wtorek, 29 grudnia 2015

Georges Simenon „Maigret i oporni świadkowie”

Georges  Simenon,  Maigret  i  oporni  świadkowie,  Czytelnik,  Warszawa  1969,
160 s.

Ktoś zabił członka rodziny Lachaume, właścicieli firmy założonej w 1817 r., teraz będącej na granicy bankructwa. Nikt z domowników nic nie słyszał. Nikt nic nie wie. Przystawiona do okna drabina sugeruje, że sprawcą był ktoś z zewnątrz.

Stary, dobry Simenon powrócił. „Maigret i oporni świadkowie” to książka niewielka objętościowo acz w pełni zadawalający gusta fanatyków kryminału. Ponura atmosfera listopadowych dni, podupadająca rodzina wciąż żyjąca świetlaną przeszłością, zawiść i chciwość, zdrada i egoizm. Maigret musi stawić czoła nie tylko świadkom, którzy nie są skorzy do współpracy, ale też nowemu, młodemu sędziemu Angelot.
W „Opornych świadkach” liczy się klimat. Szarość i zimno listopadowych dni, z którymi Maigret walczy popijając grog. Wielki, zaniedbany dom i biszkopty Lachaume, których młodsi współpracownicy inspektora nie znają i nigdy nie próbowali. I fakt, że z sześciorga domowników nikt nie słyszał strzału. W tej opowieści Simenon kreśli obraz podupadłej burżuazji, dawno minionej świetności, którą żyją domownicy, mrzonek o odbudowaniu firmy za wszelką cenę. Każde słowo wychodzi z ust domowników niechętnie, nie mają ochoty współpracować z policją, trwają w stuporze nie przyjmując do wiadomości faktu, że wszystko wskazuje na to, że mordercą jest ktoś z nich.
Rozwiązanie, do którego dochodzi Maigret jest równie ponure, jak cała ta zubożała familia i jej obecne życie.
Moja ocena: 4.5

wtorek, 22 grudnia 2015

Georges Simenon „Wariatka Maigreta”

Georges Simenon, Wariatka Maigreta, Czytelnik, Warszawa 1976, 152 s.

Komisarz Maigret nie znalazł czasu dla pewnej starszej pani, która przez kilka dni czekała na niego cierpliwie pod biurem. To był błąd. Później mógł poznać już tylko jej dziwną rodzinę i jeszcze dziwniejszych partnerów tejże... Zakończenie nietypowe dla kryminałów, nie tylko tych o Maigrecie.

Zdejmując z półki podkowiańskiej biblioteki trzy nieczytane dotąd kryminały Georges’a Simenona z komisarzem Maigretem cieszyłam się jak łysy na widok grzebienia. A po kilku godzinach radość moja była już o wiele mniejsza. Może to ja wyrosłam z Simenona, bo czytałam go głównie w podstawówce, a może faktycznie „Wariatka Maigreta” jest jednym ze słabszych kryminałów...
Właściwie tylko początek jest ciekawy. Kobieta jest przekonana, że ktoś chce ją zabić. Zależy jej na rozmowie z Maigretem, ten jednak podsyła jej jednego z młodszych policjantów. Kobieta nie rezygnuje i dość szybko wszyscy w gmachu na Quai des Orfèvres mówią o niej per „stara wariatka Maigreta”. Dzień później wątpliwości inspektora, czy porozmawiać ze staruszką, przestają mieć znaczenie, bo pani de Caramé zostaje zamordowana.
Śledztwo prowadzone przez Maigreta toczy się niespiesznie, inspektor głównie przepytuje ludzi, a w wolnych chwilach wstępuje na piwo lub wino. Ciągnie się ta opowieść ślamazarnie, potem Simenon wprowadza jeszcze przedstawicieli przestępczości zorganizowanej (nie lubię), dziwne to jakieś wszystko, wydumane. Koniec jest rozczarowujący. Dziwaczny.
Moja ocena: 1

poniedziałek, 14 grudnia 2015

John Boyne „Chłopiec w pasiastej piżamie”

John Boyne, Chłopiec w pasiastej piżamie, Replika, Zakrzewo 2007, 202 s.

Wstrząsająca historia pięknej przyjaźni na przekór złu szalejącej wojny.
Dwóch chłopców i dwa światy... Obaj urodzili się w tym samym dniu, miesiącu i roku, ale los traktował ich do pewnego czasu zupełnie inaczej. Bruno, syn niemieckiego oficera, żyje podczas wojny, prawie w ogóle jej nie doświadczając, nie mając świadomości, że ona trwa tuż obok, pochłania ofiary. Szmul, syn żydowskiego zegarmistrza, zna wojnę od tej najgorszej, najbardziej nieludzkiej strony. To ona odebrała mu spokojne dzieciństwo, bezpieczeństwo, przyszłość oraz członków rodziny.
Spotkanie chłopców ma wymiar symboliczny. Odbywa się na granicy dwóch światów. Okazuje się, że przekroczenie jednego z nich powoduje, że stają się równi, ale na pewno nie szczęśliwsi, a może jednak?

Zdecydowanie największe rozczarowanie 2014 roku. Nie potrafię pojąć fenomenu tej książki ani zachwytów nad nią. Książka skierowana jest do młodzieży, która o Holokauście najczęściej wie tyle, ile przez przypadek przyswoi sobie na lekcjach historii. Młodzieżą przestałam być już jakiś czas temu, o Holokauście też wiem nieco więcej niż napisano w podręcznikach i być może dlatego męczyła mnie ta opowieść strasznie.
„Chłopiec w pasiastej piżamie” to bardzo odautorska impresja na temat koszmaru obozów koncentracyjnych, przedstawiająca fakty tak, aby ładnie się wpasowały w tekst, przy czym dbałość o szczegóły jest doprawdy swobodna. Miało być doniośle i symbolicznie. I tak jest, a ponadto: nużąco i infantylnie. Wydaje się, że Boyne sam niewiele wie o rzeczywistości obozowej: drutów można swobodnie dotykać, są miejsca w obozie niewidoczne dla strażników, dziesięciolatki mogą swobodnie chodzić po terenie obozu i spędzać długie godziny nie niepokojone przez strażników, pasiaki są łatwo dostępne, a do komory gazowej wszyscy wchodzą ubrani. Autor przykrawa wszystko tak, by pasowało mu do opowieści, a fakty historyczne uważa za kwestię drugo- czy nawet trzeciorzędną, bo sam temat jest na tyle nietykalny, że książka jest „skazana na sukces” (i film też, bo przecież przyświeca mu wielka idea: ku przestrodze pokoleniom).
Mnie osobiście ta książka znudziła, a bohaterowie wydali się niewiarygodni i ubodzy językowo. Wielkie rozczarowanie. Niech sobie inni zachwycają się utworem Boyne’a, choć naprawdę nie rozumiem czym tu się można zachwycać. Ja osobiście odradzałabym lekturę, bo „Chłopiec w pasiastej piżamie” nijak ma się do rzeczywistości obozowej, bezczelnie natomiast żeruje na dramacie milionów ofiar hitlerowskich Niemiec.
Moja ocena: 0.5

niedziela, 13 grudnia 2015

Sasza Hady „Trup z Nottingham”

Sasza Hady, Trup z Nottingham, Oficynka, Gdańsk 2013, 421 s.

Nick, spokojny i nieśmiały policjant, zostaje zwabiony w pułapkę przez mordercę. By rozwikłać zagadkę, wciela się w rolę fikcyjnego detektywa Alfreda Bendelina, badającego morderstwo Waltera Darringtona, właściciela znanego wydawnictwa. Z pomocą swojego najlepszego przyjaciela Ruperta poznaje motywy zbrodni i w imię sprawiedliwości staje w szranki z mordercą.

Sasza Hady a bardziej swojsko – Aleksandra Motyka napisała jak dotąd dwa kryminały o Nicku Jonesie aka Alfredzie Bendelinie. Mnie do rąk trafiła druga część, której akcja rozgrywa się w Nottingham. I prawdę mówiąc, pierwszej części szukać nie będę.
Niby wszystko zgrabnie i ładnie, ale jakoś tak bez bigla. Postaci są barwne (chwilami zbyt barwne), powodów do zbrodni wiele (aż nazbyt wiele), fakty mieszają się z pogłoskami, plotkami, co sprawia, że książka się rozrasta, acz na tym nie zyskuje. Nie bawiły mnie ciotki głównego bohatera (chyba miało być dowcipnie), nie podobały mi się niedopowiedzenia (panna/pani Hady aka Motyka obiecała kilka wyjaśnień w kolejnym tomie przygód Jonesa aka Bendelina, zajęła się jednak czym innym i kolejnych przygód nie ma, odpowiedzi takoż), nie poddałam się angielskiemu klimatowi lat osiemdziesiątych, bo go po prostu nie czułam.
Przeczytałam, oddałam do biblioteki i tyle.
Moja ocena: 2

piątek, 11 grudnia 2015

Katherine Webb „Dziedzictwo”

Katherine Webb, Dziedzictwo, Insignis, Kraków 2012, 508 s.

Trwa surowa zima. Po śmierci babki Erica Calcott i jej siostra Beth wracają do Storton Manor, imponującej rezydencji w południowej Anglii, gdzie jako dziewczynki spędzały wakacje. Przeglądając rzeczy babki, Erica wraca wspomnieniami do dzieciństwa... Rozmyśla o Henrym, kuzynie, którego tajemnicze zniknięcie ze Storton Manor odcisnęło piętno na całej rodzinie. Erica postanawia rozwikłać zagadkę; pragnie pozbyć się duchów przeszłości i sprawić, by Beth mogła w końcu zaznać spokoju. Gdy Erica zagłębia się w dzieje swojej rodziny, odkrywa sekret, który wiedzie ją do Ameryki przełomu wieków, pewnej pięknej dziedziczki i przeklętej, jałowej ziemi. Kiedy przeszłość i teraźniejszość zaczynają się zbiegać, Erica i Beth muszą stawić czoła dwóm straszliwym zdradom i dziedzictwu, jakie po sobie pozostawiły.

Debiut Katherine Webb to niemal klasyczne „czytadło”. Z akcentem na „niemal”, bowiem Angielka pokusiła się o zagranie na nosie konwencji i „Dziedzictwo” nie kończy się wymiotnym happy endem, jakby autorka chciała czytelnikom przekazać komunikat: „Nie ma szczęśliwych zakończeń, jest tylko opowieść zakończona w pewnym momencie.” Katherine Webb nie stara się oszukać czytelników i wmówić im, że z chwilą odkrycia rodzinnych tajemnic siostry Erica i Beth będą żyły długo i szczęśliwie, bo tak nie będzie. Miną tygodnie nim oswoją się z nowo nabytą wiedzą i będą potrafiły odnieść ją do siebie.
A rodzinne tajemnice są dwie. Zagadkowa fotografia ich prababki Carol i zaginięcie kuzyna – dość paskudnego chłopaka. Webb snuje swą opowieść na dwóch płaszczyznach: przeszłej i teraźniejszej. Już pierwsze strony zaczynają się mocnym akcentem: kobieta otulająca niemowlę poszewką poduszki i prawie zdecydowana na popełnienie dzieciobójstwa w ostatniej chwili wybiera mniej dramatyczne rozwiązanie. Poznając stopniowo życie Carol, coraz trudniej czuć do niej sympatię. Wystawiona na różne próby, poddaje się, ugina i impulsywnie daje upust swemu egoizmowi, za który płacą inni: ludzie jej życzliwi acz obcy, a potem i jej rodzina. Podążanie za łatwiejszym życiem w starym angielskim dworze byłoby godne pochwały, bo kto nie chce żyć łatwiej i wygodniej, ale postępowanie Carol budzi narastający niesmak i irytację. Jej porażki odbijają się na córce, która staje się równie niesympatyczna jak matka. Brak jest w rodzinie Calcottów miłości, oddania i szczerości. Jest za to milczenie i apatia, które oddziałują również na siostry będące głównymi bohaterkami.
„Dziedzictwo” napisane jest z rozmachem: czytelnik podróżuje na bezkresne prerie Oklahomy początków XX wieku, poznaje losy Indian, zwiedza ówczesny Nowy Jork i Londyn, chroni się w starym angielskim dworze, spotyka Cyganów... Wszystko opisane z pietyzmem i dbałością o szczegóły. Dobra, inteligentna rozrywka.
Moja ocena: 4.5

Stephen King „Pan Mercedes”

Stephen King, Pan Mercedes, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2014, 575 s.

Mroźnym świtem, w przygnębiającym mieście na Środkowym Zachodzie setki zdesperowanych bezrobotnych ludzi stoi w kolejce w oczekiwaniu na targi pracy. Bez ostrzeżenia, samotny kierowca skradzionego Mercedesa przebija się przez tłum rozjeżdżając niewinnych, następnie cofa się i uderza ponownie. Osiem osób zostaje zabitych, piętnaście rannych. Zabójca ucieka.
Kilka miesięcy później w innej części miasta, emerytowanego gliniarza o nazwisku Bill Hodges nadal prześladuje nierozwiązana zbrodnia. Gdy otrzymuje on list od kogoś nazywającego siebie „sprafcą”, w którym nadawca grozi jeszcze bardziej diabolicznymi atakami, Hodges wybudza się ze swojego przygnębiającego, pustego życia na emeryturze, zdecydowany powstrzymać kolejną tragedię.

Wiele było szumu wokół „Pana Mercedesa” Stephena Kinga, przy czym wielki nacisk kładziono na to, że King debiutuje jako twórca powieści detektywistycznej. W sumie zagadki i tajemnice są w większości jego utworów, zazwyczaj też są logicznie i błyskotliwie wyjaśniane, więc z kryminałem King powinien był poradzić sobie śpiewająco.
A mnie jednak nie zachwycił. Bo ja nie lubię, kiedy osoba mordercy wprowadzana jest prawie na początku książki. Wolę się domyślać (często źle), typować i głowić nad rozwiązaniem zagadki. Tego u Kinga właściwie nie ma. Czytelnik z góry wie kim jest „sprafca” i większość książki to albo zwichrowane myśli psychopaty, albo coraz bardziej rozpaczliwe próby detektywa, żeby go namierzyć. Jednocześnie całość napisana jest dosadnie, barwnie i ciekawie, czyli dość typowo dla Kinga. Nie rażą klisze, psychopata jest dopracowany do najmniejszego szczegółu i gdyby cała opowieść pisana byłaby z jego perspektywy, pewnie okazałaby się jeszcze lepsza, bo chociaż w „Panu Mercedesie” żadnych istot nadprzyrodzonych nie ma, to nie znaczy, że nie ma się czego bać. Tym razem King opisuje zło, jakie istnieje w człowieku od zawsze, jego chęci do bezsensownych zbrodni, brak poczucia moralności, ba! przyjemność czerpaną z nikczemności! Ale niedosyt pozostaje. Podobnie jak wysoko postawiona poprzeczka, bo ostatecznie King nie pisze od wczoraj, potrafi zachwycić czytelnika i tak samo potrafi go zirytować obniżaniem literackich lotów.
Wyszło Kingowi średnio. I taka jest moja ocena: 3

Daria Doncowa „Zupa ze złotej rybki”

Daria Doncowa, Zupa ze złotej rybki, Świat Książki, Warszawa 2004, 318 s.

Ludzie miewają różne hobby... Na przykład przyjaciółka Darii, Lilka, po raz ósmy wychodzi za mąż. Wszystkich wcześniejszych mężów porzucała. Daria Wasilijewa wraz z całą swoją rodziną świetnie bawi się na weselu, dlatego w osłupieniu patrzy na zapłakaną Lilkę, która następnego ranka zjawia się na progu jej domu z informacją, że w noc poślubną mąż zażądał... rozwodu. Dzień później Daria otrzymuje wiadomość, że Lilka utopiła męża. Nie do wiary, ale jest świadek, a w sądzie Lilka przyznaje się do winy. Amatorce prywatnego śledztwa intuicja podpowiada jednak, że cała historia jest podejrzana. Postanawia zrobić wszystko, aby Lilka w najbliższej przyszłości mogła wyprawić swoje dziewiąte wesele...

Ach, ta rosyjska fantazja! W „Zupie ze złotej rybki” nie ma chwili wytchnienia. Albo Doncowa wprowadza co chwila nowych bohaterów, albo wspomina życie przed upadkiem komunizmu, a wszystko to okraszone dowcipnymi uwagami i śmiesznymi sytuacjami. Powieść zaczyna się tak: „W małżeństwie trudno jest tylko przez pierwsze dwadzieścia pięć lat, potem człowiek już rozumie, że nie może spodziewać się po partnerze niczego dobrego i zaczyna wieść szczęśliwe życie.[1]” Niestety ani Daria Wasiljewa, ani jej przyjaciółka Lika (z domu Podujwieter) nigdy nie miały okazji tego sprawdzić. Lika zmienia mężów jak rękawiczki, aż w końcu trafia do więzienia za zamordowanie najnowszego oblubieńca. Daria Iwanowna wietrzy w tym jakiś kant i zaczyna się właściwa opowieść. Autorka wprowadza czytelnika w świat bezdomnych, złodziejaszków, dziwacznych rozrywek bogatych Rosjan, ludzi leniwych, próżnych, urażonych. Jest z czego wybierać, bo każdy bohater, nawet trzecio- czy czwartoplanowy zarysowany jest dosadnie i wyraźnie. W krzywym zwierciadle odbijają się przywary rodaków Doncowej, którzy nie potrafią lub nie chcą odnaleźć się w postkomunistycznej rzeczywistości, aczkolwiek wszystko opisane jest tak zręcznie, że z autorki nie wychodzi natrętna moralizatorka.
Sam wątek kryminalny zagmatwany jest szalenie. Ale Wasiljewa niestrudzenie podąża od człowieka do człowieka, jednego postraszy, dla drugiego znajdzie miłe słowo i w końcu znajduje rozwiązanie.
Świetna rozrywka, idealna książka do czytania w czasie dojazdów do pracy, kiedy w gwarze i tłumie ciężko się skupić, a jeszcze ciężej znaleźć jakieś jasne strony życia.  
Moja ocena: 5


[1] D. Doncowa, Zupa ze złotej rybki, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 3.

sobota, 5 grudnia 2015

Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”

Wiesław Myśliwski, Widnokrąg, Znak, Kraków 2007, 607 s.

Widnokrąg należy do gatunku powieści inicjacyjnej, świat został przedstawiony z perspektywy głównego bohatera Piotrusia, który wypowiada się jako mały chłopiec, dojrzewający młodzieniec, a także dorosły mężczyzna. Główny bohater wspomina swoje dzieciństwo i młodość w czasach wojennych oraz wczesnych lat komunizmu. Rodzina Piotrusia to typowi przedstawiciele polskiej wsi, mieszkańcy Rybitw. Powieść rozpoczyna się opisem fotografii, na której znajduje się Piotruś jako dziecko z ojcem. Zdjęcie przywołuje w pamięci wspomnienia, tak jak wiele innych drobnych przedmiotów, co jest pretekstem do przedstawienia opowieści o pierwszej miłości, zauroczeniu, postrzeganiu świata i dojrzewaniu.

Pierwsze spotkanie z prozą Wiesława Myśliwskiego, bez bagażu wiedzy, że autor honorowany wielokrotnie. I na pewno nie ostatnie! „Widnokrąg” to literatura z najwyższej półki, uczta dla duszy.
Bohater wspomina swoje dzieciństwo i młodość, ukazuje niedostatki życia w powojennej Polsce i całą galerię wyrazistych postaci. Myśliwski zadbał o wielowymiarowość nie tylko głównych bohaterów, nawet osoby będące zaledwie tłem dla opowieści są dopracowane do najmniejszego szczegółu.
W „Widnokręgu” każdy rozdział stanowi jakby odrębną całość, jeden z nich został zresztą zaadaptowany przez Izabellę Cywińską do Teatru Telewizji i w ten sposób widzowie zobaczyli „W poszukiwaniu zgubionego buta”. Myśliwski z drobnych niby spraw potrafi wysnuć opowieść, gdzie błyskotliwe myśli przeplatają się z prozą życia na powojennej prowincji. Radzieccy żołnierze pędzący krowy z Niemiec do Rosji, agitacja partyjna, wchodzenie z ojcem na schody, spacer po mieście z nauczycielem, zdawałoby się, że nie sposób tego ciekawie ująć; tymczasem Myśliwski słowo po słowie wciąga czytelnika w świat chwilami straszny, to ponury po prostu. A przecież w życiu nie tylko smutki są, więc i te drobne, i większe radości wspomina bohater: pierwszą miłość, szukanie widnokręgu, obserwowanie deszczu, a wszystko ujęte w piękne i mądre zdania.
W „Widnokręgu” akcja nie leci na łeb, na szyję, wręcz odwrotnie – każde zdanie jest po to, by je smakować, doceniać urok chwili, pochylać się nad słowami i czynami postaci, dostrzec ich wnętrze, ich pragnienia i marzenia. Piękna to książka, pięknym językiem napisana, błyskotliwa i refleksyjna zarazem. Szczerze polecam!
Moja ocena: 6

* * *

Myśliwski Wiesław; Widnokrąg;
(...) bo najciężej jest ruszyć. Nie dojść, ale ruszyć. Dać ten pierwszy krok. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść. A na to nie tylko trzeba siły, ale i przeznaczenia, żeby przemóc serce i powiedzieć, to ruszam.

Myśliwski Wiesław; Widnokrąg;
Widzisz, tego, co ty widzisz, nikt inny nie widzi. Choćby widział dużo więcej.

Myśliwski Wiesław; Widnokrąg;
Bo cóż ważniejsze jest od słów, wszystko się ze słów bierze, i nawet najkrwawsza bitwa toczy się o słowa, które po niej zostaną.

Myśliwski Wiesław; Widnokrąg;
Wódka przypisana jest do nieszczęść jak skóra do ciała. Choć tak samo do wesel. Ale to od wesel zaczynają się przeważnie nieszczęścia, jak rzeki od źródeł.

Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” (cytaty) (17)

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nie należy nigdy tracić nadziei, pewnego dnia bestie okazują się ludźmi. I nie ponoszą odpowiedzialności za bestie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Zniknęły z map białe plamy, wystąpiły krwawe.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ilu jest takich, którzy za cenę wpatrywania się we własny pępek godzą się na zginanie karku.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Cóż za atrakcja dla turystów! Ile w owym kraju ruin ludzkich.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ciemno w tym państwie, gdzie łotry na świeczniku.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ludzie byli dawniej bliżsi sobie. Musieli. Broń nie niosła daleko.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ziemia - ta kropka pod znakiem zapytania!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ach, dożyć tej rachuby czasu: Anno homini itd.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Łatwowiercy - cóż za groźna sekta!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Wzmocnij szmatę pałką, a wielu powie, że to sztandar.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Są kropki, które nie zamykają zdań, ale usta.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Był nieustępliwy. Wymógł na sobie kompromis.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Bacz, aby z ognistego krzaka nie przemawiali brzuchomówcy.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Prawdziwy sztandar nie traci barw od wycierania sobie nim gęby.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Bolesny jest poród człowieka, zwłaszcza gdy rodzi siebie sam w wieku dorosłym.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Czasem zdaje mi się, że istnienie jest powszechną halucynacją ludzkości.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Cóż za straszny klimat tworzy synchronizacja wyżu demograficznego z niżem umysłowym.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
To, co się rodzi martwe, długo nie może umrzeć.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Niejeden łuk triumfalny noszony był później przez naród jako jarzmo.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Przykłada ucho do cudzych drzwi? Musi. Jest głuchy na głos sumienia.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ile stosów podpalono żarem skazańców!

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Historia - zbiór faktów, które nie musiały zajść.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Znam takich, którzy podniecają się erotycznie, by się wyszumieć politycznie. I odwrotnie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Do wszystkiego tylko dwa kroki: jeden naprzód, drugi wstecz.

piątek, 4 grudnia 2015

Piotr Lipiński, Michał Matys „Absurdy PRL-u”

Piotr Lipiński, Michał Matys, Absurdy PRL-u, PWN, Warszawa 2014, 308 s.

Trudno sobie dziś wyobrazić, jak funkcjonował PRL – to najbardziej tajemniczy czas w powojennej historii polskiego społeczeństwa i państwa. Czas, kiedy wszędzie ustawiały się kolejki, bez względu na to „za czym kolejka ta stoi” – jak śpiewała Krystyna Prońko. Absurdalne było wszystko – zaopatrzenie w sklepach, mechanizmy biurokracji, relacje obywatela z władzą. Zagadki z tamtych lat do dziś fascynują. Piotr Lipiński i Michał Matys rozwiązują najbardziej niedorzeczne z nich.

Zanim ukazała się książka, powstał w 2009 roku telewizyjny cykl dokumentalny „Zagadki tamtych lat”. W międzyczasie zaś Piotr Lipiński i Michał Matys opublikowali część swych spostrzeżeń odnośnie absurdalności powojennej Polski w postaci reportaży, głównie na łamach „Gazety Wyborczej”. I prawdę mówiąc, kiedy czyta się „Absurdy PRL-u”, ów reporterski ton daje się odczuć dość wyrazie. Plus spora domieszka sensacji.
Pisząc o absurdach PRL-u, autorzy równie absurdalnie poszatkowali tematykę reportaży. Tym samym po tabloidowym temacie o pokazaniu (lub nie) tyłków premierowi Jaroszewiczowi, znalazł się tekst o kradzieżach mięsa i karach śmierci za nadużycia gospodarcze. Po tekście o fenomenie „przedsiębiorstwa eksportu wewnętrznego” – reportaż o morderstwie Włady Bytomskiej. Pomiędzy pisaniem o perfumach i blokowiskach, Lipiński i Matys piszą o ucieczce z tajgi. Sprawy błahe przeplatają się z ważnymi, autorzy stawiają wiele pytań, acz odpowiedzi nie są odkrywcze. Pewnych zjawisk po prostu wyjaśnić się nie da, natomiast za znakomitą większością stała głupota i krótkowzroczność ówczesnych decydentów.
Polacy mają doświadczenie w przekuwaniu sukcesów na porażki, już Władysław Jagiełło pokazał jak NIE wykorzystać triumfu nad pokonanym wrogiem. W okresie Polski Ludowej doszło do eskalacji tego zjawiska. Najpiękniejszy samochód „zza żelaznej kurtyny” powstał w jednym egzemplarzu, zaprojektowane przez Jacka Karpińskiego komputery były lepsze od tych, które rozpropagowali kilkanaście lat później Gates i Jobs. A jednak twórców niszczono i szkalowano, projekty popadały w zapomnienie, zwyciężała siermiężna rzeczywistość.
„Absurdy PRL-u” to nie zbiór dowcipnych dykteryjek o tym, jak się żyło Polakom po II wojnie światowej. Większość reportaży opisuje ludzkie dramaty, nieziszczone marzenia, idiotyczne decyzje. Za wszystkim tym stała zaś polityka. I to jedno nie zmieniło się do dziś: zapatrzeni w siebie politycy mają w pogardzie zwykłych ludzi. Na absurdalność powojenną Polacy zostali skazani przez wpływowych tego świata, na absurdalność teraźniejszą skazaliśmy się sami wybierając polityków w wolnych wyborach. Od absurdu (i polityki) ucieczki nie ma.
Moja ocena: 4.5

środa, 2 grudnia 2015

Andrzej Pilipiuk „Wampir z M-3”

Andrzej Pilipiuk, Wampir z M-3, Fabryka Słów, Lublin 2011, 331 s.

Być wampirem w PRL to nie przelewki. W społeczeństwie bezklasowym trudno tytułować się hrabią. Płaszcz i smoking nosi albo kelner, albo iluzjonista, a krew obywateli Rzeczpospolitej Ludowej ma posmak deficytu i reglamentacji.

Kiedyś przeczytałam kilka opowiadań Pilipiuka. Wypożyczając książki Zouzie w Bibliotece Dziecięcej, wpadł mi w oko „Wampir z M-3”. Pamiętając, że Pilipiuk wydał mi się kiedyś zabawny, książkę wzięłam. Przeczytałam. I pozostały mi po lekturze mieszane wrażenia.
Niby wszystko ładnie, dowcipnie i dydaktycznie zarazem, a jednak tak na siłę, bez polotu, nachalnie chwilami i łopatologicznie. Jako kpiarska odpowiedź na Meyerowski „Zmierzch” z przyległościami w postaci „Pamiętników wampirów”, „Wampirów z Morganville”, „Miłości na kołku” - „Wampir z M-3” wypada nomen omen dość blado. Są ciekawe pomysły, ale gubią się w nieporadności tekstu. Jest tak, jakby Pilipiuk tak bardzo chciał oddać klimat Polski lat osiemdziesiątych, że skupia się wiecznie na tych samych drobiazgach, powtarzając je do znudzenia, coby czytelnik koniecznie zapamiętał, że Limahl był idolem, a na telefon czekało się i ze dwadzieścia lat. W zamierzeniu miało być trochę jak u Barei – tak absurdalnie, że aż śmiesznie. Wyszło średnio. Co ciekawe, z założenia „Wampir z M-3” to opowiadania, ale nie sposób ich czytać nie po kolei, bo traci się wówczas jasność przekazu i zrozumienia działań bohaterów. Tych ostatnich jest wielu, ba! aż nazbyt wielu: nastolatka, wampir komunista, wampir przodownik pracy, wampir wynalazca, mumia egipska, babcia będąca peerlowskim odpowiednikiem dzisiejszych moherów, erotoman Pana Samochodzik ( acz tu trochę dwuznacznością pachnie, bo i sam Pilipiuk kontynuacji serii Zbigniewa Nienackiego kilkanaście „popełnił”), wilkołaki, łowcy wampirów i tak do znudzenia. W przypadku Pilipiuka przysłowie „Nadmiar szkodzi”, sprawdziło się niestety co do joty.
Temu Panu na razie podziękuję.
Moja ocena: 2.5

poniedziałek, 30 listopada 2015

Walter Isaacson „Einstein”

Walter Isaacson, Einstein. Jego życie, jego wszechświat, W.A.B., Warszawa 2013, 623 s.

Wiemy, kim był Albert Einstein. Znamy - przynajmniej pobieżnie - listę jego najważniejszych dokonań, łącznie z najsłynniejszym wzorem świata, pamiętamy o nagrodzie Nobla, a także bez trudu przywołujemy z pamięci wizerunek uśmiechniętego mężczyzny z bujną, niesforną czupryną.
Niezwykłość biografii Isaacsona polega nie tylko na tym, że dzięki niej uświadamiamy sobie, jak mało w gruncie rzeczy wiemy. I nie tylko na tym, że weryfikuje obiegowe opinie, jak choćby tę o Einsteinie niemiłosiernie ponoć rzępolącym na skrzypcach.
Książka Waltera Isaacsona jest wyjątkowa, ponieważ jasno pokazuje, w jaki sposób Albert Einstein został wielkim Einsteinem. Bynajmniej nie było mu to przeznaczone. W trudnych i zniechęcających początkach kariery mógł równie dobrze obrać inną drogę; zostać dyrektorem urzędu patentowego w Bernie lub znakomitym konstruktorem nowatorskich urządzeń elektrycznych.

Bardzo dobrze napisana biografia człowieka, który przez lata stał się nie tylko jednym z najsławniejszych naukowców, ale i jedną z ikon popkultury. Rozwiana grzywa siwych włosów, dobrotliwy uśmiech i zdecydowane poglądy sprawiły, że Einstein uznawany jest za symbol zdroworozsądkowego myślenia w epoce, kiedy do głosu dochodzili głównie przywódcy szukający poparcia w masach za pomocą polowań na wszelkiej maści ludzi myślących inaczej.
Biografia napisana przez Isaacsona nie jest laurką, wazeliniarską próbą ostatecznego osadzenia bohatera na granitowym cokole. Odwrotnie – Einstein ukazany jest jako zwykły człowiek, co prawda o niezwykłym umyśle, ale bardzo ludzkich odruchach: nie obca mu była miłość, zdrada, ucieczka od kłopotów. I chociaż zapamiętano fizyka jako człowieka prawego, to jego najbliżsi poznali ciemniejszą stronę charakteru męża i ojca. Na wszelkie problemy domowe Einstein reagował ucieczką w pracę. Ilość dokonań przed rokiem 1920 sugeruje, że życie rodzinne naukowca nie było szczególnie udane. I jako ojciec, i jako mąż sprawdzał się średnio, więcej empatii odczuwał w stosunku do swoich „bawidełek” i obcych ludzi, z którymi się stykał na co dzień.
Isaacson wykonał tytaniczną pracę pisząc biografię Einsteina. Na kartach książki często przywołuje fragmenty osobistej korespondencji różnych ludzi z naukowcem, przedstawia jego światopogląd nie uciekając się do znanych aforyzmów, często przedstawia źródło i genezę narodzin takiej a nie innej postawy naukowca. Ponadto w dość przystępny sposób stara się wytłumaczyć naukowe osiągnięcia Einsteina, jego zasadę równoważności czy ogólną teorię względności. Wszystkie wydarzenia są solidnie udokumentowane, nie ma miejsca nie niedomówienia czy nieścisłości.
Ważna książka o ważnej postaci. Polecam.
Moja ocena: 5.5

sobota, 28 listopada 2015

Przemysław Borkowski „Hotel Zaświat”

Przemysław Borkowski, Hotel Zaświat, Oficynka, Gdańsk 2013, 311 s.

Krzysztof wraca po latach do rodzinnej miejscowości, by sprzedać dom, w którym się wychował. Tak sielska dawniej kraina lat dziecinnych nie jest już jednak taka jak kiedyś. Powoli ukazuje swoje inne, groźne i mroczne oblicze. Świat, który zapamiętał z czasów dzieciństwa, zmienił się i zdegradował. Powrót do niego nie jest już ani przyjemny, ani bezpieczny, a kolejne wydarzenia popychają bohatera w kierunku tajemnicy, której wcale nie ma ochoty poznawać…

Zacznijmy od tego, że pan Bałtroczyk popełnił wielkie nadużycie rekomendując „Hotel Zaświat” następująco: „«Lśnienie» sobie obejrzyj, szybciej zaśniesz!” Bo książka Przemysława Borkowskiego tak ma się do „Lśnienia” jak pisarstwo Katarzyny Grocholi do prozy Simone de Beauvoir. Kuriozalnie kończy się również druga rekomendacja (Roberta Górskiego): „(...) brak ortograficznych błędów - w Hotelu Zaświat warto zatrzymać się na dłużej”. A ja, głupia, sądziłam do tej pory, że poprawna ortografia to uzus, o którym nawet się w przypadku tekstu literackiego nie wspomina!
Nie wiem, co Przemysław Borkowski chciał przekazać pisząc „Hotel Zaświat”. Książka przez większą część nuży po prostu. Tytułowy bohater szwenda się po rodzinnej miejscowości, rozmawia z ludźmi, obdarowywany jest dziwacznymi opowieściami, które niestety przytacza w całości, czym nuży jeszcze bardziej. Czasami ma zwidy, czasami znajdzie część ciała, czasami poględzi o istocie zła. Nic ciekawego się nie dzieje prawie do ostatnich stron książki. Finał zaś, w zamierzeniu ekscytujący i nieoczekiwany, jest po prostu mieszanką „inspiracji” z filmów „Siedem” i „Boxing Helena”. Nic nowego Borkowski nie wymyślił. Nie znam jego twórczości jako kabareciarza, ale powinien przy niej pozostać, bo pisarzem jest raczej miernym i nawet pisanie bez błędów ortograficznych tu nie pomoże.
W sumie nie bardzo wiadomo, czym miał być „Hotel Zaświat” – tęsknotą za dzieciństwem, traktatem o złu, zbiorem bajań nudzących się ludzi, thrillerem psychologicznym? Do mieszania gatunków też trzeba mieć dryg, a tego pan Borkowski nie posiada.
Książka dobra do czytania w poczekalni u dentysty. Bo nawet borowanie będzie wytchnieniem od perypetii pana Rozkrocznego, aspiranta Kota i biznesmena Wrony.
Moja ocena: 1

piątek, 27 listopada 2015

Rosamund Lupton „Siostra”

Rosamund Lupton, Siostra, Weltbild, Warszawa 2011, 320 s.

„Moja siostra nigdy by się nie zabiła, moja siostra nigdy by się nie zabiła, moja siostra nigdy…” - rozpaczliwie powtarza Beatrice, odkąd poznała potworną prawdę. Rzeczywistość jest gorsza od koszmarnego snu. Zaginięcie, dni gorączkowych poszukiwań, wreszcie – znalezione ciało. Policja, przyjaciele, nawet matka – wszyscy wierzą w hipotezę „samobójstwo”. Ale nie Beatrice. Nie bacząc na niebezpieczeństwo, na własną rękę szuka przyczyn tragedii. Prawda okazuje się bardziej bulwersująca od najgorszych podejrzeń. A ta powieść – ostra jak brzytwa, zaskakująca nawet dla tych, którzy myśleli, że o thrillerach wiedzą już wszystko.

„Siostra” napisana jest w formie listów do... zmarłej siostry. Co ciekawe, sprawdza się to bardzo dobrze, bo oprócz zagadki śmierci Tess, Rosamund Lupton skupia się na czymś jeszcze: na sile siostrzanej miłości. Listy Beatrice pragnącej dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z bliską jej osobą pełne są ciepła i intymności; pisząc, może pozwolić sobie na porzucenie maski osoby uporządkowanej i opanowanej, sięga do wspomnień z dzieciństwa – tych szczęśliwych, i tych, które doprowadziły ją do ucieczki z Wielkiej Brytanii. Przeszłość splata się z teraźniejszością, z poszukiwaniami prowadzonymi samodzielnie. Bo w swoim uporze, że nie było żadnego samobójstwa, Beatrice jest osamotniona, pozostali niezmiennie wierzą, że młoda, pełna życia kobieta postanowiła skończyć z sobą. Tymczasem podejrzanych o popełnienie potencjalnej zbrodni przybywa i czytelnik ma pole do popisu do dedukcji własnej.
W „Siostrze” najistotniejszy jest czynnik psychologiczny. Lupton drąży relacje rodzinne, przyczyny ucieczki Beatrice do Nowego Jorku, rozluźniony kontakt z matką, wreszcie – osobowość samej ofiary. Wraz z upływem dni i poznawaniem kolejnych faktów, Beatrice zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę swojej siostry nie znała, ucieknąwszy w poukładane życie, poznawała tylko te chwile, o których Tess mówiła. Zaskakująco dużo zaś, młodsza siostra zostawiała dla siebie.
W książce krew nie tryska na prawo i lewo, autorka nie epatuje drastycznymi scenami. A jednak czytając „Siostrę” można poczuć narastający strach: ile w istocie wiemy o swoich najbliższych, ile chcemy wiedzieć? I do czego prowadzi odkrycie prawdy?
Dobra i mocna powieść.
Moja ocena: 5

czwartek, 26 listopada 2015

Cilla Börjlind, Rolf Börjlind „Przypływ”

Cilla Börjlind, Rolf Börjlind, Przypływ, Czarna Owca, Warszawa 2013, 441 s.

W księżycową noc młoda ciężarna kobieta pada ofiarą wyjątkowo okrutnego morderstwa. Przypadkowym świadkiem zbrodni jest mały chłopiec. Śledczemu Tomowi Stiltonowi nie udaje się ustalić motywu, ani znaleźć sprawców morderstwa. Nie zna on nawet tożsamości ofiary.
Kilkadziesiąt lat później Olivia Rönning, studentka Wyższej Szkoły Policyjnej, przygotowuje referat na temat tej brutalnej zbrodni. Korzystając z wszelkich dostępnych źródeł, stara się wyłowić jak najwięcej informacji. Najtrudniej jest jednak dotrzeć do człowieka, który prowadził wtedy śledztwo - Tom Stilton zapadł się pod ziemię…

Kolejny skandynawski kryminał, kolejne piszące małżeństwo i kolejny policjant z problemami, tak w skrócie można opisać „Przypływ”.
Książka zaczyna się mocnym akcentem, potem, kiedy akcja przenosi się do teraźniejszości, wszystko zwalnia, mnożą się wątki i pojawiają się coraz to nowe postaci. I tak, obok próby rozwiązania zagadki sprzed lat, mowa jest o pobiciach bezdomnych, biznesmenie i matce samotnie wychowującej syna. Pozornie jedno z drugim, trzecim i czwartym nie ma wiele wspólnego, w końcu jednak wszystko zaczyna się ze sobą zazębiać i układać w gładką całość.
Cilla i Rolf Börjlindowie zanim zaczęli pisać kryminały, zajmowali się tworzeniem scenariuszy i to niestety daje się w „Przypływie” odczuć. Rozdziały wydają się być rozpisanymi poszczególnymi scenami, postaci zaś ukazane są powierzchownie, bez większego wnikania w ich myśli i przeżycia. Może w następnych częściach autorzy stali się bardziej powieściowi. Tego nie wiem, bo może kiedyś sięgnę po kontynuację, ale na czas nieokreślony zrobiłam sobie wolne od skandynawskich pisarzy w „Czarnej Serii”.
Ogólnie seria z Tomem Stiltonem i Olivią Rönning zapowiada się ciekawie. Dobra rozrywka na dobrym poziomie.
Moja ocena: 4

Lucinda Riley „Dom orchidei”

Lucinda Riley, Dom orchidei, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2012, 528 s.

Julia Forrester, słynna pianistka, zrozpaczona po śmierci męża i ukochanego syna, szuka spokoju na angielskiej prowincji. Jednak przewrotny los i przypadkowa wizyta w wiekowym dworze Wharton Park, gdzie Julia spędziła dużo czasu w dzieciństwie, sprawiają że zamiast ukojenia odnajduje miłość i natrafia na trop rodzinnej tajemnicy.

Nie jest wskazane streszczanie treści całej książki na skrzydełku książki. Opis ma zaciekawić, a nie zastąpić lekturę. Dlatego też opis skróciłam maksymalnie, bo znajomość tego, co wydarzy się prawie przy końcu opowieści, tylko psuje przyjemność.
„Dom orchidei” zaczyna się ospale, wręcz nużąco. Akcja nabiera tempa wraz z kolejno czytanymi stronami. Przy końcu zaś, toczy się tak szybko, że czytelnik zastanawia się czy aby autorka nie przesadziła, upychając coraz to nowe pomysły rodzące się w trakcie pisania powieści. Tym samym „Dom orchidei” jest książką nierówną, co nie oznacza, że złą.
Pretekstem do sięgnięcia w przeszłość uczyniła Riley smutną teraźniejszość Julii Forrester, słynnej pianistki. Kobieta przeżywa śmierć męża i syna, próbuje dojść do siebie w domu swego dzieciństwa. Odwiedza też stary dwór Wharton Park, z którym związana była jej rodzina. A potem trafia na pamiętnik lorda Harry’ego Crawforda, syna właściciela Wharton Park i zaczyna się właściwa opowieść. Riley zabiera czytelnika w czasy II wojny światowej. Jest w tej opowieści w opowieści i nieszczęśliwa miłość, i kłamstwa, i zdrada, i przede wszystkim – tajemnice. A wspomnieniom i próbom poznania sekretów po latach towarzyszą orchidee.
Ciekawe jest ukazanie wojny z dala od europejskich pól bitewnych, przeniesienie czytelników do miejsc egzotycznych, równie porywających, co przerażających. Powinność, obowiązek i honor walczą w bohaterach Riley o lepsze z miłością i namiętnościami. Żaden wybór nie będzie dobry, każdy kogoś skrzywdzi.
Czyta się „Dom orchidei” przyjemnie, chociaż, jak wspomniałam, koniec jest zbyt przeładowany, lawina faktów wali się na czytelnika i dosłownie go ogłusza. A jednocześnie niektóre wątki, które mogłyby zostać pociągnięte dalej, są bagatelizowane i muszą ustąpić nowym rewelacjom.
W oczekiwaniu na nową Kate Morton, która zgrabniej sobie radzi w tym gatunku, pewnie sięgnę po inne książki Riley.
Moja ocena: 4

środa, 25 listopada 2015

Marcin Mortka „Miasteczko Nonstead”

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, Fabryka Słów, Lublin 2012, 295 s.

To Nonstead. To cholerne miasto kryje w sobie coś, co niszczy ludzi. Jednego po drugim. Uwielbiam strach. Nie ma prawdziwszego uczucia od strachu. Ci, którzy uważają miłość za uczucie silniejsze, chyba nigdy się naprawdę nie bali. Ci których dotknęło Zło, nie zamieniają się w krwawe bestie. Nie mordują zatracając się w krwawym szale. Po prostu znikają, tak jakby coś się nimi żywiło. Ich jaźń zapada się w siebie niczym strawiona. A zły tymczasem zanosi się strasznym, obłąkanym śmiechem szaleńca, który właśnie zgasił kolejne życie.

Marcin Mortka znany jest zapewne miłośnikom fantastyki. Ja takowej literatury nie czytam, ale lubię się bać. Skoro Mortka popełnił horror, chciałam przekonać, jak straszy polski autor. Po lekturze uczucia mam mieszane, bo horror okazał się thrillerem i to, co nadprzyrodzone okazało się znajomo ziemskie. Ale ogólnie rzecz biorąc nie było źle.
Głównym bohaterem „Miasteczka Nonstead” jest młody pisarz Nathaniel McCarnish, autor tomu opowiadań „Szepty” bijących na głowę „Buszującego w zbożu” (ograny motyw), który ma dosyć popularności i zaszywa się w jedynym miejscu, gdzie był kiedyś szczęśliwy. Miasteczko zagubione jest wśród lasów (niby też ograny motyw, ale mogłabym czytać takie książki bez końca!), atmosfera wokół niego jest ponura, mieszkańcy dziwni, gdzieś w tle czai się zło. Ludzie żyjący dzień w dzień obok siebie w małej społeczności wydają się doskonale obywać bez świata z zewnątrz, są też wyjątkowo nieufni w stosunku do przybyszów i nie witają McCarnisha z przesadną gościnnością. Ba! Traktują go jak intruza pragnącego poznać ich tajemnice. A tych mają wiele!
Są w „Miasteczku...” nawiązania do prozy Stephena Kinga i do serialu Davida Lyncha „Miasteczko Twin Peaks”. Odpowiednio dawkowany nastrój, nieźle oddany klimat miejsca odciętego od cywilizacji, ludzkich obaw i obsesji. Gdzieś w duszy pobrzmiewa muzyka Angelo Badalamentiego, wraca wspomnienie niedomówień i specyfiki mikrokosmosu małego miasteczka, ludzi doskonale się znających, a przecież w gruncie rzeczy zupełnie sobie obcych.  I chociaż Mortka nie popadł w kicz i schematyzm opisując amerykańską prowincję, zastanawiam się dlaczego akcji nie umieścił w Polsce?  Czyżby u nas nie było obszarów wystarczająco odludnych?
Źle nie jest, wybitnie niestety też nie. Ot, średnia krajowa z tendencją zwyżkową.
Moja ocena: 4

Katarzyna Bonda „Tylko martwi nie kłamią”

Katarzyna Bonda, Tylko martwi nie kłamią, Videograf, Chorzów 2012, 647 s.

Profiler policyjny musi rozwikłać zagadkę śmierci śmieciowego barona, którego ciało znaleziono w jednej z katowickich kamienic. Wszystkie poszlaki wskazują na biznesowe porachunki, ale Hubert Meyer czuje, że sprawa może mieć związek z morderstwem sprzed 17 lat.

Drugie spotkanie z Katarzyną Bondą i jej profilerem Hubertem Meyerem. Wyszło lepiej niż w „Dziewiątej runie”, ale wciąż nie rozumiem: skąd ta popularność autorki.
W „Tylko martwi nie kłamią” namnożyło się wątków jak królików i nie nad wszystkimi Bonda zdołała zapanować. Życie i rozterki miłosne Meyera bardziej męczyły niż ciekawiły, poza tym wydaje mi się, że ilość latorośli uległa zmianie in minus w stosunku do „Dziewiątej runy”, jakby Bonda sama nie wiedziała o czym pisała wcześniej. Dodatkowo, Meyer zachowywał się chwilami żenująco i tandetnie. Nadal nie dało się go polubić, to pewne. Na szczęście w książce pojawiły się postaci na tyle dobrze rozrysowane, że antypatyczność głównego bohatera nie wybija się na pierwszy plan.  
Sama zagadka i nawiązanie do morderstwa sprzed lat okazały się dość ciekawe, chociaż Bonda tak naplątała, że przy końcu trudno było się zorientować kto, kiedy i kogo zabił. Mnożenie tropów i poszlak nie tyle zagmatwało akcję, co uczyniło z niej istny węzeł gordyjski. Gubiłam się w dłużyznach tekstu i meandrach myśli autorki. Sama autorka też nie do końca wiedziała co i kiedy chciała przekazać. Spodobały mi się natomiast opisy Katowic, na tyle sugestywne i interesujące, że zaczęłam szukać „miejsca zbrodni” na mapie Google. Rzadka to frajda nie tylko czytać, ale i widzieć.
Ogólnie wyszło lepiej.
Moja ocena: 3

wtorek, 24 listopada 2015

Anne Holt „W jaskini lwa”

Anne Holt, W jaskini lwa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, 464 s.

Jest 4 kwietnia 1997 roku, pół roku po zmianie rządu w Norwegii. Pani premier Birgitte Volter zostaje znaleziona martwa w swoim gabinecie z raną postrzałową głowy. Ale kogo właściwie zastrzelono? Norweską premier czy Birgitte, osobę prywatną? Norwegia jest wstrząśnięta. Oprócz funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, do sprawy zostaje przydzielonych dwustu policjantów z Komendy Okręgowej Policji w Oslo. Śledztwo prowadzą Billy T. i prokurator Håkon Sand. Obaj tęsknią za Hanne Wilhelmsen, która wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Czy Hanne wróci, by zaangażować się w tak poważną sprawę w kraju?

Zgrabnie napisany thriller z tajemnicą w tle. Po raz kolejny Norwegia ukazana jest jako kraj nie tak idealny, jakim go chcemy widzieć. W sumie ludzie są tylko ludźmi i zwęszywszy pieniądze i możliwość wzbogacenia się kosztem bliżej nieokreślonych mas, potrafią iść na wiele kompromisów z własnym sumieniem.
Dobrze mi się czytało „W jaskini lwa” nie tylko dlatego że lubię, kiedy zagadka sięga daleko w przeszłość i po latach odbija się sprawcom moralną czkawką. Istotne jest również to, że Holt oddawała głos poszczególnym bohaterom i każdy z nich relacjonując akcję, dodawał coś niecoś od siebie. Nieszczególnie brakowało mi za to Hanne Wilhelmsen, prawdę mówiąc, jej postać w „Śmierci demona” trochę mnie irytowała. Nie ma też w książce galopującej akcji, nie przepadam za pościgami, wybuchami i wszelkimi efektami pirotechnicznymi, więc mi to odpowiadało. Opisała za to Holt cały brud, w jakim (w mniejszym lub większym stopniu) babrają się politycy. Coś o tym wie, sama przez parę miesięcy pełniła funkcję ministra sprawiedliwości.
Jeśli mi wpadnie jeszcze jakaś Holt w ręce, pewnie książkę wypożyczę. Ale wątpię czy będę specjalnie szukać innych tytułów, bo mam zbyt dużo do czytania.
Moja ocena: 3.5

Joe Alex „Cicha jak ostatnie tchnienie”

Joe Alex, Cicha, jak ostatnie tchnienie, Elipsa, Warszawa 2005, 191 s.

Znany wydawca Melwin Quarendon zaprasza wybraną grupę ludzi związanych z kryminologią do swej ponurej posiadłości, w celu uczczenia kolejnego sukcesu wydawniczego. Organizuje z tej okazji kontrowersyjną zabawę związaną z mroczną historią zamku. Warownia, odcięta w czasie przypływów od świata, była kilkaset lat wcześniej świadkiem niewyjaśnionego nigdy morderstwa lady Ewy de Vere. Uczestnicy spotkania, wśród których nie zabrakło Joe Alexa i Bena Parkera mają za zadanie odnaleźć ukryte od lat szczątki dziewczyny, zamordowanej przez zazdrosnego męża. Gra niespodziewanie kończy się z powodu innego morderstwa - w okrutny sposób ginie sekretarka wydawcy. Jedynie słynna spirytystka Alexandra Wardell widzi w tym sens, gdyż - według niej - śmierć ślicznej Grace Mapleton stała się wypełnieniem klątwy ciążącej na zamczysku. Joe Alex musi jednak odsunąć na bok możliwość działania sił nadprzyrodzonych i wśród gości odnaleźć osobę z najpoważniejszym motywem zabójstwa.

„Cicha jak ostatnie tchnienie” to ostatnia książka jaką napisał Maciej Słomczyński vel Joe Alex o przygodach Joe Aleksa i Bena Parkera. I chociaż wszystko wydaje się w tym kryminale pasować do siebie jak dobrze dobrane puzzle, to na koniec poczułam ni to niesmak, ni rozczarowanie.
A zaczęło się klasycznie: odcięty od świata zamek, ograniczona grupa ludzi i pozornie nikt nie mógł popełnić morderstwa, bo wszyscy widzieli wszystkich przez cały czas. Alex i Parker czekając na miejscowe posiłki i odpływ, rozmawiają z gośćmi i personelem, z szafy zaczynają wysypywać się tony trupów i nobliwi goście nie wydają się już tacy nobliwi. Rychło okazuje się, że ofiara sama była sobie winna, a mężczyźni to istoty uczciwe, choć zdarza im się zbłądzić, błądzą jednak nie z własnej woli, ale z powodu kuszących ich kobiet. Mniej więcej taki jest sens tłumaczeń przepytywanych dżentelmenów. Dodajmy do tego wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę i stawianie się ponad prawem.
Zagadka jest logiczna, akcja poprowadzona sprawnie i bez dłużyzn, ale zabrakło w tej książce umiaru. Joe Alex jako męska Nemesis rozszalał się na dobre i jakby stracił kontakt z rzeczywistością.
Moja ocena: 3.5

Filip Springer „Miedzianka. Historia znikania”

Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania, Czarne, Wołowiec 2011, 268 s.

Filip Springer przez ponad dwa lata szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego miasteczko z siedmiowiekową tradycją zniknęło z powierzchni ziemi. Czy stało się tak na skutek zniszczeń spowodowanych rabunkowym wydobyciem uranu przez Rosjan prowadzonym tutaj w latach 1948-1952? Czy też opowieści o szkodach górniczych zostały wymyślone przez władzę jako pretekst do wyburzenia miasta i ukrycia tajemnicy z przeszłości?

Filip Springer jeździł do Miedzianki przez kilka lat. Rozmawiał, obserwował i notował. A potem napisał reportaż o zapomnianym mieście innym niż wszystkie. Są w Polsce miejscowości opustoszałe i niszczejące: Pstrąże, Kłomino, Borne Sulinowo. Mają one jednak wspólną cechę: wcześniej stacjonowały w nich wojska radzieckie, były to osady samowystarczalne, blokowiska nie mające historycznej przeszłości. Tymczasem historia Miedzianki jest inna; kiedy znalazła się w powojennych granicach Polski, istniała już kilkaset lat; zamieszkana przez Niemców nosiła nazwę Kupferberg. Po 1945 roku Niemców wysiedlono, Kupferberg stał się Miedzianą Górą i stracił prawa miejskie. W kilka lat później zaczęło się znikanie. Nieszczęściem miasta/wsi było to, że w okolicy znajdowały się bogate złoża rud uranu. Ziemia pod Miedzianką w ciągu dziewięciu lat istnienia ukrytej kopalni została przeorana wzdłuż i wszerz, rabunkowa gospodarka doprowadziła do tego, że zaczęła się zapadać ziemia. Wraz z nią zapadali się ludzie, zwierzęta, nawet budynki.
Springer opowiada historię niektórych wysiedlonych Niemców, którzy wyjeżdżając zostawiali za sobą piękne miasteczko. Wróciwszy po latach, zastali tylko łąki, pola, kilka domów. Springer opowiada też historię górników i górniczek zatrudnionych po wojnie w tajnej kopalni, pracujących w nieludzkich warunkach, pośród tajniaków i rosyjskich nadzorców. W końcu Springer opowiada historię o zamknięciu zakładu i decyzji o likwidacji Miedzianki.
Książka-reportaż to opowieść o tym, jak okres błędów i wypaczeń odbił się na konkretnej grupie ludzi, jak wyglądało powojenne życie na tym obszarze Ziem Odzyskanych, jak sukcesywnie niszczono ludzi i przeszłość. Różnie wspominają powojenną Miedziankę przepytywani ludzie, jedni mówią, że było bardzo, bardzo źle, inni, że wcale nie tak bardzo. Prawdy nie dojdzie już nikt. Prawdą są tylko nieistniejące budynki i mieszkańcy rozrzuceni po okolicznych miastach, upchani w blokowiska, pozbawieni przestrzeni i swej krótkiej, powojennej historii.
Moja ocena: 5.5

Opowieść Springera nie kończy się optymistycznie. Ale życie potrafi czasem spłatać figla. Miedzianka nie znikła z mapy Polski. Odwrotnie – we wsi odbudowano browar, powstała ścieżka edukacyjna „Szlak Miedzianka – Mniszków – 900 lat historii”, podobno buduje się nowe domy. Zatem istnieje szansa, że pozostanie w tym miejscu coś więcej niż tylko drzewo z małą tabliczką: „ERINNER DIE LEUTE VON KUPFERBERG”.

niedziela, 22 listopada 2015

Daria Doncowa „Śpij, kochanie”

Daria Doncowa, Śpij, kochanie, Świat Książki, Warszawa 2005, 318 s.

Daria Wasiljewa, detektyw-amator, ratuje młodą dziewczynę spod kół pędzącego pociągu. Kilka godzin później dziewczyna ta wyskakuje z okna szpitala. Policja umarza śledztwo ze względu na niemożliwość zidentyfikowania samobójczyni - dziewczyna nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Daria nie może się z tym pogodzić i rozpoczyna prywatne śledztwo. Okazuje się, że czworo znajomych zmarłej dziewczyny popełniło samobójstwa w taki sam sposób...

Daria Doncowa zaczęła pisać mając 45 lat, czyli w wieku, kiedy większość pisarzy albo czuje się wypalona, albo ma ugruntowaną pozycję. Przez następne 10 lat wydała około stu książek, co przyniosło jej nie tylko ogromną popularność, ale i posądzenie o zatrudnianie całego sztabu ghostwriterów. Jaka jest prawda, nie wiem i nie wnikam, bo postawmy sprawę jasno: książki Darii Doncowej to nie jest przykład literatury wybitnej. Jest to natomiast przykład, jaka powinna być literatura rozrywkowa. Przy tym opowieści Doncowej to również bardzo dobry (i zdrowy) środek antydepresyjny.
Główna bohaterka ratując samobójczynię wplątuje się w sprawę, której początki sięgają daleko w przeszłość. Cierpliwie podąża śladem dziewczyny, której samobójstwem milicja nie jest zainteresowana w ogóle, nie pierwsza to ani ostatnia ofiara zdecydowana skończyć ze swoim życiem. Kiedy trzeba Daria Wasiljewa udaje dobrą duszę z Francji, kiedy indziej wyjmuje fałszywą legitymację MSW, przy okazji ukazując mentalność swych rodaków przez lata żyjących w obawie przed kontaktami z organami ścigania i tęskniących za niedostępnym Zachodem. W „Śpij, kochanie” pojawiają się pątnicy, czarownik, płaczka, hipnotyzer, primabalerina... Korowód barwnych charakterów uzupełnia lekkie pióro pisarki, dzięki czemu ironiczne, chwilami gorzkie spojrzenie na „nową Rosję” nie zmienia się w litanię skarg i zażaleń do życia. Łatwo nie jest. Ale Doncowa stara się wnieść w to życie chociaż odrobinę pozytywnego myślenia, a przede wszystkim sprawia, że większość jej bohaterów wzbudza sympatię, a nawet ci najgorsi – współczucie. W czasach, kiedy autorzy kryminałów lubują się w opisywaniu wszystkich w czarnych barwach, takie jaśniejsze spojrzenie na ludzi jest ważne. I szczerze mówiąc, przyjemniejsze.
Polecam.
Moja ocena: 4.5

czwartek, 19 listopada 2015

Katarzyna Bonda „Dziewiąta runa” aka „Sprawa Niny Frank”

Katarzyna Bonda, Dziewiąta runa, Videograf II, Chorzów 2011, 427 s.

Kiedy aktorka Nina Frank zostaje znaleziona w swoim dworku nad Bugiem martwa, do Mielnika nad Bugiem przyjeżdża Hubert Meyer - profiler policyjny i zaczyna po kolei odkrywać tajemnice gwiazdy. Poznając sekrety Frank i próbując stworzyć profil jej mordercy, Hubert Meyer analizuje także swoje życie, atakują go wspomnienia i przy okazji badania zbrodni dociera do skrywanych przed sobą własnych tajemnic.

Achy i ochy prawie wszędzie nad Katarzyną Bondą, zatem skoro zauważyłam w bibliotece, wzięłam „Dziewiątą runę” i „Tylko martwi nie kłamią”. Lubię zaczynać od początku, więc chociaż część druga wydawała się bardziej interesująca, najpierw sięgnęłam po „Dziewiątą runę”.
Mam mieszane uczucia po lekturze. Ba! Już w trakcie czytania zdarzały się chwile, że „Dziewiątą runę” chciałam odłożyć i pal licho, kto zabił, bez tej wiedzy można żyć. Ciężko jest czytać książkę kiedy głównego bohatera nie można nijak polubić, a ofiary – nijak żałować. Jeszcze ciężej – kiedy autorka posługuje się sztampowym językiem: „ból głowy wgniatał mnie w ciemność poduszki”, „(...) zgubiłam się w meandrach moich marzeń” i wyświechtanymi kalkami: „sprzedałam im trzydziesty siódmy wystudiowany uśmiech”. Wyznania mordercy są wplecione we fragmenty internetowego dziennika i akcji sensu stricto. Nie wnoszą do opowieści nic nowego, żadnego dramatyzmu, chociaż Bonda stara się epatować okrucieństwem i patologią wszelkiego rodzaju: „rycie w twojej idealnej skórze bardzo mnie uspokajało”, „gdybym mógł, zabiłbym cię jeszcze mocniej”. Pomysły są nawet niezłe, nie nadąża jednak warsztat pisarski.
„Dziewiąta runa” reklamowana jest jako powieść kryminalna, stąd może taka ilość pobocznych, niestety najzupełniej zbędnych, wątków. Penisowo-sercowe rozterki Meyera, niesympatyczni współpracownicy/przełożeni, stosunek mieszkańców do obcych – widać, że autorka bardzo się starała przybliżyć czytelnikom cały świat, który sobie wymyśliła, ale wykonanie było toporne, mające tyle finezji co reklama środków na przeczyszczenie. Nic jednak nie jest gorsze od wprowadzenia do powieści elementów onirycznych. Majaki profilera po wypiciu mikstury (sic!) u specjalistów od egzorcyzmów, bioterapii i talizmanów to jakieś nieporozumienie, podobnie jak dwa ostatnie rozdziały książki, mające pozostawić czytelnika w niepewności, a tak naprawdę – budzące raczej irytację.
Dawno nie czułam takiej ulgi, kiedy skończyłam książkę.
Moja ocena: 2

środa, 18 listopada 2015

Audrey Niffenegger „Żona podróżnika w czasie” aka „Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie” aka „Zaklęci w czasie”

Audrey Niffenegger, Żona podróżnika w czasie, Świat Książki, Warszawa 2007, 495 s.

Clare, urocza studentka sztuk pięknych i Henry, niekonwencjonalny bibliotekarz, spotkali się po raz pierwszy, gdy ona miała sześć lat, a on trzydzieści sześć. Kiedy Clare skończyła dwadzieścia trzy, a Henry trzydzieści jeden - zostali małżeństwem. Choć wydaje się to niemożliwe, jednak jest prawdziwe. Henry bowiem to jedna z pierwszych osób na świecie, u których wykryto rzadkie zaburzenie genetyczne: od czasu do czasu jego biologiczny zegar uruchamia się na nowo i Henry przemieszcza się w czasie. Znika nieoczekiwanie, pozostawiając po sobie tylko stosik ubrań. Nigdy nie wie, gdzie się znajdzie i jaka będzie otaczająca go rzeczywistość. Odmierzając swoją miłość kolejnymi spotkaniami, oboje za wszelką cenę próbują wieść normalne życie. Ale czy może liczyć na normalność człowiek, który jest niewolnikiem własnego ciała, a przede wszystkim nagłych podróży w czasie..

Pod koniec lipca 2014 na portalu „Lubimy czytać” pojawił się tekst o 20 książkach, które zmieniły życie czytelników. Jedynym kryterium ograniczającym była płeć autorów, a właściwie autorek, bo wybierano utwory kobiet. Pomijając bezsensowność takiego warunku, bo nie płeć autora jest ważna, lecz jego talent, styl i to, co ma do powiedzenia (napisania), listę przeczytałam z zaciekawieniem. Lektura połowy z nich była za mną i nie przeczę, były to w większości książki bardzo dobre i dobre. Gorzej z drugą dziesiątką. George Eliot wciąż czeka w kolejce do czytania, Doris Lessing też. A Niffenegger wpadła mi w ręce w niedługi czas potem. I może bym jej nie wypożyczyła, gdyby nie wspomniany artykuł.
Przeczytałam i... no cóż, mojego życia „Żona podróżnika w czasie” nie zmieniła. Aczkolwiek czytało się „Żonę...” z przyjemnością. Któż nie chciałby podróżować w czasie? Motyw ten wykorzystywano w literaturze już wielokrotnie, autorka ukazała go jednak z zupełnie innej perspektywy: jako schorzenie genetyczne. Henry DeTamble ma problem z pozostawaniem w teraźniejszości. Ani on, ani Clare nigdy nie są pewni dnia, godziny kolejnego rozstania. Żyją we trójkę: oni i choroba Henry’ego. Patrząc z takiej perspektywy już trudniej zazdrościć bohaterowi jego zdolności. Każdy jego przeskok z teraźniejszości to walka o przeżycie, ubrania, pieniądze, zdrowie. Każdy jego powrót to zaledwie próba zahaczenia się w normalności.
Niffenegger bardzo zgrabnie żongluje w powieści teraźniejszością i przeszłością. Z pozornego chaosu wyłania się opowieść spójna i ciekawa. Jak to w życiu: chwilami jest dramatycznie, chwilami dowcipnie, ale zawsze konsekwentnie i logicznie. Owszem, jest to książka o miłości: trudnej, naznaczonej troską i tęsknotą; przy tym wyrozumiałej i gotowej na wyrzeczenia. Przemyca jednak Niffenegger i kwestie etyczne: czy i na ile można wykorzystywać znajomość przyszłości do własnych celów albo jak wiele można powiedzieć a ile przemilczeć dla dobra innej osoby.
Na szczęście autorka nie pisze w konwencji romansu, a pomysł z podróżami w czasie jest tylko pretekstem do ukazania bardziej uniwersalnej prawdy: życia z kimś nieuleczalnie chorym, bycia z nim na dobre i na złe. „Żona podróżnika w czasie” to powieść obyczajowa skrojona na miarę XXI wieku, z udziwnieniami, żeby wyróżnić się w zalewie literatury wszelakiej, ale opowiadająca o wartościach ponadczasowych.
Moja ocena: 5

wtorek, 17 listopada 2015

Paweł Smoleński „Irak. Piekło w raju”

Paweł Smoleński, Irak. Piekło w raju, Czarne, Wołowiec 2012, 295 s.

Książka to zbiór reportaży. Opowiadają one o najnowszej historii Iraku. Autor stara się przedstawić ten kraj w sposób obiektywny. Odwołuje się do opowieści samych Irakijczyków. Czytelnik może dowiedzieć się jak skomplikowana jest sytuacja w tym kraju, przeczytać o okrucieństwie dyktatury, arogancji najeźdźców. Warto przeczytać i ponownie zastanowić się nad koniecznością i sposobem przeprowadzenia misji stabilizacyjnej. Poruszająca, niezwykle barwna, unikająca jednoznacznych ocen książka.

Zastanawiałam się czy nie przełożyć opisywania książki Smoleńskiego. Cztery dni temu doszło do serii zamachów w Paryżu. Do zamachów przyznało się ISIS, które narodziło się w Iraku (w skrócie: ISIS, czyli Państwo Islamskie to organizacja terrorystyczna pełna oszołomów chcących ustanowienia hierokracji opartej na zasadzie szariatu na terytorium Iraku, Syrii i Libii). Jak niepokojąco i aktualnie brzmią słowa jednego z rozmówców Smoleńskiego:

„Chcecie zawładnąć naszą ziemią. Chcecie rządzić naszymi duszami. Nie obchodzi was szczęście Irakijczyków. Patrzycie tylko na naszą ropę, wyciągacie ręce po cały arabski świat. Uderzacie w serce islamu, macie w pogardzie to, co dla nas święte. Ludzie prawdziwej, głębokiej wiary nie mogą się na to zgodzić. W tej wojnie rychło okazało się, że nie idzie o głowę Saddama, ale o podbój Iraku. Musieliśmy coś zrobić.
Walczymy pod wezwaniem «Allah Akbar», Bóg jest wielki. To nasza nazwa, nasze imię, znak rozpoznawczy, jesteśmy mudżahedinami. Nie mamy nad sobą żadnej organizacji politycznej, nigdy nie będziemy partią żebrzącą o amerykańską jałmużnę. Taka polityka nas nie obchodzi. W Iraku nastał czas walki, a nie debat i układów.”1

Smoleński zbierał materiały do „Iraku” ponad dziesięć lat temu, kiedy Amerykanie w ramach wojny z terroryzmem, postanowili „wyzwolić” Irakijczyków od Saddama Husajna (i przy okazji położyć łapę na tamtejszych złożach ropy). „Wyzwoliciele” nie byli jednak witani radośnie przez naród, który wyswobodzili spod tyranii klanu Tikriti. Po interwencji Amerykanów Irakijczykom wcale nie zaczęło żyć się lepiej. Jak każdy medal ma dwie strony, tak i każdą historię można opowiedzieć przynajmniej z dwóch punktów widzenia. Rozmówcy Smoleńskiego narzekają, wspominają i pomstują odmieniając słowo „bieda” przez wszystkie przypadki. Dziennikarz natomiast pisze o mentalności getta, o biedocie z Saddamijjat al-Karch, o stertach śmieci przy przytulnych uliczkach, skwerach zamienionych w wysypiska odpadów, o koślawych komórkach stawianych przy nowych domach. I o nienawiści do wszystkiego, co zachodnie. Paradoksalnie, młodzi Irakijczycy chętnie nazywając Amerykanów terrorystami i okupantami, równie chętnie korzystają z dobrodziejstw technologii komputerowej, do której uzyskali dostęp dopiero po obaleniu dyktatora. Zindoktrynowani przez mułłów i imamów krzyczą, że nie podzielają żadnych wartości ze swoimi zachodnimi rówieśnikami, są muzułmaninami, Irakijczykami... A może po prostu są przeżarci islamem na wskroś? Religią, która stała się ucieczką od kłopotów dnia powszedniego. Człowiek, żeby egzystować, musi w coś wierzyć. Im gorsza egzystencja, gorsze wykształcenie, tym łatwiej oczarować człowieka wizją raju w niebiesiech, nagrodą w postaci dziewic za bycie męczennikiem. Smoleński rozmawiał z różnymi ludźmi, bardziej lub mniej wykształconymi, z mężczyznami, chłopakami, kobietami. Ich teraźniejszość anno domini 2003:

„Trzymam w domu broń do obrony przed bandytami. Nie mam innego wyboru. Zanim przyszli Amerykanie, bronił mnie Sajjid, sypiałem spokojnie, bez strachu, że ktoś zrabuje mój dobytek. Dziś nie mogę zaufać ani policjantowi, ani urzędnikowi. Wszędzie łapownictwo, korupcja, protekcja. Bandytyzm, złodziejstwo, gwałt.”2

„Gdy rządził nami Prezydent, mieliśmy prąd. Gaz do gotowania kosztował trzysta dinarów i też było go pod dostatkiem. Bandyci siedzieli w więzieniach, wieczorami mogłam iść z mężem na spacer. Nie bałam się, że Kuwejtczycy porwą nasze córki albo podpalą dom. Nie lękałam się o majątek. Nawet biedacy z najgorszych bagdadzkich nor mieli każdego ld al-Fitr świątecznego kurczaka (...).”3

Życie Irakijczyków nigdy nie było łatwe. Kiedyś musieli w milczeniu znosić poczynania Husajna i jego klanu; jego synowie mogli mieć wszystko i wszystkich. Mogli zmieniać samochody pod kolor ubrań, mogli zabijać, mogli skazywać na tortury. Właśnie, tortury... Irakijczycy wykorzystywali je nie tylko po to, by zniszczyć wroga narodu, ale i aby „przekonać do współpracy” ludzi opornych, acz potrzebnych. Tak „przekonano” sobowtóra Husajna – Latifa Jahję. Pokazano mu trzydzieści pięć filmów z zarejestrowanymi scenami tortur (nie żyję na tym świecie od wczoraj, nie po raz pierwszy czytałam o torturach, ale drastyczność scen opisanych przez Smoleńskiego przyprawiła mnie o mdłości). Dzięki temu Jahja miał lepiej służyć reżimowi. Torturowano nie tylko mężczyzn. Kobiety i dzieci też.
Dla jednych Irak był więzieniem, inni żyli bezkonfliktowo, z dala od politycznego zgiełku, rozpasanych Tikriti, nieustannej groźby śmierci. Ci drudzy teraz tęsknią za spokojem, wspominają czasy, kiedy bandytyzm był udziałem nielicznych. Po interwencji Amerykanów doszło do eskalacji przestępstw, łapówkarstwa, korupcji. I terroru. Smoleński słuchał, notował, zadawał pytania. Spisał to wszystko w barwach smutnych, szarych jak ówczesne życie Irakijczyków, acz z przebłyskami koloru, czyli słowami tych, którzy starali się nie tylko odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale i nie poddawać się rządom domorosłych terrorystów.
„Irak. Piekło w raju” to nie tylko opowieść o zubożałym społeczeństwie. To również opowieść o fanatycznej nienawiści, narodzinach teokratycznego reżimu na ruinach reżimu Husajna. To opowieść o ludziach widzących wszystko tylko w dwóch barwach: czarnej i białej, gdzie nie liczy się to, czy człowiek jest dobry, mądry, uczciwy, ale to, czy wierzy w Allaha czy nie. I chociaż Smoleński starał się zachować neutralność, to ostatnie akapity jego „Podziękowania” ukazują, że zmian na lepsze można oczekiwać długo. Właściwie bez końca.
Moja ocena: 5


1 P. Smoleński, Irak. Piekło w raju, Czarne, Wołowiec 2012, s. 94.

2 Ibidem, s. 55.
3 Ibidem.