poniedziałek, 16 stycznia 2012

Gabriel García Marquez „Jesień patriarchy”

Prozę Marqueza albo się lubi, albo nie. Proste.
Marqueza lubię, a jednak podchodziłam do „Jesieni patriarchy” kilka razy. Latem było zbyt ciepło, zimą zbyt zimno, w pociągu się skupić nie mogłam, bo co tu ukrywać „Jesień...” pisana jest zdaniami monumentalnymi, na miarę opisywanego dyktatora i jedno przeskoczenie wersu burzy cały rytm czytania. W końcu metodą prób i błędów, oraz dzięki samozaparciu, znalazłam miejsce idealne do czytania powieści. Kąpiel.
Zapachowe kulki w wodzie, dziewczyny pod czujnym okiem demona, a za zamkniętymi drzwiami tylko ja i Marquez. I poszło.
Zza każdego słowa, każdej litery wyziera postać baśniowego dyktatora, sumy latynoamerykańskich dyktatorów: nad miarę żywotnego, nad miarę gnuśnego, nad miarę strachliwego, kochliwego, chorego, okrutnego... Wszystko co tyczy się dyktatora jest „nad miarę”, łącznie z jego wielkim jak wołowa nerka jądrem dotkniętym przepukliną. I taka jest opowieść Marqueza. Skupić się trzeba, by wpaść w rytm słów, niepostrzeżenie po kilkudziesięciu wersach zmieniających się w zdania, wczytać się w bajanie Marqueza, który za nic ma chronologię i snuje opowieść o śmierci sobowtóra, by kilkanaście stron później znowu traktować Patricio Aragonesa jak bohatera żyjącego i cieszącego się dobrym zdrowiem, by ożywiać na kartach powieści zmarłą gdzieś tam, kiedyś matkę dyktatora, by co pewien czas wracać westchnieniem i przypominać imię kobiety, którą dyktator pokochał miłością, a jakże – nadmierną, by mówić o Manueli Sanchez, królowej biedaków, która olśniła dyktatora swą urodą i która mając gdzieś całą tę dyktatorską nadmierność, wzgardziła uczuciem, a potem powracała we wspomnieniach jako gorzki wyrzut, jako synonim dziwki bez serca i skrupułów.
Czy warto przeczytać „Jesień patriarchy”? Warto, jeśli się lubi długie zdania, na poły baśniowe klimaty, patrzenie na historię Ameryki Łacińskiej przez pryzmat surrealistycznego stylu Marqueza.
Moja ocena: 5.5

Alec Covin „Wilki Fenrydera”

Kłopot z „Wilkami Fenrydera” polega na tym, że... i się zacięłam. To może inaczej – Covin pisze pod Kinga: łączy thriller z horrorem, próbuje mocno zarysować psychologiczne cechy swych bohaterów, pisze ciekawie i dobrze. A jednak...
„Wilki...” są powieścią o strachu. Nie przed duchami, zombie czy innymi dziwnymi istotami. Nie. Chodzi o strach głęboko zakorzeniony w ludzkiej psychice. Ktoś boi się szczurów, ktoś inny – rekina i dalej w ten deseń. Nic w sumie nowego. „Wilki...” są również powieścią o tajemnicy i radzeniu sobie z trzymaniem języka za zębami przez lat kilkadziesiąt. Oczywiście ktoś musi się wygadać i tym samym zapoczątkować lawinę wydarzeń. Mamy więc strach, tajemnicę, plus tajne stowarzyszenie, a wszystko to dzieje się gdzieś w zapomnianym przez Boga miasteczku Luizjany. Ale diabeł tkwi w szczegółach i na takowych Covin się wykłada. Dodaje agentów FBI, tajemniczego gangstera, dziwaczny atrybut „Wilków” i całość robi się zagmatwana i pokręcona. W sumie na koniec brakuje tylko kosmitów.
Moja ocena: 3.5