa i psychiatry, z pozoru tylko podejmuje wąsko rozumianą tematykę medyczną związaną z neuropsychologią czy też z neurologią. Neuropsychologia, tak jak kiedyś psychoanaliza, jest pasjonującą dyscypliną naukową nie tylko dlatego, że poszerza naszą wiedzę o psychice człowieka, ale również dlatego a może przede wszystkim że studiowanie tych zagadnień nieodmiennie prowadzi czytelnika do postawienia sobie zasadniczych pytań egzystencjalnych. Tematem tej dziwnej, ale wspaniałej książki jest analiza tego, co się dzieje, kiedy następują jakieś zmiany w mózgu, o których większość z nas nawet nie ma pojęcia... Doktor Sacks pokazuje, jakie lęki drzemią ukryte w naszych umysłach i jak niewiele potrzeba, by się ujawniły.

Oglądasz „Memento” o facecie z utratą pamięci krótkotrwałej i myślisz sobie: „Uff, to tylko film.” A potem sięgasz po książkę Oliviera Sacksa i fikcja staje się rzeczywistością.
„Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” to książka poświęcona patologii mózgu, tej szarej, pofałdowanej substancji, którą wszyscy mamy pod czaszką i której działania wciąż jeszcze do końca nie zgłębiono. To publikacja naukowa, acz napisana językiem prostym i zrozumiałam, co nie zmienia faktu, że przypadki, jakie przywołuje angielski neurolog jako przykłady dysfunkcji mózgu, są przerażające. Żyjemy, kochamy, smucimy się, czytamy, pracujemy, narzekamy nie zastanawiając się nad tym, ile mamy szczęścia, że jednocześnie jesteśmy świadomi swego człowieczeństwa, widzimy świat, poruszamy się i pamiętamy, co robiliśmy pięć minut temu lub wczoraj, potrafimy zapanować nad słowami, rozumiemy słowa innych. Pacjenci doktora Sacksa te pozornie zwyczajne umiejętności utracili. Nieodwracalnie.
Tytułowy mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem to muzyk, chory na agnozję wzrokową, mający dobry wzrok, acz nie potrafiący zrozumieć na co patrzy; radzący sobie z chorobą za pomocą.... muzyki. Kolejny przypadek – blisko pięćdziesięcioletni człowiek, którego życie i wspomnienia zatrzymały się na okresie, kiedy miał lat dziewiętnaście. Za każdym razem rozmawiał z lekarzem jakby się spotkali po raz pierwszy, nie pamiętał zresztą nie tylko jego (czy personelu), ale w ogóle ostatnich trzydziestu lat życia. Albo opis młodej kobiety, która nie potrafi koordynować i kontrolować ruchów rąk i nóg. Albo mężczyzny, który nie potrafił rozpoznać własnej nogi. Albo kobiety, która całkowicie utraciła pojęcie „lewej strony”. Albo... albo... wszystkie przypadki opisane przez doktora Sacksa są równie niezwykłe, co przerażające. Przytrafiły się zwyczajnym, normalnym ludziom. Utracili na zawsze w mniejszym lub większym stopniu część siebie, swojego człowieczeństwa. Niektórym pacjentom udało się pomóc, niektórzy już na zawsze pozostali uwięzieni w swoim niedoskonałym mózgu, zagubieni w czasie lub przestrzeni.
Co najmniej dwa rozdziały poświęcone są zespołowi Tourette’a. Najbardziej znaną formą tej choroby jest nieustanne bluzganie wulgaryzmami. Sacks skupia się jednak przede wszystkim na wszelkiego rodzaju tikach czy naśladownictwie. Przyznaje przy tym, że świat „turetyków” najlepiej poznał obserwując ludzi na jednej z ulic Nowego Jorku. Wielkie miasto, wielki stres, wiele twarzy do oglądania. Przy okazji można dojść do konkluzji, że świat pełen jest ludzi, którzy cierpią albo na jakiś niedostatek, albo nadmiar czegoś. Nieświadomi, nie potrafimy dostrzec tego co najważniejsze: naszego zdrowia, naszej samodzielności i wszelkich zdolności, dzięki którym możemy się cieszyć, smucić i wieść w miarę normalne życie.
Moja ocena: 5.5

Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” (cytaty) (6)

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Czy muszą być ludzie ze stali? Czasem zdaje mi się, że powinni być z krwi i kości.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nie każdemu z życiem do twarzy.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Można kogoś skazać na zapomnienie, ale wyrok trzeba wykonać na pamiętających.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Zapytała mnie uroczo: "To chyba bardzo trudno wymyślić wszystko z głowy, tak jak Pan?" - "Trudno" - odrzekłem - "ale myślę, że z nogi byłoby jeszcze trudniej".

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Rasowa plotka nie powinna się nigdy sprawdzać w stu procentach.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Troglodyta nie był troglodytą. Stał na poziomie ówczesnej cywilizacji.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Niewypał myśli zależy również od głowy, w którą trafia.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Zdarza się, że ktoś stawia sobie pomnik za to właśnie, że stawia sobie ten pomnik.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Mamy w kraju bogate zasoby nie wykorzystanej energii. Tupet ćwierćinteligentów.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nasza niewiedza sięga coraz dalszych światów.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Obserwujemy ciekawe zjawisko: bełkot jako środek porozumiewawczy między ludźmi.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Za każdym krzakiem siedzi zając wyobraźni. Czasem okazuje się duchem gołego tyłka.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Są tacy, co nigdy nie mieli nadziei, i tacy, co wiecznie ją tracą.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Należy żyć przez kalkę, by w razie zniknięcia mieć dowód istnienia.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Dmuchając na zimne, można ostudzić własne zapały.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Jedni chcieliby rozumieć to, w co wierzą, drudzy uwierzyć w to, co rozumieją.

wtorek, 18 lutego 2014

Belinda Bauer „Szczątki”

Belinda Bauer, Szczątki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, 280 s.

Niewyjaśniona zbrodnia. Przebiegły morderca. Koszmar, który powraca…
Dwunastoletni Steven Lamb kopie doły na terenie Parku Narodowego Exmoor. Szuka ciała. Dzień w dzień po szkole i w weekendy także. Chce przywrócić spokój duszy wujka, którego nie dane mu było poznać. Zmarły zniknął mając jedenaście lat. Przyjęto, że padł ofiarą seryjnego mordercy, Arnolda Avery’ego.
Babka Stevena nie uwierzyła w śmierć syna, stale czeka na jego powrót, wbrew rozsądkowi, wbrew opinii rodziny. Steven pragnie ratować sytuację. A skoro w tym celu musi pokazać babce kości zamordowanego dziecka... cóż. Działa logicznie. Pisze starannie przemyślany list do zamkniętego w więzieniu Arnolda Avery’ego. W ten sposób rozpoczyna się niebezpieczna gra w kotka i myszkę między zdesperowanym dzieckiem a znudzonym seryjnym mordercą…

Ostatnią książką przeczytaną w roku 2012 były „Szczątki” Belindy Bauer. Powieść debiutancka, a zatem nie wolna od pewnych niedoskonałości, ale o tym za chwilę.
„Szczątki” to powieść wyrażająca uniwersalną prawdę: kiedy dziecko pragnie, aby bajka o uszczęśliwieniu rodziców się ziściła, nie cofnie się przed niczym. Nawet przed korespondencją z pedofilem.
Pisanie o rozpaczy i nadziei tak, aby wypadło to autentycznie, jest trudne. Bardzo bowiem łatwo jest popaść w denerwującą przesadę czy tani sentymentalizm. Wydaje mi się, że opisując babkę i matkę Stevena, Bauer wyszła z tego dość obronną ręką. Przedstawiła kobiety załamane, słabe i zapatrzone w przeszłość, kiedy tymczasem pod ich bokiem rośnie, właściwie samopas, dziecko, które nie jest winne zdarzeniom sprzed lat. Kobiety drąży niepewność losu syna i brata; zaginiony: ani martwy, ani żywy. Po prostu go nie ma. Czyż nie jest to najokrutniejsza rzecz, jaka może przydarzyć się matce?
Niestety z chwilą, kiedy na kartach książki pojawia się postać Avery’ego, paradoksalnie opowieść zaczyna obniżać loty. Avery opisany jest nie tyle niestarannie, co nieumiejętnie. Nie przeraża, nie wydaje się być osobą przeżartą złem. Jest schematyczny, papierowy. Nie przekonuje.
„Szczątki” to nie jest powieść akcji i jeśli ktoś się spodziewa takowej, to się zawiedzie. Jest to opowieść pełna melancholii, opisów typowych angielskich, dzikich krajobrazów, gdzie może wydarzyć się wszelkie zło. Od strony plastycznej – napisana jest zgrabnie. Podobnie jest z rozpaczą i smutkiem kobiet, i determinacją głównego bohatera. Tylko ten seryjny morderca... nijaki.
Moja ocena: 4

Doris Lessing „Dobra terrorystka”

Doris Lessing, Dobra terrorystka, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2008, 448 s.

Anglia, lata 80., apogeum rządów Margaret Thatcher. Grupa młodych anarchistów zajmuje przeznaczony do zburzenia dom w centrum Londynu. Jest wśród nich 36-letnia Alice Mellings, która nienawidząc klasy średniej i drobnomieszczańskich cnót, sama jest ich najlepszą wyrazicielką. Nieprzystosowani, porywczy marzą o dokonaniu ataku terrorystycznego, który odmieniłby rzeczywistość. Kiedy wreszcie naiwne fantazje o zbawieniu społeczeństwa zaczynają się realizować, dzieło wyzwolenia przemieni się w chaos, a na ulicach Londynu zapanuje krwawy terror.

Przez pierwsze sto stron główne zajęcia Alice to bieganie po mieście, załatwianie pieniędzy i porządkowanie squatu, do którego trafiła wraz ze swoim facetem - Jasperem. Niby sytuacje banalne, ale dzięki temu krok po kroku Lessing odsłania nam oblicza głównych bohaterów. Wywodzącej się z klasy średniej Alice nie wystarcza puste gadanie, rozmowy o tym, „co by było gdyby”. Pewne rzeczy muszą zostać zrobione, bo nawet idealiści czy też domorośli terroryści muszą coś jeść, gdzieś spać. Tymczasem Jasper, który ma gębę zapchaną pogardą dla drobnomieszczaństwa, w rzeczywistości jest odrażającym typem egocentryka skupionego na pozorach. Łaskawie pozwala, aby roztaczano nad nim opiekę i podsuwano mu najlepsze kąski, bo uważa się za człowieka idei, prawdziwego komunistę i aktywnego rewolucjonistę, dla którego niegodne jest myślenie o tak przyziemnych sprawach jak jedzenie czy uczucia.
Lessing ukazała w „Dobrej terrorystce” całe zakłamanie i pustkę rewolucjonistów, którzy odrzucając z jednej strony zdobycze konsumpcjonizmu, z drugiej – chętnie z nich korzystają, zasłaniając się przy tym potrzebami chwili. Brud i smród w jakim żyją wcale nie ukazuje ich pogardy dla spraw doczesnych, lecz lenistwo i wygodnictwo. Jednocześnie zaś żyją po to, aby mówić. Nawet nie rozmawiać, ale mówić właśnie, upajać się słuchaniem własnego głosu, swoich wypowiadanych myśli. Pragnienie zrobienia „czegoś”, wstrząśnięcie społeczeństwem długo pozostają w sferze planów, bo przecież do snucia takowych nie potrzeba zużywać nadmiernej energii.
Lessing obnażyła całą nędzę moralną i etyczną ludzi, którzy zadowoleni są z nazywania siebie terrorystami, a przecież w gruncie rzeczy są tylko niepoważnymi fantastami, których hipokryzja nie ustępuje hipokryzji polityków, którymi pogardzają. Co istotne, Lessing nie ocenia, nie pisze wprost, że ten czy tamten jest prymitywny, słaby czy leniwy. Ogranicza się do przedstawienia zdarzeń i wypadków, ocenę pozostawiając czytelnikom.
Mnie pozostawiła z pytaniem: czy Alice była dobrym człowiekiem i terrorystką, czy też dobrą terrorystką i (zwykłym) człowiekiem?
Moja ocena: 5.5

Tess Gerritsen „Klub Mefista”

Tess Gerritsen, Klub Mefista, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2012, 400 s.

Napisane krwią po łacinie słowo "Zgrzeszyłam" w miejscu okrutnego zabójstwa młodej kobiety, której odcięto głowę, to w Wigilię Bożego Narodzenia ponure motto dla detektyw Jane Rizzoli. Co łączyło ofiarę z psychiatrą, Joyce O'Donnell, członkinią elitarnej Fundacji Mefista, powstałej w początkach XX wieku? W ekskluzywnej rezydencji na Beacon Hill, należącej do historyka Anthony'ego Sansone'a, członkowie fundacji zajmują się analizą zła, poszukując jego przyczyn i sprawców. Czy zło ma fizyczną postać? Czy szatan wraz ze swoimi demonami naprawdę żyje pośród nas?

Tess Gerritsen zboczyła ze ścieżki thrillera na dróżkę horroru. Chociaż w „Klubie Mefista” trupów nie brakuje i krew leje się wiadrami, to z czasem coraz więcej w niej grozy, demonów i odniesień do starożytnych mitów niż badania miejsc zbrodni i zwłok. Rozumiem, że pani Gerritsen chciała dać sobie odpocząć od thrillera medycznego, ale mariaż antropologii z „Księgą Enocha” mnie osobiście nie przypadł do gustu. Co gorsza, sposób pisania i narracji skupia się tak bardzo na dywagacjach o istocie zła na przestrzeni historii świata, że zbrodnie schodzą na drugi plan i dość szybko można się zorientować kim jest morderca.
Książkę czyta się szybko, ale sama akcja nie bardzo przypadła mi do gustu. Tajemnicze organizacje, tajemniczy bogacze i satanizm – to nie dla mnie. Zbyt duża doza nieprawdopodobieństwa, zbyt sensacyjne podejście do tematu. Stanowczo wolę thrillery z bardziej skomplikowaną i mniej przegadaną fabułą.
Moja ocena: 4

poniedziałek, 17 lutego 2014

Elizabeth George „Gdzie jest Józef?”

Elizabeth George, Gdzie jest Józef?, Świat Książki, Warszawa 1998, 604 s.

Debora i Simon St. James postanawiają spędzić urlop w zimowej scenerii Lancashire. Na miejscu dowiadują się, że pastor Winslough, z którym chcieli się spotkać, nie żyje - padł ofiarą przypadkowego otrucia. Niezadowolony z orzeczenia koronera i zaniepokojony uczuciem między prowadzącym dochodzenie posterunkowym a kobietą, która podała tragiczny posiłek, Simon wzywa swego starego przyjaciela inspektora Thomasa Lynley’a. Wspólnie odkrywają ponure i skomplikowane stosunki w miasteczku. Mieszkańców łączy ze sobą miłość, nienawiść, żądza zemsty.

Końcówka roku 2012 (to nie pomyłka) nie nastrajała mnie optymistycznie. Kryminały i thrillery miały być książkową ucieczką od ponurej rzeczywistości. Stąd czytanie Kellermana, Gerritsen czy Elizabeth George.
„Gdzie jest Józef?” jest na pewno ciekawszy od „Kto z was jest bez grzechu”, chociaż objętością tej drugiej nie ustępuje. Podobał mi się klimat prowincjonalnego zaśnieżonego Lancashire, zamknięta społeczność, bulgocąca seksualność dorastających dziewcząt i krążący gdzieś morderca. O ile postacie miasteczka opisane są ciekawie, to główni bohaterowie, w tym przypadku Deborah i St. James są idealni w swej miłości aż do wymiotów. Mają swoje wzloty i upadki, acz kochają się tak, jakby poznali się wczoraj, a żaden kryzys małżeński im nie straszny. Pewnie jestem niesprawiedliwa, zatem asekurująco zapewniam, że jest to tylko i wyłącznie moje, subiektywne odczucie.
Jak dla mnie, za dużo w tej powieści wątków pobocznych, powiązanych luźno albo wcale z głównym trzonem akcji. Rozprasza to, każe zapamiętywać imiona, wytrąca z rytmu czytania. Na szczęście koniec jest równie zadawalający, co ponury.
Moja ocena: 3.5

Tess Gerritsen „Ogród kości”

Tess Gerritsen, Ogród kości, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2009, 416 s.

Czasy współczesne. Julia Hamill dokonuje makabrycznego odkrycia na terenie nowo nabytej posiadłości w Massachusetts - wykopuje czaszkę kobiety noszącą nieomylne ślady popełnionej zbrodni. Odpowiedzi na pytanie, kim jest zamordowana, należy szukać w innej epoce.
Boston, rok 1830. Norris Marshall, ubogi student medycyny zarabiający na utrzymanie i czesne uczestnictwem w ponurym procederze handlu zwłokami, staje się głównym podejrzanym w sprawie serii mordów. Straszliwie okaleczone ciała dwóch pielęgniarek i lekarza zostają znalezione w pobliżu szpitala uniwersyteckiego. Aby dowieść swojej niewinności Norris musi odszukać jedynego świadka, który widział zabójcę - piękną szwaczkę z bostońskich slumsów przekonaną, że będzie następną ofiarą...

Nie przepadam za książkami historycznymi, bo jestem niemożebnie wyczulona na błędy merytoryczne. Nawet drobnostka potrafi zepsuć mi przyjemność z lektury. Tym samym szerokim łukiem omijam w bibliotece półkę z najnowszymi powieściami historycznymi.
A jednak po „Ogród kości” sięgnęłam, przeczytałam i byłam zadowolona. Tess Gerritsen zna się na tym, o czym pisze. Wprowadza nas w szpitalny świat dziewiętnastowiecznego Bostonu, gdzie higiena była kwestią dalekiej przyszłości, lekarze przenosili na niemytych dłoniach miliony zarazków, a handel zwłokami kwitł w najlepsze.
Perfekcyjnie oddane są nie tylko realia związane z medycyną, ale też sugestywnie opisane jest samo miasto, jego szemrane zaułki, podejrzane gospody i równie podejrzani osobnicy. To nie jest ocenzurowany Boston wyższych sfer z całym blichtrem, zakłamaniem i pieniędzmi. Gerritsen pisze o biedzie, slumsach i popełnianych zbrodniach tak zajmująco, że czas spędzony nad „Ogrodem kości” mija nie wiedzieć kiedy. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek obyczajowo-kryminalnych z fabułą umiejscowioną w przeszłości.
Moja ocena: 5

Alexander McCall Smith „Mieć siedem lat”

Alexander McCall Smith, Mieć siedem lat, Muza, Warszawa 2013, 296 s.

Nie ma ważniejszych spraw dla sześciolatka niż perspektywa skończenia siedmiu lat, i to wkrótce.
Bertie, rezolutny mieszkaniec kamienicy przy 44 Scotland Street, zamiast lekcji włoskiego, gry na saksofonie i spotkań z terapeutą woli poświecić się grze w rugby, uczestniczyć w biwakach i być „prawdziwym chłopcem”. Jednakże na drodze do zrealizowania tych marzeń stoi nieznosząca sprzeciwu Irene, zdecydowana za wszelką cenę kontynuować proces "ulepszania" swojego pierworodnego.
Jednakże los płata figle...

Ostatnia jak do tej pory wydana po polsku część z serii „44 Scotland Street” daleko odbiegła treścią, akcją i umiejscowieniem od swych początków. Słoneczna Toskania, Florencja, krajobrazy Szkocji, postaci rozproszone po całym Edynburgu. I tylko Irene pozostała niezmiennie irytująca z całą swą wszechwiedzą. Jej dwie szczególnie drażniące myśli zapodaję pod tekstem. Ta baba nadawałaby się na więzienną strażniczkę, bo matka to z niej fatalna. Bertie nadal ma sześć lat, to już fenomen na skalę światową, ale w sumie rację ma autor i po co dorastać zbyt szybko?
Chwilą oddechu są perypetie Domeniki i Angusa w czasie podróży po Włoszech. Romantyzm przeplata się z komizmem, a jednocześnie McCall Smith puszcza do czytelników oko i przypomina, że miłość nie jest równoznaczna z namiętnością, a drugiej osoby można szukać nawet w jesieni życia. Poszukiwania te są tym przyjemniejsze, że tłem są piękne toskańskie pejzaże.
Pojawia się również Bruce przypominający swych zachowaniem to doktora Jekylla, to pana Hyde’a. Matthew spodziewa się potomka. I nagle wszystko się urywa, kończy w najciekawszym momencie. Pozostajemy z wielkim znakiem zapytania. I jeśli o mnie chodzi, z pragnieniem, aby przeczytać część kolejną.
Moja ocena: 4

* * *

McCall Smith Alexander; Mieć siedem lat;
- To nieładnie kryć się przed mamą – ciągnęła Irene. – Chłopcy nie powinni mieć przed mamą żadnych tajemnic. Mama to najlepszy przyjaciel, nie tylko teraz, ale na całą resztę życia.

McCall Smith Alexander; Mieć siedem lat;
Powinieneś wiedzieć, mój drogi, że zawsze nie zawsze znaczy zawsze. Ogólnie rzecz biorąc, owszem, ale czasami znaczy nigdy. Zapamiętaj to sobie.

Mons Kallentoft „Piąta pora roku”

Mons Kallentoft, Piąta pora roku, Rebis, Poznań 2012, 462 s.

Jest początek maja. W czasie spaceru po lesie za Linköpingiem ojciec z dwójką dzieci znajduje brutalnie okaleczone zwłoki kobiety, noszące wyraźne ślady tortur. Inspektor Malin Fors od razu dostrzega podobieństwa ze sprawą Marii Murvall, młodej kobiety, która przebywa w szpitalu psychiatrycznym od czasu, gdy przed kilku laty znaleziono ja zgwałconą i brutalnie pobitą w lesie. W tym samym czasie Malin poznaje lekarkę ze szpitala w Lund, która opowiada jej o podobnym przypadku. Okazuje się, że sprawa Marii to być może tylko element większej układanki. Malin, od dłuższego czasu niemal opętana chęcią rozwiązania sprawy Marii, nie spocznie, dopóki nie dowie się, kim jest zwyrodnialec, który znęca się nad kobietami. Dokąd tym razem doprowadzi ją poszukiwanie prawdy?

Ta sprawa, Marii Murvall, intrygowała mnie od pierwszej części, „Ofiary w środku zimy”. Zwracając tamtą książkę do biblioteki nie kryłam rozczarowania i frustracji, że Kallentoft nie wyjaśnił wszystkiego do końca. Z czasem, podczas kolejnych lektur jego kryminałów, zaczęłam podejrzewać, że autor szykuje coś ekstra.
„Piąta pora roku” jest mroczna jak bezksiężycowa noc, brutalna jak podziemny krąg i bardziej perwersyjna niżby to sobie wyśnił markiz de Sade. To koszmar na jawie, groza, przed którą mózg broni się całkowitym wyłączeniem a ofiara, której udało się przeżyć, nie daje rady wrócić do normalnego świata i pozostaje namiastką człowieka, warzywem. Czytając ostatnią część cyklu gdzieś tam w głowie tliła mi się myśl, że czasami lepsza już śmierć niż bezwolna wegetacja w jakimś zakładzie, zamknięcie w więzieniu myśli i przeżytej makabry.
Kallentoft daje jasno do zrozumienia, że nie trzeba kogoś zabić, aby wyrządzić mu nieodwracalną krzywdę, pozbawić godności, odrzeć z człowieczeństwa, sprowadzić do obiektu chorych fantazji seksualnych.
Po skończeniu „Piątej pory roku” przepełniał mnie gniew. Na pewnych siebie samców traktujących kobiety instrumentalnie, na facetów, którzy uważają, że stanowisko i pieniądze są oznakami nieograniczonej władzy nad życiem innych. I chociaż fabuła miała swoje słabsze strony, to przyznać trzeba, że Kallentoft zakończył sprawę Marii Murvall z hukiem. Brawo!
Moja ocena: 5.5

Na koniec mała dygresja: nie wiem, czy uda mi się przeczytać kolejna książki z Malin Fors. Pani bibliotekarka zapowiedziała mi już dawno temu, że następnego cyklu nie będzie kupowała, bo książki Kallentofta nie podobają się zbytnio innym czytelnikom. Szkoda.

* * *

Kallentoft Mons; Piąta pora roku;
Alkohol składa alkoholikowi obietnicę: Ofiaruję ci spokój i pozbawione bólu godziny.
Dzięki mnie coś się będzie działo.
A potem cię unicestwię.
Ale czy nie cudownie jest być unicestwianym?

Kallentoft Mons; Piąta pora roku;
Czasem zło ma własną moc, coś oczywistego, co zawsze istniało i tylko czeka na odpowiedni moment, by pokazać kły. Ale gdzieś tam zawsze istnieje jakieś wyjaśnienie zła. Sadyście przyjemność sprawia to, co robi. A przyjemność wszyscy potrafimy zrozumieć.

niedziela, 16 lutego 2014

Mons Kallentoft „Zło budzi się wiosną”

Mons Kallentoft, Zło budzi się wiosną, Rebis, Poznań 2012, 448 s.

Wiosenne słońce ogrzewa Linköping i jego mieszkańców, którzy rozkoszują się piękną pogodą w kawiarnianych ogródkach. Po niebie kołują jaskółki, na straganach jarzą się tulipany, do bankomatu podchodzi matka z dwojgiem dzieci. I wtedy znienacka sielankę przerywa wielka eksplozja, po której Linköping już nigdy nie będzie takie samo.
Komisarz Malin Fors stoi przy trumnie swojej matki, a już kilka chwil później jest w drodze na plac Filbyter. Tego widoku nie zapomni do końca życia. Okruchy szkła. Zmiażdżone kwiaty i walające się wszędzie warzywa. Rozdarty dziecięcy bucik. Gołąb dziobiący coś czerwonego w ogłuszającej ciszy…

Polubiłam Malin Fors. Nie tylko za tę specyficzną więź z ofiarami, ale i za walkę ze swoimi demonami. Przyznać się do alkoholizmu to jedno, a walczyć z nim i starać się pozostać trzeźwą podczas gdy praca pełna jest okropności i gdy przed oczyma ma się widok martwych zakrwawionych dzieci, to drugie. Dodajmy do tego niepoukładane życie osobiste, potrzebę bliskości przy jednoczesnym poczuciu obcości względem zmarłej matki i osamotnionego ojca. Brutalność w pracy, osamotnienie poza nią. A wszystko to przedstawione bez zadęcia i banalnych naleciałości.
Kallentoft staje się coraz bardziej mroczny i to nie dlatego że pisze w konwencji kryminału. Najbardziej drastyczne i pesymistyczne są w książce fragmenty stricte obyczajowe. Rozprawia się z idyllicznym stereotypem Szwecji, rysuje ten świat czarnymi barwami, co z radosną wydawałoby się, bo wiosenną porą roku, stanowi tym większy kontrast.
Zło, tajemnica i potęga pieniądza na jednej szali, a na drugiej – niepokój i strach mieszkańców miasteczka poruszonych śmiercią sześciolatek. Nikt nie ma prawa odbierać życia drugiej istocie, ale odebranie życia, które na dobrą sprawę dopiero się zaczęło jest karygodne i bestialskie. Tak odbierają to wstrząśnięci mieszkańcy, policja.
Polecam.
Moja ocena: 5

sobota, 15 lutego 2014

Danuta Wałęsa „Marzenia i tajemnice”

Danuta Wałęsa, Marzenia i tajemnice, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, 546 s.

Bardzo osobista, szczera opowieść o życiu, miłości, rodzinie i politycznych przemianach. Z wspomnień wyłania się portret odważnej i mądrej kobiety, która pragnęła miłości i rodzinnego szczęścia, a znalazła się w centrum rewolucyjnych wydarzeń, które przetaczały się przez Polskę i jej małą kuchnię na gdańskim blokowisku. Często ponad siły zmęczona, pod nieobecność męża, który tworzył ruch Solidarności, Danuta była podporą rodziny. Śmiała, otwarta na ludzi, teraz, kiedy spełniła się jako matka i żona, znalazła czas dla siebie i dała światu opowieść o wielkiej historii i własnej rodzinie.

Mam ambiwalentne uczucia odnośnie tej książki. Danuta Wałęsa zdecydowała się opowiedzieć o swoim życiu i trzeba przyznać, nie było to życie przeciętnej Matki Polki, ale... jak tylko robi się ciekawie, pani Wałęsa z emocji nie pamięta prawie nic. Tym samym nie wnosi żadnych osobistych wspomnień o Sierpniu ’80, powrocie Wałęsy z internowania czy pięciu latach prezydentury męża. Skupia się najczęściej na mało istotnych kwestiach, sypie banałami i w sumie nie ma nic konkretnego do powiedzenia. Dzięki temu, że Lech Wałęsa stał się symbolem „Solidarności”, a potem prezydentem Polski, pani Danuta (rzeczywiście na imię ma Mirosława) miała niepowtarzalną okazję spotkać się z najbardziej znaczącymi ludźmi nie tylko w naszym kraju, ale i na świecie. I nic z tego nie wynika, nie wyniosła z tych spotkań nic, nie zrobiły na niej wrażenia, nie interesowały jej.
Czytając „Marzenia i tajemnice” miałam chwilami wrażenie, że czytam ni to gawędę, ni to zapis popołudniowych ploteczek prostej kobiety (swego czasu – wiecznie w ciąży) o mężu, co wolał politykę od rodziny. Nieufnie podchodzę do wszelkich autobiografii, bo człowiek z zasady nie będzie starał się przedstawić siebie w niekorzystnym świetle, jeśli już wspomni o popełnionym błędzie, to przy okazji znajdzie tysiąc i jedno usprawiedliwienie na swe postępowanie. Podobnie jest i w „Marzeniach i tajemnicach” – bohaterka kreuje się na osobę skromną, dzielną, samowystarczalną. Jakakolwiek pomoc okazywana jej rodzinie zawsze była tylko namiastką, czymś niewystarczającym, czymś, co biedna pani Wałęsa musiała potem dniami i nocami, w znoju i trudzie poprawiać, dopracowywać. Brak jest w tej kobiecie należytego dystansu i do siebie, i do innych. Brak prawdziwej pokory, brak wiedzy i pasji poznania.
A jednak nie żałuję czasu poświęconego na czytanie wspomnień Danuty Wałęsy (pisałam już na początku o ambiwalentnych uczuciach). Może i nie potrafiła wykorzystać okazji, jakie jej się przytrafiały, może tego nie potrzebowała. Była żoną polityka z przypadku, żyła na świeczniku, stała się celebrytką, ale czy to znaczy, że miała szczęśliwe życie? Szczęśliwe małżeństwo? Szczęśliwą rodzinę? W imię polityki ona i dzieci poświęcili aż nazbyt dużo. Nie można mieć wszystkiego. Danuta Wałęsa zdaje sobie z tego sprawę i chyba to jest najważniejsze. Chcemy czy nie, na zawsze nazwisko Wałęsy wpisało się w historię Polski, w „Marzeniach i tajemnicach” poznaliśmy bardziej prywatną jego twarz, bo któż zna lepiej męża niż jego żona?
Moja ocena: 4