czwartek, 9 grudnia 2010

Maria Bogucka „Gorsza płeć”

Odnowiłam znajomość z książkami Marii Boguckiej. Teraz czytam „Gorszą płeć” traktującą o życiu kobiet w Europie od antyku po wiek XXI. Ten opis jest trochę na wyrost, bo najwięcej miejsca Bogucka poświęca kobietom żyjącym w czasach nowożytnych, ale w sumie się nie dziwię, bowiem autorka jest specjalistką od tego okresu.
Jeśli chodzi o lekturę… Włos na głowie staje, kiedy się czyta jak bardzo wieki przeszłe nacechowane były mizoginizmem (tak, wiedziałam już o tym wcześniej). Bogucka podaje przykłady niewiarygodnego rozumowania „uczonych mężczyzn” postrzegających kobiety mniej więcej tak: najbardziej łakome zwierzę, pożądliwość ciała, gadatliwa paszcza, fałszywa wiara, monstrualne kłamstwo, katastrofa życiowa, sprawczyni grzechu, ruina królestw.
Aż się dziwię, że nie wyginęłyśmy jak mamuty.
Przyjrzyjmy się faktom. Wszystko za Marią Bogucką i jej „Gorszą płcią”.
- dziełko z początków XIX wieku podsuwane dziewczętom i młodym mężatkom, pióra J.L. Ewalda traktowało o tym, że kobieta nie powinna być ani „filozofem”, ani „politykiem”, bo nie będzie się to podobało mężowi, a wszak celem życia kobiety jest właśnie przypodobanie się małżonkowi. (s. 99)
- małżeństwem nowożytnym rządziła zasada ustanowiona przez św. Pawła: mąż jest głową żony. Mąż miał prawo karcić żonę cieleśnie, byle było to „umiarkowane”. A wszystko co żona zarobi poza domem lub otrzyma, miało należeć do męża. (s. 100).
- kobiety spychano do najcięższych prac, na przykład w Gdańsku (pozostajemy w epoce nowożytnej) taszczyły beczki z piwem i cegły na budowach lub były najmowane do piłowania drewna. (s. 109)
- w średniowieczu toczyły się dyskusje jak odbędzie się zmartwychwstanie kobiet; niektórzy teologowie uważali, że zmartwychwstaną przemienione w mężczyzn, zgodnie z założeniem, że: a. ciała powstaną z grobu jako doskonałe, b. w niebie nie będzie żadnej podległości. Dzień zmartwychwstania miał unicestwić gorszą płeć – kobietę. (s. 120)
- w 1686 r. papież Innocenty XI zakazał wszystkim kobietom, także świeckim, uczyć się muzyki i grać na instrumentach, ponieważ muzyka godzi w skromność niewieścią. Zakaz na szczęście w wielu krajach nie był w pełni przestrzegany. (s. 229)
Wielcy myśliciele – Locke, Comte, Rousseau, Wolter i inni widzieli kobiety w kuchni. Darwiniści twierdzili, że teoria doboru naturalnego dowodziła niższości kobiet, za którą przemawiał również fakt, że to mężczyźni byli bardziej zasłużeni na polu nauki czy twórczości. Zgrabnie i strategicznie pomijali milczeniem fakt jak bardzo utrudniano kobietom dostęp do edukacji i działania w życiu naukowym i artystycznym. (s. 253)
Freud natomiast przypisał kobietom kompleks braku penisa. Ale to już jest dłuższa opowieść, bo facet miał tyle skrywanych kompleksów, że w sumie musiał je na kogoś zrzucić.
Ostatni rozdział „Gorszej płci” dotyczył kontekstu pozaeuropejskiego. Przykłady maltretowania fizycznego i psychicznego kobiet w Afryce czy Azji były mi znane już wcześniej, ale Bogucka napisała to tak sugestywnie, że aż mną strząchnęło. Obrzezywanie kobiet, żeby im się seksu nie chciało, oblewanie kwasem, podpalanie… i to wszystko dzieje się w XXI wieku, przy cichej akceptacji pozostałych. Żenada.
A ja po raz pierwszy ucieszyłam się, że mieszkam w Polsce i w sumie mogę liczyć na godne traktowanie.
Moja ocena: 6

Martha Grimes „Pod Huncwotem”

Czytałam sobie niedawno kryminałkę autorstwa Marthy Grimes „Pod Huncwotem”. W sumie niezły i pomysł, i poprowadzona akcja, i nakreśleni bohaterowie.
Pomysł: ktoś morduje mężczyzn w pubach. Akcja: śledztwo prowadzi inspektor Richard Jury, a pomaga mu arystokrata, który odrzucił tytuł – Melrose Plant. Wraz z upływem czasu przybywa nie tylko ofiar, ale i tajemnic (z przeszłości) do rozwiązania. Bohaterowie: pocieszna, aczkolwiek odpychająca Amerykanka siląca się na bycie „lady”, mizoginistyczny pisarz kryminałów, były pracownik ministerstwa zakochany w swojej żonie, dwie przyrodnie siostry „skazane” na siebie.
Całość jest bardzo zgrabnie, chwilami dowcipnie napisana. Gorzej jednak jest z tajemnicami. Jakoś nie przemawia do mnie fakt, że nagle po wielu latach można ot tak rozwiązać zagadki, których nie rozwiązali inni (mając takie same dane). Szczególnie rażące jest to w odniesieniu do… nazwijmy to „tajemnicy poetki”. Sama pisarka stara się wybrnąć z sytuacji wkładając w usta inspektora: „Aż dziw, że oni (policja) tego nie zauważyli.” Dokładnie, mnie też to dziwi.
Ale nie wymagajmy zbyt wiele od zwykłej rozrywki.
Moja ocena: 4

piątek, 3 grudnia 2010

Jill Gregory, Karen Tintori „Księga imion”

Jeszcze latem kupiłam sobie „thriller kabalistyczny” autorstwa pań Jill Gregory i Karen Tintori. Grzecznie czekał w kolejce. Gdybym wiedziała jak denna jest to książka, nadal by sobie czekał.
Ujmę to krótko: zmarnowany pomysł, zmarnowane pieniądze i zmarnowany czas.
Pomysł: na świecie w każdym pokoleniu żyje trzydziestu sześciu sprawiedliwych, ludzi o tak czystym sercu, że utrzymują oni cały świat w równowadze. Ich imiona spisał sam Adam (ten od Ewy). Tychże sprawiedliwych chcą za wszelką cenę zniszczyć gnozyci – hedoniści nienawidzący Boga. W roku 2005 prawie im się udaje. Jednakowoż David (o charakterystycznym nazwisku) Shepherd – przeżywa w dzieciństwie mistyczne objawienie i dzięki temu również poznaje owe nazwiska. Amerykanin (któż by inny???) musi ocalić pozostałych przy życiu sprawiedliwych. Niecni gnozyci nasyłają na niego i jego piękną izraelską towarzyszkę swój szwadron śmierci zwany Aniołami Ciemności. Dawid przeistacza się z jajogłowego profesorka w prawdziwego żołnierza idei.
Gregory i Tintorini piszą językiem nudnym. Ich wyjaśnienia są niczym żywcem przepisane z encyklopedii czy słowników. W opowieściach o przeszłości nie ma przysłowiowego „bigla”, ani uroku. Opisy nużą, chociaż legenda sama w sobie jest ciekawa. Trup ścieli się gęsto, a jednak główni bohaterowie nie zostają nawet draśnięci. Dialogi są na poziomie opowiadań licealistów. Ta książka jest tak zła, że nie wzbudza żadnego dreszczu, jedynie pobudza do ziewania. Mistycyzm jest odmierzany chyba zakraplaczem do oczu, czytelnik nie ma możliwości wczucia się w akcję i zdania sobie sprawy, że oto czyta o możliwym końcu świata. Naprawdę, szkoda czasu na ten „bestseller”.
Moja ocena: 0.5

Kurt Vonnegut „Trzęsienie czasu”

Ostatnia powieść Vonneguta – „Trzęsienie czasu” jest do dupy. Po prostu.
A czytanie jej w polskim przekładzie Andrzeja Chajewskiego – jest podwójnie udupiające.
Vonnegutowi można wybaczyć. Stary już był i wypalony, kiedy pisał „Trzęsienie czasu”, więc i bełkotliwe pomieszanie życia prywatnego z poplątanym wątkiem powieści – niezbyt dziwi. Szkoda tylko, że Kilgore Trout stracił również swą wenę i jego opowiadania nijak się miały do tych opisywanych chociażby w „Niech pana Bóg błogosławi Rosewater”. To jednak można przełknąć. Zapomnieć. Ewentualnie – zawsze wrócić do „Rzeźni numer 5”, „Śniadania mistrzów” czy „Sinobrodego”, gdzie opowieści Trouta skrzą się ironią i dowcipem.
Przełknąć jednak nie mogę, no nie mogę!!!, polskiego przekładu, w którym nota bene NIE MA Kilgora Trouta, bo UWAGA!!! UWAGA!!!, pan Chajewski postanowił błysnąć swą „ynteligencją” i z Trouta zrobił… Pstrąga Zabijuchę. I tak przez blisko dwieście stron powieści razi w oczy ten cholerny odautorski twór. Zgroza i horror. Za coś takiego Chajewski powinien mieć dożywotni zakaz tłumaczenia czegokolwiek!!! Co ciekawe, inne nazwiska tłumacz zostawił w spokoju. Monica Pepper nie staje się Moniką Pieprz, a Dudley Prince – Dudusiem Księciem.
Nie. Tłumacz postanowił własnoręcznie zarżnąć alter ego Vonneguta i na siłę go spolszczyć. Udało mu się to na tyle, że cała powieść zaczęła mi cuchnąć niekompetencją.
Dwa inne „kfiatki” książkowe:
„W powieści „Sinobrody” napisałem: „Strzeż się szczodrobliwych bogów”.” (s. 84, Amber, Warszawa 1997). Jest to parafraza słynnej maksymy z Wergiliuszowskiej „Eneidy”: „Timeo Danaos et dona ferentes.”, po angielsku brzmiącej: „Beware of Greeks bearing gifts!”. W „Sinobrodym” (w tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego) jak byk stoi: „Strzeżcie się bogów przynoszących dary!”. Pan Chajewski musiał jednak napisać po swojemu.
„By uniknąć podejrzeń, hieny dostarczają świeże mózgi pojedynczo, zapakowane w plastikowe wiadra ukradzione z pobliskiej placówki Kentucky Fried Chicken.” (s. 90). Kubełki KFC nagle ewoluowały w plastikowe(!) wiadra. Szczęka mi opadła. Dla porównania, oryginał: „So as not to arouse suspicion, they deliver the fresh brains one at a time in buckets stolen from a nearby Kentucky Fried Chicken franchise.”
A reszty mi się zwyczajnie nie chce opisywać, bo mi się ciśnienie podnosi. Koniec.
Moja ocena: 2

Kurt Vonnegut „Pianola”

Pierwszą książkę Vonneguta – „Pianolę” przeczytałam jako ostatnią. W sumie było to najbardziej skuteczne antidotum na nieudane „Trzęsienie czasu”.
„Pianola” jest w sumie powieścią z gatunku antyutopii. Nie ma co prawda dyktatury politycznej, jest jednak… dyktatura komputerów i maszyn, które pierwotnie miały odciążyć człowieka, a w efekcie wyeliminowały go z większości prac. W Ameryce po „drugiej rewolucji przemysłowej” liczą się tylko ludzie z doktoratem (filozofii, inżynierii, wychowania fizycznego, nauk przyrodniczych, handlu nieruchomościami etc.), ewentualnie przyszli doktoranci. Człowiek en masse staje się znudzonym i zdezorientowanym konsumentem dóbr wytwarzanych przez maszyny. Życie zostało tak zindustrializowane, że przeciętna gospodyni domowa nie ma nic do roboty i spędza swój czas na oglądaniu telewizji. I cały czas jest przy tym indoktrynowana, to znaczy – edukowana, odnośnie tego jak bardzo ważne są maszyny i jak bardzo ważna jest przeciętność.
Komputery ferują wyroki i co gorsza, są one niepodważalne. Bo przecież komputer nie może się mylić. Tym samym bezduszna maszyna wpływa na całe ludzkie życie. To komputer ustala jaka jest odpowiednia długość książki, jaka jest odpowiednia jej treść. Komputer jest sędzią w tych ważnych i w tych zupełnie błahych sprawach. Sam człowiek przestaje się w tym świecie liczyć. Jest dodatkiem i to chyba niepotrzebnym.
Vonnegut opisuje anatomię rewolucji i kontrrewolucji. Ukazuje jak łatwo jest ludziom wpaść w pułapkę niemyślenia i całkowitej bierności. Udowadnia też, że „wygodniejsze życie” nie zawsze jest lepsze, bardziej efektywne umysłowo.
Jestem pod wrażeniem. Blisko sześćdziesiąt lat po publikacji, opowieść Vonneguta zaczyna niepokojąco przypominać obecne dążenie do tego, aby o wszystkim decydował kod binarny.
Moja ocena: 6

Dmitrij Wołkogonow „Lenin”, „Stalin”, „Trocki”

Jeśli czytelnik pragnie dowiedzieć się czegoś o Stalinie, Leninie czy Trockim, to tylko u Wołkogonowa. Ten autor pisze mądrze, obiektywnie (a o to jest trudno, szczególnie jeśli chodzi o naukę tak subiektywną jak historia) i rzetelnie. Nie stawia on Lenina na cokole, ani nie obala jego pomnika. Odwrotnie - stara się prześledzić i ukazać wszystkie fakty dotyczące "wodza" rewolucji październikowej. Co najważniejsze - książka napisana jest takim językiem, iż mimo jej bibliograficznego charakteru, historię życia i działalności Lenina czyta się jak najlepszą powieść sensacyjną. Wołkogonow był mistrzem nie tylko w szperaniu w radzieckich archiwach, był także mistrzem pióra.
Moja ocena: 5.5


* * *

O Stalinie w ostatnich kilkunastu latach napisano sporo i w większości - szalenie subiektywnie. Widziano w nim dosłownie diabła w ludzkiej skórze, demona. Epitetów można by znaleźć wiele. Wołkogonow jednak w swej monografii dotyczącej Stalina starał się zawrzeć przede wszystkim prawdę. A co za tym idzie - udało mu się ukazać Stalina jako człowieka, który przede wszystkim, niczym mistrz szachowy, potrafi przewidzieć zamiary przeciwnika na kilka ruchów naprzód. Tak było i z Leninem, Zinowiewem i Trockim. Stalin - był tyranem i dyktatorem - to rzecz oczywista. Istotne jest jednak to, iż Wołkogonow ukazał ile inteligencji i sprytu musiał mieć ów "przywódca", by pokonać o wiele (zdawałoby się) lepszych od siebie następców Lenina. Świetnie napisana, świetnie wyważona biografia człowieka, który zmienił oblicze ZSRR na wiele dziesiątków lat.
Moja ocena: 5.5


* * *

Równie ważna jest biografia Trockiego. Wołkogonow zrywa temu „wiecznemu rewolucjoniście” etykietkę „niewinnej ofiary Stalina”. Owszem, Trocki ofiarą Stalina był, ale daleko mu do niewinności. Ów niespełniony przywódca, wyznaczony przez Lenina na swego następcę, był przede wszystkim bezkompromisowym komunistą, który w imię swych ideałów nie wahał się poświęcić swojej rodziny. Trocki był inteligentniejszy niż Stalin, bardziej zaangażowany ideowo. Jednocześnie zaś był tak napuszonym politykierem, iż siłą rzeczy nie potrafił wzbudzić ku sobie sympatii partyjnych towarzyszy. Chociaż cechy Trockiego predestynowały go do zajęcia czołowej pozycji w partii, to jednak z chwilą gdy zabrakło Lenina, Trocki zaczął tracić poparcie. Wołkogonow przybliża odpowiedzi na wiele pytań:  dlaczego bolszewicy widząc niewątpliwe wady Stalina, stanęli jednak po jego stronie. Jakie względy za tym przemawiały: rasowe, ekonomiczne, polityczne? Dlaczego „Testament” Lenina nie został wykonany? Dlaczego Trocki nie potrafił zbudować silnej opozycji w latach dwudziestych? Świetna lektura.
Moja ocena: 5.5

środa, 1 grudnia 2010

Sarah Waters „Pod osłoną nocy”, „Muskając aksamit”, „Złodziejka”, „Niebanalna więź”, „Ktoś we mnie”

Niezaprzeczalnie Stephen King jest królem grozy, napisał tyle ponurych powieści i opowiadań, że inni autorzy musieliby żyć trzy razy, a i tak nie wiadomo, czy bibliografia byłaby tak okazała. Oczywiście King stworzył też kilka gniotów, ale nie należy oceniać go po jego porażkach. Brytyjska pisarka urodzona w Walii, Sarah Waters, jest zdecydowanie mniej płodna. Do tej pory napisała pięć powieści. Moja znajomość jej twórczości zaczęła się banalnie, dostałam od mamy, bodajże na urodziny książkę „Pod osłoną nocy” (agorafobia moja osiągnęła wówczas apogeum, nie wychodziłam z domu już od siedmiu miesięcy, a że książek trochę mam, moja rodzicielka poszła do pobliskiej księgarni Domu Książki i zrobiła kilka zdjęć wyłożonych na półkach powieści. Zdecydowałam się na Waters.) „Pod osłoną nocy” (2006)* była pierwszą z książek Waters, gdzie akcja działa się nie w wiktoriańskiej Anglii, tylko tamże w czasach powojennych. Nie wszystkim podobała się ta zmiana. Niektórzy uznali książkę za przegadaną i nudną. Mnie to nie przeszkadzało, bo wcześniejszych powieści nie czytałam, a prawdziwie przegadaną książkę, skupioną na swoim „ja” i gloryfikującą przede wszystkim autora miałam okazję czytać nieco wcześniej (była to powieść Jerzego Pilcha – „Miasto utrapienia” 2004). „Pod osłoną nocy” jest niewątpliwie książką zupełnie inną od tych pisanych wcześniej. Waters skupiła się na ludzkich relacjach i przedstawieniu historii od końca. Smutek powojennej rzeczywistości i poszarzały Londyn oraz sam klimat powieści sprawiły, że siłą rzeczy przeczytałam i trylogię wiktoriańską. Poziom książek był różny.
Moja ocena: 4.5

* * *

 „Muskając aksamit” (2005) – debiut Waters nie podobał mi się w ogóle. Sama zagubiona w poszukiwaniu siebie nie bardzo miałam ochotę czytać o poszukiwaniu innych. Była to powieść przygnębiająca i aż do bólu stręczycielska. Ale gdzie mój upór?
Moja ocena: 4


* * *

Sięgnęłam po „Złodziejkę” (2004). Tutaj już Waters postanowiła dodać element tajemnicy. Ukazała przewrotność i brak skrupułów tak biednych, jak i bogatych. „Złodziejka” wciągnęła mnie na kilka dobrych godzin, a ja sama utwierdziłam się, że dobry upór nie jest zły.
Moja ocena: 4


* * *

W końcu sięgnęłam po „Niebanalną więź” (2004) i to był majstersztyk perfidii i pragnienia lepszego życia.
Moja ocena: 4.5


 






* * *

Czyż zatem można się dziwić, że wracając trzy miesiące temu od lekarza, ujrzawszy w księgarni na Centralnym (gdzie panie są o niebo milsze i mniej protekcjonalne niż w takim Traffic Clubie) nową Waters – „Ktoś we mnie” (2009), powiedziałam, że zrobię wszystko, a książkę muszę mieć. Tak się złożyło, że przeczytałam ją dopiero teraz. Znowu mamy lata powojenne i narratora relacjonującego nam wydarzenia związane z pewną posiadłością. On – lekarz z nizin kontra wymierająca klasa wyższa. Sceptycyzm i racjonalizm myślenia kontra ponury dom. Czyta się to szybko i tylko im bliżej końca, tym częściej pada pytanie czytelnika (moje): czy aby sam fakt narracji w pierwszej osobie nie narzuca pewnego punktu myślenia? Rodzą się też kolejne pytania: do czego dążył bohater (doktor Faraday), do podniesienia się o klasę wyżej, czy do miłości? Jego zmagania i smutek są opisane z żenującą szczerością, ale przecież uwielbiamy zaglądać za kotarę życia innych i widzieć ich pomyłki. Świetna książka. Polecam. Ale czytając ją, miałam już wyrobiony paskudny zwyczaj wyszukiwania błędów. Chociaż książkę wydało Prószyński i S-ka, to w powieści roi się od literówek. Brak przyimków, dodawanie ich tam gdzie nie trzeba, wytrącają z lektury.
Największym zaś faux pas jest odnośnik tłumaczki odnośnie święta Dnia Imperium. I tu się przyczepię. I zacytuję przypis tłumaczki Magdaleny Moltzan-Małkowskiej: „Empire Day, do roku 1958 obchodzony 24 maja, w rocznice urodzin królowej Wiktorii, następnie przemianowany na Commonwealth Day, Dzień Wspólnoty Narodów, i przeniesiony na marzec (urodziny królowej Elżbiety II) – pisownia oryginalna. No ja nie wiem skąd pani tłumaczka to wzięła! Owszem, królowa Wiktoria urodziła się 24 maja. Ale zmiana nazwy święta łączyła się z faktem, że w latach pięćdziesiątych zmieniła się polityka Królestwa odnośnie „kolonii”, które zaczęły dbać o swą tożsamość narodową. Dlatego też zmieniono nazwę na bardziej „poprawną politycznie”, a obchody pierwotnie przeniesiono na 10 czerwca, będącego oficjalną datą urodzin królowej (w istocie Elżbieta II urodziła się 21 kwietnia). Dopiero w 1977 roku święto przeniesiono na drugi poniedziałek marca. W żadnym wypadku urodzin monarchini nie łączy nic z marcem!
Dobra, wiem, że się czepiam, ale lubię czytać książkę i nie stopować na błędach!
Moja ocena: 4.5

*rok wydania polskiego

Carlos Ruiz Zafón „Marina”

W. „Marinie” ewidentnie widać jak wprawiał się Zafón w pisanie. Jak sam uprzedza, tę powieść trudno zakwalifikować. Bohaterem jest piętnastolatek, ale lepiej by młodzież żyła w swym dziewiczym stanie błogości i spokoju. Moim skromnym zdaniem „Marina” to powieść o miłości. Jednocześnie jest to powieść stricte gotycka. Mamy „smród padliny”, „powiew śmierci” i niesamowitą historię. W odróżnieniu od późniejszych powieści Zafóna, brak tutaj głębokiego zagłębiania się w myśli bohatera. Nie ma majaków, ani też tajemnic spowijających głównego bohatera. Owszem. On sam wikła się w losy innych ludzi, ale jednocześnie opisuje to językiem prostym i jasnym, Piętnastolatka właśnie. A jednak…
Powieść czyta się świetnie. Wraz z bohaterem poznajemy tajemne miejsca starej Barcelony, dziś już nie istniejącej, kroczymy po zapomnianym cmentarzu na Sarriá i leżącej nieopodal posesji. Ktoś, kto ukochał swe miasto i zna jego przeszłość najprędzej zrozumie opowieść bohatera Òskara Diai. Wydaje się, że ten młodzieniec to alter ego samego Zafóna lubującego się w błądzeniu po najbardziej zapomnianych ulicach miasta. Domy popadające w ruinę, pałacyki będące niegdyś świadkami najwspanialszych przyjęć aż kuszą, aby uczynić je bohaterami powieści. I tak jest w „Marinie”, gdzie owszem, aż roi się od opisów ludzkich losów, ale nadal wydaje się, że gdyby nie kamienie stanowiące pewne fundamenty, żadna powieść by nie powstała. Odnosząc się i do innych powieści Zafóna, widzimy, że pisarz jest zafascynowany przede wszystkim miastem. I ono staje się kanwą snutej opowieści. Cokolwiek by pisał, czy mówił, Zafón zakochany jest w mieście, a ludzie są tylko dodatkiem, millefleurs, ozdobnikiem. Książka nie ma w sobie nic z nudy i ziewania „Gry Anioła”, jej konstrukcja jest prosta i rozwinięcie to znajdujemy w późniejszych powieściach pisarza. Życzyłabym młodym ludziom tyle wyobraźni, ile chowa się w tym rubasznym (sądząc po zdjęciach) Hiszpanie.
„Marina” jest książką bardzo dobrą, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że powstałą przed najsłynniejszą książką, czyli „Cieniem wiatru”. O tym jednak polski wydawca nie pisze, bo jeszcze nakład źle by się sprzedał?
Moja ocena: 4.5

* * *
Ruiz Zafón Carlos; Marina
Zawsze sądziłem, że stare dworce były nielicznymi magicznymi miejscami, jakie pozostały jeszcze na świecie. Unosiły się jeszcze na nich wspomnienia dawnych pożegnań, rozstań, początków dalekich podróży, z których nie było już powrotu. Jeśli kiedyś się zgubię, niech mnie szukają na dworcu, pomyślałem.

Ruiz Zafón Carlos; Marina;
Czasami to co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni.

Ruiz Zafón Carlos; Marina;
Znikają tylko ci, którzy mają dokąd wrócić.

Kurt Vonnegut „Matka noc”

U progu lat sześćdziesiątych Vonnegut „popełnił” powieść stricte polityczną. Mam na myśli „Matkę noc”, fikcyjny pamiętnik-spowiedź Amerykanina Howarda W. Campbella jr. oskarżonego o propagowanie nazizmu w okresie drugiej wojny światowej. Jest jednak jedno ale – Campbell był nie tylko instrumentem propagandy niemieckiej, lecz również szpiegiem amerykańskim. Swoją robotą na boku nie bardzo się chwalił ani swojej niemieckiej żonie, ani tym bardziej swym niemieckim przyjaciołom. Tym samym już na zawsze miała do niego przylgnąć etykietka zdrajcy.
Vonnegut przedstawia swego bohatera w typowy dla siebie sposób: na poły ironicznie, na poły gorzko. Treść opowieści jest dla niego pretekstem do ukazania bagna wielkiej polityki i po raz kolejny udowodnienia tezy, że historię piszą zwycięzcy. Campbell po wsze czasy ma zostać zapamiętany jako amerykański zwolennik nazizmu, wyrzutek i zdrajca. Uznanie może znaleźć co najwyżej w oczach skrajnych amerykańskich prawicowych chrześcijan nienawidzący Żydów, Cyganów, Murzynów etc. Dla wszystkich innych jest po prostu zbrodniarzem wojennym.
„Matka noc” jest jedną z najsmutniejszych powieści Vonneguta, który starał się ukazać jak mało znaczy jednostka w obliczu wielkiej polityki. 
Moja ocena: 6


* * *

Vonnegut Kurt; Matka noc;
Jesteśmy tym, kogo udajemy i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy.

Vonnegut Kurt; Matka noc;
Wszyscy ludzie to wariaci. W każdej chwili mogą zrobić wszystko i niech Bóg ma w swojej opiece tego, kto by się zastanawiał nad przyczynami ich postępowania.

Vonnegut Kurt; Matka noc;
Ogólnie biorąc, szpiegostwo daje każdemu szpiegowi okazję do zwariowania w sposób szczególnie dla niego pociągający.

Vonnegut Kurt; Matka noc;
Plagiat jest śmiesznym wykroczeniem. Cóż złego może być w pisaniu czegoś, co już raz zostało napisane? To prawdziwa oryginalność jest zbrodnią często wymagającą okrutnej i niezwykłej kary przed ostatecznym coup de grace.

Vonnegut Kurt; Matka noc;
Jest mnóstwo rzeczy, o które warto walczyć, ale nie ma żadnego powodu, żeby ślepo nienawidzić i wyobrażać sobie, że Bóg Wszechmogący nienawidzi razem z tobą. Gdzie jest zło? To ta niemała część każdego człowieka, która chce nienawidzić i mieć Boga po swojej stronie. To ta część każdego człowieka, dla której wszelka forma brzydoty jest pociągająca.

Michael Ridpath „Ostatnia transakcja”

„Ostatnia transakcja” Michaela Ridpatha trafiła do mnie przypadkowo. Powieści, których akcja dzieje się w spółkach zarządzających wielkimi pieniędzmi, nie należą do moich ulubionych.
Trzeba jednak przyznać, że powieść Ridpatha jest napisana zgrabnie i logicznie. Sama fabuła jest prosta: Simon Ayot pracujący w firmie obracającej kapitałem podwyższonego ryzyka najpierw ma spięcie ze swoim szefem i teściem jednocześnie, a potem niniejszy teść zostaje zamordowany. Głównym i chyba jedynym podejrzanym jest Ayot, który musi szukać rozwiązania zagadki na własną rękę.
Ridpath prowadzi czytelnika przez kosmaty świat pazernych finansistów, żądnych chwały biotechnologów, skrywanych namiętności i pełnych uprzedzeń bostońskich policjantów. Całość plecie się aż do sensownego zakończenia. W tle mamy jeszcze wielką miłość Ayota do dziwacznie zachowującej się żony. Upór faceta, aby odzyskać kobietę swego życia jest tak wielki, że aż nierealny. A może po prostu ja już nie wierzę w to, że faceci potrafią kochać kogoś poza sobą?
W każdym razie, jeśli gdzieś trafię na inne książki Ridpatha, nie omieszkam ich przeczytać.
Moja ocena: 4

sobota, 27 listopada 2010

Kurt Vonnegut „Sinobrody”

Lubię wracać do niektórych książek. Ostatnio wróciłam do „Sinobrodego” Vonneguta – fikcyjnej autobiografii fikcyjnego malarza (nieudacznika) i żołnierza (znakomitego) Rabo Karabekiana – gościa, który niczym baśniowy Sinobrody ma swoją tajemniczą komnatę. Stop. To nie średniowiecze i zamków już nie ma. Karabekian-Sinobrody ma tajemniczy spichrz. A jeśli jest Sinobrody, musi być także księżniczka (iście postmodernistyczna: komercyjna pisarka Polly Madison, na co dzień: Circe Berman) pragnąca poznać tajemnicę. Na szczęście koniec jest mniej krwawy niż w baśni.
„Wspomnienia” Karabekiana obejmują najważniejsze wydarzenia w historii USA XX wieku: Wielki Kryzys, drugą wojnę światową, powstanie szkoły malarstwa ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Na wszystko to patrzymy oczyma dziecka zawiedzionych ormiańskich emigrantów. Jak i w pozostałych książkach, widać dystans Vonneguta do opisywanych wydarzeń. Kolejne akapity pisane są tak prostym, potocznym i soczystym językiem, że doprawdy trzeba wielkiego talentu, by całość ani na chwilę nie otarła się o trywialność i prostactwo. Właśnie dlatego lubię prozę Vonneguta - ukazać smutek tak, aby nie trąciło to martyrologią ani desperacją.
Przed lekturą, lub w czasie lektury warto zerknąć do Internetu i wpisać nazwiska opisywanych malarzy. Kojarzenie ich paćkaniny (z całym szacunkiem dla ich talentu) z tym, co ma do powiedzenia Karabekian – bezcenne.
Moja ocena: 6

* * *

Vonnegut Kurt; Sinobrody;
Każdy kto żyje, jest niedobitkiem, a nie są nimi ci, co nie żyją. Czyli wszyscy żywi ludzie powinni mieć syndrom niedobitka. Prosty wybór: syndrom albo śmierć. Co chwila ktoś mówił mi z dumą, że wyszedł cało z takiej czy innej opresji, a mnie już od tego chce się rzygać. W dziewięciu przypadkach na dziesięć mam wtedy do czynienia z kanibalem albo miliarderem.

Vonnegut Kurt; Sinobrody;
To jest właśnie sposób na to, żeby mieć przyjemność z pisania i podnosić sobie poprzeczkę. Nie pisze się ani dla całego świata, ani dla dziesięciu czy dwóch osób, tylko dla jednej, jedynej.

Vonnegut Kurt; Sinobrody;
(Stany Zjednoczone) Najbardziej ponury sekret tego kraju polega chyba niestety na tym, że zbyt wielu jego mieszkańców po cichu uważa się za przedstawicieli znacznie wyższej cywilizacji, istniejącej całkiem gdzie indziej. Ta wyższa cywilizacja niekoniecznie musi się mieścić poza granicami Stanów Zjednoczonych. Może na przykład istnieć w przeszłości: mogą to być Stany Zjednoczone – takie, jakimi były, zanim je spaskudzono, wpuszczając imigrantów i wyzwalając czarnych.

Vonnegut Kurt; Sinobrody;
Odparła, że ma takie wrażenie, jakby cały świat nagle dostał obłędu.
Mężczyzna stwierdził, że nie ma w tym nic nagłego, bo świat już dawno powinien był wylądować w więzieniu albo w domu wariatów.

Vonnegut Kurt; Sinobrody;
- Nic na to nie poradzę – stwierdziłem. Moja dusza wie, że mięcho źle postępuje i się za nie wstydzi. Ale mięcho dalej działa po swojemu, czyli źle i głupio.
- O czym ty w ogóle mówisz? – spytał.
- O duszy i mięchu, czyli ciele.
- To one istnieją osobno?
- Mam nadzieję – odparłem i roześmiałem się. – Wcale bym nie chciał brać odpowiedzialności za wszystko, co moje mięcho wyprawia.

piątek, 26 listopada 2010

Eliot Pattison „Modlitwa smoka”

„Modlitwa smoka” to już piąta powieść Pattisona o byłym chińskim inspektorze Shanie i jego przyjaciołach – lamach. W „Modlitwie smoka” Shan musi uratować niewinnego człowieka oskarżonego o podwójne morderstwo i wyjaśnić kto zabija i okalecza (poprzez odcięcie dłoni) ludzi związanych z Górą Śpiącego Smoka.
U Pattisona kryminalna intryga jest tylko pretekstem do ukazania piękna i specyfiki Tybetu. Tak też dzieje się i w „Modlitwie…”. Owszem, Shan Tao Yun stara się znaleźć rozwiązanie zagadki, ale dzieje się to jakby na drugim planie. Na pierwszy plan bowiem wybija się analiza kulturoznawcza i antropologiczna Tybetańczyków i ich powiązań z… Indianami Nawaho. Pattison udziela czytelnikowi rzetelnej lekcji o przeszłości i wierzeniach obu narodów, roztacza przed czytelnikiem specyfikę myślenia Tybetańczyków i Indian, ich pojmowanie świata i świadomość, że przeszłość staje się coraz bardziej odległa. Nie jest to zatem typowy kryminał, gdzie zbrodnia jest najważniejsza.
Owszem, zbrodnia jest ważna. Jednakże odkrywanie kolejnych faktów staje się dla Pattisona pretekstem do pokazania, jak żyją Tybetańczycy zniewoleni przez Chińczyków, jak starają się dostosować aby przetrwać.
Istotna część opowieści dzieje się na Górze Śpiącego Smoka i trzeba przyznać, że wędrówki po korze Shanowi mógłby pozazdrościć sam Indiana Jones. Więcej nie zdradzę, powiem tylko, że Pattison mocno zawyżył poprzeczkę sam sobie. Nie dość, że umiał przystępnie przekazać istotne wiadomości, to jeszcze w subtelny sposób dodał trochę akcji i komercji na najwyższym (dosłownie też) poziomie.
Moja ocena: 5.5

Colin Bateman „Rozwiedź Jacka”

Ulster kojarzy się ludziom z IRA, konfliktem zbrojnym i terroryzmem. Najczęściej uderza się w bęben religii, martyrologii lub polityki. I zapomina się o zwykłych ludziach.
Colin Bateman, urodzony w Irlandii Północnej, postanowił pokazać temat konfliktu w perspektywie prześmiewczej.
Bohaterem jest Dan Starkey, dziennikarz, zgrywus, protestant, nieoczekiwanie uwikłany w „wielką” politykę. Zaczyna się dość niewinnie: najpierw Starkey się upija, potem poznaje Margaret, którą zabiera na imprezę do swojej chaty, a kiedy laska zaczyna się do niego kleić, widzi to żona Starkey’a i wyrzuca go z domu.
„Upojne” chwile u boku dziewczyny kończą się z chwilą, gdy ta zostaje zamordowana, jego żona – porwana, a on sam – poszukiwany jest za morderstwo. I naraz dziennikarz musi oprzytomnieć na tyle, by zrozumieć kto zabił i dlaczego. I tu wkraczamy w świat „wielkiej” polityki.
Bateman ukazuje świat ulsterskich gangsterów, często mylnie kojarzonych z bohaterami narodowymi. Prowadzi nas uliczkami, na których sami na pewno nie chcielibyśmy się znaleźć. Odbrązawia mit walczącej o wolność Irlandii Północnej. W „Rozwiedź Jacka” nie ma nawiedzonych bohaterów walczących „za sprawę”; odwrotnie – lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to już historia, krwawa, ale historia. Niby książka Batemana jest thrillerem, jednak autor bardziej skupia się na przedstawieniu zwyczajnych ludzi, którym przyszło żyć w mieście kontrolowanym przez wojsko. Do tego wyśmiewa wszystko i wszystkich. Poprzez pryzmat śmiechu pokazuje cały absurd konfliktu. I przypomina, że poza IRA, UVF i polityką, Ulster to także zwyczajni ludzie, którzy chcą się bawić, pracować i wierzyć, że religia nie musi być powodem ich nieszczęścia.
Bateman rozdziela swe ciosy krytyki po równo: tu wytknie nieudolność UVF, tam zobrazuje ciemnotę katolików. Nie staje po żadnej ze stron konfliktu, uznając w całości jego bezsens.
Moja ocena: 4

wtorek, 23 listopada 2010

Harlan Coben „Tylko jedno spojrzenie”

Ujmijmy to tak: zakończenie „Tylko jednego spojrzenia” zaskoczyło mnie bardzo i wydało mi się fantastycznie przewrotne. I na tym powinnam była poprzestać, zamiast zacząć analizować podane przez Cobena fakty. Wtedy słowo przewrotne zmieniło się w: efekciarskie. A zakończenie wydało mi się niedopracowane.
Zacznijmy jednak od początku: przykładna żona i matka Grace Lawson odbiera pewnego dnia wywołane zdjęcia. Pośród tych zdjęć znajduje się inne, podrzucone. Rozpoznaje na nim swojego męża w towarzystwie jeszcze jednego mężczyzny i trzech kobiet. Mąż wypiera się sam siebie, wychodzi z domu i… tyle go widzieli. Grace Lawson jest jednak dzielną kobietą i postanawia wyjaśnić „tajemnicę fotki”. Tym samym ściąga na siebie masę kłopotów. Kobieta wbrew sceptycyzmowi policji tropi przeszłość swego ślubnego. Wraz z sąsiadką siada do komputera, wchodzi do Internetu i… „Google prawdę ci powie” – masę tropów znajduje dzięki przeglądarce. Mało tego, pomocą służy dzielnej Grace – lokalny mafioso. Ich losy splotły się w przeszłości, kiedy na koncercie w Bostonie doszło do masakry, w której zginął syn mafiosa, a sama Grace – została ranna i… przez kolejnych piętnaście lat nie przypomniała sobie szczegółów koncertu.
Coben po raz kolejny stara się przekazać czytelnikom iście odkrywczą myśl: w Internecie nikt nie jest anonimowy, ludzie często mylnie wpisują imiona i nazwiska, a blogi to ekshibicjonizm XXI wieku.
Z drugiej strony Coben ukazuje, że samotny człowiek, bez rodziny i namacalnej przeszłości to tykający niewypał. Tym samym, nie wszyscy okazują się być tymi, za jakich się ich uważa.  
Kolejny przekaz Cobena brzmi: przeszłość zawsze upomni się o swoje. Wychodzi na to, że lepiej zamknąć się w domu, nie zawierać znajomości, nie chodzić na koncerty i wierzyć, że uda się przeżyć życie bez niespodzianek.
A w ogóle to książkę czytałoby się o wiele lepiej, gdyby Coben darował sobie skrzętne opisywanie poczynań zawodowego mordercy, znanego już czytelnikom z „Nie mów nikomu” – Erica Wu.
I na koniec: nadal nie wiem dlaczego i przez kogo został wyeliminowany jeden z drugoplanowych bohaterów. Fakt, że autor tego nie wytłumaczył doprowadził do ponownego przeczytania kilkudziesięciu ostatnich stron książki i konkluzji, od której zaczęła się niniejsza notka.
Moja ocena: 4

Harlan Coben „Niewinny”

„Niewinny” Harlana Cobena jest książką dobrą, acz nienadzwyczajną i do „Nie mów nikomu” mu daleko.
Matt Hunter stał się klasyczną ofiarą przypadku: znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Przypłacił to odsiadką w więzieniu za nieumyślne zabójstwo. Etykietka zabójcy i więźnia przylgnęła do niego na stałe. A jednak, po kilku latach znalazł swoje szczęście – ożenił się, żona zaszła w ciążę, jednym słowem: idylla. Idylla zaczęła się psuć wraz z zainwestowaniem w technikę, a dokładniej: w telefon z funkcją wideo. Brzmi dziwacznie? Sama opowieść jest jeszcze dziwaczniejsza. Czytelnik szybko się gubi kto jest dobrym bohaterem, a kto złym. Morderstwa, skorumpowana władza, uprzedzenia, szantaże, alfonsi, nieplanowane ciąże i odwieczna zemsta. Wszystko to spada nagle na biednego byłego więźnia, który niczym ostatni sprawiedliwy, musi nauczyć się w trybie przyspieszonym pływać w tym bagnie i uratować swoje małżeństwo.
Brzmi nieprawdopodobnie? Brzmi. Jest to opowieść przewidywalna? Jest. Czyta się znośnie, ale chwilami wydaje się, iż sam autor nie nadąża z żonglerką życiorysami swoich bohaterów. Ja się w końcu pogubiłam kto, co i dlaczego.
Ale nie ma co się martwić: jest obowiązkowy happy end.
Moja ocena: 4

Titania Hardie „Różany labirynt”

Autorka książek o białej magii postanowiła popełnić książkę historyczno-przygodową. Wrzuciła okultyzm, symbolizm, Johna Dee, Williama Shakespeare’a, fundamentalizm religijny, współczesną medycynę do jednego worka, potrząsnęła i… wyszedł jej produkt bardzo nierówny: chwilami opowieść jest błyskotliwa, chwilami zaś – przypomina bełkot wróżki na telefon.
Od setek lat kobiety będące potomkiniami Johna Dee strzegą sekretu swego antenata. Na początku XXI wieku spadkobiercą zostaje jednakże mężczyzna. Szczęścia mu to nie przynosi. Dodatkowo, na dokumentach chcą położyć łapę ludzie o ultra konserwatywnych poglądach chrześcijańskich, bowiem wierzą, że oto nadszedł czas ponownego zejścia Chrystusa na Ziemię i ukarania wszystkich grzeszników (łącznie z lekarzami dokonującymi transplantacji i badań nad komórkami macierzystymi). Ciarki przechodzą po plecach, kiedy się czyta o ludziach tak zaprzedanych religii, że ślepych na wszystko inne, a przede wszystkim – żądnych władzy.
Autorka zagłębiając się w symbolikę serwuje nam papkę w stylu New Age. Niestety jest to mało czytelne i nic nie wnosi do akcji książki.
Powieść jest nudnawa, przeplatana opisami dziwnych halucynacji, wiele wątków pojawia się nie wiadomo po co i ginie szybko we mgle niezrozumienia. Chwilami wydaje się, że Hardie chciała dorównać Danowi Brownowi i dlatego naszpikowała dialogi odnośnikami do symboliki, do przeszłości i tajemnic. Niestety, nie tędy droga. Wszystko się rozsypuje, niczym zamek z piasku. Z jednej strony mamy Czarną Damę z sonetów Shakespeare’a, z drugiej – Dorotkę z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”… mieszanka jest jeszcze mniej strawna niż tort z majonezem.
A na dodatek - główny bohater szybko przestaje być głównym bohaterem, chociaż sercem wciąż jest obecny w powieści.
Dla bardzo wytrwałych.
Moja ocena: 1

czwartek, 18 listopada 2010

Kurt Vonnegut „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater”

Coby monotematycznie nie było – udało mi się ustrzelić nieczytanego Vonneguta!
„Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater” – to powieść gdzie po raz kolejny mamy i Rosewatera, i Kilgore Trouta.
Vonneguta albo się lubi, albo nie. Ja go wręcz uwielbiam. Był wspaniałym i prześmiewczym pisarzem. W „Niech pana Bóg błogosławi…” ukazał amerykański kapitalizm w krzywym zwierciadle, amerykańską moralność (też w krzywym zwierciadle), podał definicję pornografii (coś dla naszych PiSSowczyków i innych oszołomów), a przede wszystkim – przyprawił gębę konserwatystom i burżujom.
Świetny kawał prozy, z dydaktycznymi wstawkami spod znaku prozy fantastyczno-naukowej Trouta. Dla mnie bomba.
Analizy (głębszej) nie będzie :).
Moja ocena: 6

Harlan Coben „Bez śladu”, „Najczarniejszy strach”

Nowy autor, nowa seria. M. (na moją prośbę) przyniósł mi kilka książek Harlana Cobena. Do tej pory przeczytałam dwie, w obu bohaterem jest Myron Bolitar: ucieleśnienie amerykańskiego bohatera: były sportowiec, były pracownik FBI, obecnie agent sportowy i prywatny detektyw z doskoku, człowiek prawy, skromny i szlachetny aż do bólu zębów.
„Bez śladu” – Bolitar ma wyjaśnić sprawę zaginięcia koszykarza Grega Downinga, swego dawnego rywala z boiska. Cała opowieść dość mocno oscyluje wokół wątków dotyczących przeszłości Bolitara, drobnych grzeszków jakie on popełnił i jakie na nim popełniono.
Konstrukcja powieści jest prawidłowa, ciekawa i wciągająca. Rozczarowuje niestety rozwiązanie zagadki. Po tygodniu od przeczytania treść książki ulatnia się niczym gaz z otwartej butelki. Nic nie pamiętam i jakoś tego nie żałuję.
Moja ocena: 3.5

* * *

„Najczarniejszy strach” – powiązany jest z poprzednią książką nie tylko postacią głównego bohatera. Jeden z „grzeszków” Bolitara znowu się odzywa i nasz bohater dowiaduje się, że jest ojcem. Dziecko choruje na białaczkę i bez przeszczepu umrze. Potencjalny dawca niestety ginie w niebycie i należy go odnaleźć.
Intryga się gmatwa, pojawiają się coraz to nowe postacie, mamy nawet gdzieś w tle seryjnego porywacza-zabójcę. Opowieść jest wciągająca, chwilami aż zmusza do refleksji - dylemat moralny: czy zabójcę usprawiedliwia choroba psychiczna?, czy chory psychicznie bliski krewny powinien zostać bezkarny, skoro nie działa „świadomie”? i czy nadrzędne dobro w ogóle istnieje?
Porywacz Siej Ziarno może wzbudzić strach i obrzydzenie. Coben gra na emocjach czytelników, na ich strachu i obawie o najbliższych. I to jest mocne. Sama zaś książka jest zdecydowanie lepsza niż „Bez śladu”.
Gorzej jednak z polską edycją. Wydawnictwo Albatros chociaż wydaje bardzo popularne tytuły, do tej pory nie ma ani swojej strony internetowej, maila mają na serwisie ogólnym, korektora zaś nie zatrudniają. A potem w książce pojawiają się „kfiatki”:
„Wielka Cyndi pracowała wieczorami jako barmanka w barze sado-maso Skura i Chóć, pod wezwaniem: „Rań tych, których kochasz”. (s. 36, Warszawa 2004). Rzecz w tym, że w oryginale jest „Leather n’ Lust” – czyli bez wymyślnie głupich błędów. A może tłumacz miał zaćmienie?
„Harper Lee i Margaret Mitchell też napisali po jednej.” (s. 102). Czy faceci w końcu się nauczą, że Harper Lee była KOBIETĄ???
Moja ocena: 3.5

wtorek, 16 listopada 2010

Elfriede Jelinek „Pianistka”

Zacznijmy od testu wielokrotnego wyboru.
Jakie przymiotniki opisują „Pianistkę” Jelinek:
a. odrażająca,
b. pornograficzna,
c. dołująca,
d. ohydna,
e. prześmiewcza.
Podpowiedź: wszystkie odpowiedzi są prawidłowe. A ja dodam od siebie, że dawno już nie czytałam książki, po lekturze której czułam się, jakby mnie ktoś wrzucił do kloaki.
„Pianistka” jest książką wstrętną, ponurą i wyzwalającą traumę. Chorobliwa zazdrość matki, jej odwieczne pragnienie kontrolowania córki oscyluje na granicy patologii. Jelinek pisze wartko i obrazowo, ale czytelnik ma wrażenie, jakby podglądał panie Kohut przez dziurkę od klucza, widział ich nienormalny związek i był przy tym bezsilny. Od razu zaznaczam, iż Jelinek nie posunęła się do taniej sensacji – nie ma w powieści molestowania seksualnego córki, nie ma dominacji seksualnej. Jelinek woli inaczej ukazać tyranię matki, jej równie wielkie, jak i równie niespełnione nadzieje pokładane w córce. Nadzór nad wolnym czasem dziecka (a dokładniej trzydziestopięcioletniej kobiety), nad pieniędzmi zarabianymi przez córkę, a przede wszystkim – pilnowanie, aby dziecko(?) nie daj Boże nie zostawiło mamusi samej sobie. Odwieczne: dałam ci życie i masz mi za to być do końca tegoż życia wdzięczna, krzyczy niemalże z każdej strony książki.
Mroczna i smutna to lektura, a jednocześnie istotny przyczynek do opowieści o toksycznych rodzicach pragnących zagłaskać swe dzieci na śmierć, a w rzeczywistości marzący o jednym: o nieustawicznej, stałej i niezmiennej kontroli.
Moja ocena: 4.5

* * *

Jelinek Elfriede; Pianistka;
Zaufanie to dobra rzecz, ale kontrola jest lepsza.

Jelinek Elfriede; Pianistka;
Walter Klemmer daje groźnie do zrozumienia, jak szybko niektórzy mężczyźni zaczynają mieć dosyć kobiet. Otóż będąc kobietą trzeba umieć się przyrządzić na wiele odmiennych sposobów.

Jelinek Elfriede; Pianistka;
Erika milczy nie całkiem nieprzyjaźnie. Matka obawia się, że Erika się zastanawia, i daje tym obawom wyraz. Kto nie mówi, może sobie coś myśleć. Matka domaga się otwartego wypowiadania tych myśli, a nie gryzienia się w środku. Trzeba mówić matce o czym się myśli, żeby była poinformowana. Matka obawia się ciszy.

Lee Child „Elita zabójców”

Panna_M z pingera poleciła mi Lee Childa. Wypożyczyłam jedną książkę Lee Childa i chyba sobie daruję resztę. Nie przepadam za twardzielami używającymi siły, nie przepadam za jakąkolwiek przestępczością zorganizowaną, nie przepadam za USA w ogóle i jego żołnierzami, czy to obecnymi czy byłymi. I sama treść też mi się nie podobała. Jack Reacher z pozory przypomina bohatera powieści Toma Clancy’ego: wysportowany, inteligentny, buntowniczy. Potrafi wczuć się w skórę i charakter innych osób. Bohater Ameryki jednym słowem. A jednocześnie podczas snucia całej opowieści popełnia dziecinne błędy: nie potrafi wykryć, który z jego dawnych podwładnych stał się zaczątkiem całej afery, ufa policjantom, ufa kobiecie z sektora zbrojeniowego, i tak dalej i dalej.
Żeby być sprawiedliwą – opowieść w sumie trzyma się kupy, ale demon(!) tkwi w szczegółach. I właśnie te szczegóły mnie rozwaliły na łopatki. I na koniec – ciekawi mnie kto wymyślił tytuł: „Elita zabójców”, bo w oryginale jest to: „Bad Luck & Trouble”… O tym, że bohaterka często mówi w rodzaju męskim tylko wspomnę, a literówki pominę. Wydawnictwo Albatros. Andrzej Kuryłowicz jest nieprzeciętnie nieprofesjonalne. I takim chce pozostać.
Moja ocena: 1.5

„Aż śmierć nas rozłączy” (różni autorzy)

Ostatnio M. przyniósł mi z biblioteki opowiadania sensacyjne autorów różnych, firmowanych głównie nazwiskiem Harlana Cobena.
Tom nosi tytuł „Aż śmierć nas rozłączy” i muszę przyznać, że opowiadania są całkiem, całkiem. Ironia, perfidia plus zazdrość, miłość, nienawiść. Niektóre opowiastki są perełkami sensacyjnymi.
Lee Child, którego prozę odpuściłam sobie po „Elicie zabójców”, ukazał, że jest całkiem niezły (złośliwy i perfidny też). Jego opowiadanie „Bez większego ryzyka” jest niby przewidywalne, ale… mnie zaskoczył koniec. „Ostatni lot” Brendana Dubois to hymn na cześć zemsty i miłości. Samotność (a raczej: łowy) w sieci świetnie przedstawił Tom Savage w „Cyberrandkadotcom”. Przerażające, aczkolwiek i pełne ironiczno-gorzkiego kontekstu jest „Póki śmierć nas nie rozłączy” Tima Maleeny. I tak dalej i dalej, aż po zamykającą tom „Pułapkę” autorstwa Harlana Cobena.
W sumie tylko dwa opowiadania zaniżają poziom: „Masażystka” Tima Wohlfortha (pisarz żyje raczej erotycznymi fantazjami niż prawdopodobieństwem fabuły) i „Plan Chellniego” Jima Fusilli (nietrafiony pomysł, mało zrozumiałe i nudne jak flaki z olejem).
Moja ocena: 3

William Wharton „Opowieści z Moulin du Bruit”

Pożyczyłam od Sąsiadki Whartonowskie „Opowieści z Moulin du Bruit”, bo miała tylko to i biografię Kim Dzong Ila. Teraz żałuję, że nie wzięłam do czytania biografii (a kusiła!). No taki WHARTONOWSKI jest ten Wharton, że się rzygać chce. James Joyce bardziej fascynująco opisywał proces defekacji Leopolda Blooma, niż Wharton – zafascynowanie i prace nad starym młynem. No jakbym czytała, zamiast oglądać, Adama Słodowego i jego „Zrób to sam”. Jak dla mnie to nie jest opowieść o sile miłości, tylko o sile trucizny na szczury! 
Przebrnięcie przez Whartona kosztowało mnie wiele samozaparcia. I naszła mnie taka myśl, że książki są niczym puzzle, gdzie każdy kawałek powinien do siebie idealnie pasować. Natomiast opowieści Whartona są niczym stos okrąglaków ułożonych jeden na drugim; stos w którym nie ma finezji, fantazji, ani wykalkulowanej woli budowy. Ot, stos kamieni. Czytałam jego „Ptaśka” (1985) , czytałam też „W księżycową jasną noc” (1985), „Franky Furbo” (1994), „Tatę” (1995) i „Werniks” (1999), więc niech nikt mi nie mówi, że się nie starałam! Ale „Opowieści z Moulin du Bruit” (2001) to dno! Zamulone, pełne odchodów świń i szczurów dno napisane tylko po to, aby pokazać, że Amerykanin poradzi sobie wszędzie! Sprawozdania z remontu młyna – tak powinien nazwać tę powieść Wharton. Chociaż stara się ukazać mieszkańców wioski w jasnych barwach – a podobno jest malarzem – główny bohater nie czuje perspektywy powieści, postaci się mylą, wydają się zacofanym, zdolnym do kolaboracji ludkiem. Nie ma w powieści Whartona tej reklamowanej na okładce „siły miłości”, w sumie nie ma tam… nic poza pieśnią pochwalną na cześć swej pracowitości i pomysłowości. Tylko zapaleni wyznawcy Whartona są w stanie to strawić. Ja wymiękłam przy „Werniksie” i po raz kolejny przekonałam się, że można być grafomanem i wydawać książki.
Moja ocena: 1

Dee Henderson „Świadek”

Jakoś nie mam szczęścia do dobrych książek z dreszczykiem. Pomijając trylogię Larssona, przez ostatnie miesiące trafiały mi się same gnioty. Tym razem znalazłam jednak bubel, gniot i badziewie roku.
Pozwolę sobie opisać książkę „Świadek” Dee Henderson.
Główną bohaterką jest Amy Griffin, będąca swego czasu świadkiem morderstwa i mająca w posiadaniu księgi rachunkowe mogące skompromitować „mafioza” Richarda Wise’a. Amy wciąż się ukrywa. Jednak w chwili gdy jej przyrodnie siostry dziedziczą wielki majątek, musi odnowić kontakt z siostrami, powiedzieć im, że żyje i jakie niebezpieczeństwo czyha na całą trójkę.
Co ciekawe w Amy zakochuje się miejscowy szeryf, który postanawia ją chronić aż po grób. Kocha on uciekinierkę tak bardzo, że… postanawia czekać z pierwszym pocałunkiem:
„ - To pocałujesz mnie czy nie? – spytała z uśmiechem Amy, nie ruszając się z miejsca.
- Pewnie tak, któregoś dnia – odpowiedział Luke rozbawiony. – Myślę o tym.
- To dobrze, bo ja też. – Amy cieszyła się, że Luke poważnie podchodzi do ich relacji, mimo że nie pocałował jej tego wieczora, a jedynie obiecał.” (s. 238)
Poza tym Henderson stara się przemycić w swej powieści miłość do Boga, są to pogadanki rodem ze szkółki niedzielnej, nachalnie umoralniające. Prym wiedzie pod tym względem młodsza siostra Amandy – Mary:
„Niepokoiło ją, że Daniel nie wierzy w Boga…” (s. 130)
„Danielu, Jezus patrzy na ciebie, widzi cię i kocha cię.” (s. 307).
Bardzo przepraszam, ale takie moralizatorstwo było dobre w książkach dla dorastających panienek.
Styl Henderson jest bliższy harlequinom niż kryminałom. To czystej wody grafomaństwo, gdzie „kobieta ujmuje dłońmi dłonie mężczyzny”. To lektura nużąca, dyletancka i nijaka.
Jeśli „Dziewczyna, która igrała z ogniem” Larssona to książka klasy A, to powieść kryminalna „Świadek” Henderson jest książką klasy G.
Poza tym książka jest wydana fatalnie. Szumna nazwa wydawnictwa: Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne nijak ma się do jakości wydanego produktu, gdzie na porządku dziennym jest przepuszczanie błędów ortograficznych typu: tranzakcja (!!!).
Nie polecam.
Moja ocena: 0.5

Aleksandra Marinina „Męskie gry”

Jedyne „powieści kryminalne”, które do tej pory jakoś mi się nie znudziły, są autorstwa Marininy. Skończyłam właśnie „Męskie gry”.
U Marininy przełknę mafiosów, radziecką przemianę i radzieckie porządki. Kobieta kreuje smutny świat byłego światowego mocarstwa pogrążonego w agonii i degrengoladzie.
Recenzji jako takiej nie będzie. „Męskie gry” to raczej powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym, niż kryminał z wątkiem obyczajowym. Ustrój, nie ustrój – zawsze znajdą się tacy, którzy chcą cwaniakować, rządzić w szarej strefie i mieć poczucie władzy. Tajemnicze twarze, czyli dupy w lufciku.
Smutna opowieść o tym, że „bajką” dla milicjantki jest fakt, że ma możliwość zmiany pracy, że wystarczy aby mąż stale wyjeżdżał za granicę i tym samym zarobi na wspólne utrzymanie, że inni mają gorzej.
Czyta się „Męskie gry” szybko. Jednak na koniec i tak pozostaje w czytelniku (czytelniczce) osad goryczy i pytanie: dlaczego faceci muszą uprawiać swe (tytułowe) męskie gierki? Dlaczego muszą bechtać swe ego, puszyć się i pokazywać, który jest lepszy. Gdyby zamiast tego panowie zaczęli ze sobą rozmawiać, może świat byłby spokojniejszy.
Moja ocena: 4.5

Stieg Larsson „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem”, „Zamek z piasku, który runął”

Będzie krótko, bo w sumie o trylogii „Millennium” już nawet książki powstają.
Nie powiem, że nagle stałam się „fanką” Larssona, ale gdyby napisał kolejny tom, kupiłabym w ciemno.
Pomyśleć, że kilka miesięcy temu czytałam inną trylogię (o Pendergraście, autorstwa Prestona i Childa), wynudziłam się wówczas cholernie, bo było to w sumie przelewanie z pustego w próżne. Tymczasem Larsson utrzymywał napięcie i klasę przez bite dwa tysiące stron. Zaczął od klasycznej opowieści kryminalnej, a zakończył thrillerem politycznym.
Nie ukrywam, że najbardziej podobała mi się pierwsza część („Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”), typowy i świetnie napisany kryminał. Nie lubię natomiast thrillerów politycznych, ten jednak („Zamek z piasku, który runął”) został napisany tak wartko i ciekawie, że dzielnie przełknąwszy pierwsze kilkadziesiąt stron dłużyzn, wczytałam się na amen. Bo od prozy Larssona faktycznie ciężko jest się oderwać. Godziny mijały, a ja sobie obiecywałam, że zaraz przestanę czytać, tylko jeszcze rozdział, jeszcze strona. Fabuła wciąga i co istotne wzbudza emocje w czytelniku. Niektóre osoby od początku aż się prosiły o porządnego kopa w dupę, przez kartki książki chwilami aż przebijała bezsilność na to, że świat pełen jest wpływowych dupków chętnie wykorzystujących swą władzę.
Jako pożeracz czasu i książka na inteligentny odpoczynek, trylogia nadaje się pierwszorzędnie. Owszem, chwilami całość trąci stereotypem, ale ów stereotyp (samotna, niezrozumiana bohaterka po przejściach) jest tak wpisany w konwencję wszelkich kryminałów czy thrillerów, że łatwo jest to przełknąć. Tym bardziej, że Larsson nie każe nam kochać ani Mikaela Blomkvista, ani Lisabeth Salander. Proponuje nam za to, abyśmy starali się ich zrozumieć i spojrzeć na świat ich oczyma. I abyśmy nie sądzili nikogo po pozorach…
Moja ocena: 4

John Updike „Czarownice z Eastwick”


Tuż przed migreną skończyłam czytać „Czarownice z Eastwick” Updike’a. Krótka dygresja: film oparty na powieści jest nędzną podróbką, hollywoodzkim gniotem z „wielkimi” nazwiskami i „mrocznymi” efektami. Nijak ma się do powieści Updike’a.
Bohaterki książki nie wyglądają jak gwiazdy kina i nie wyczekują bezustannie „właściwego” faceta. Każda ma za sobą rozwód, kochanka u boku i kilkoro dzieci, które wydają się im przysłowiowymi kulami u nogi. Starzejąc się, tkwią w cichym, wręcz ksenofobicznym miasteczku na Rhode Island.
W Darrylu van Hornie widzą nie tyle samca, który im odpowiada seksualnie, co – opokę finansową. Wszystkie trzy są już zmęczona mało efektywnymi zajęciami, mało interesującymi kochankami i wielce upierdliwymi mieszkańcami miasteczka. Czarownice chcą stabilizacji i spokoju. Facet, który świetnie zna się na sztuce, wydaje się być strzałem w dziesiątkę i nic to, że jest kurduplowaty, łysiejący i bezczelny (druga krótka dygresja: filmowy van Horn czyli Jack Nicholson jako jedyny pasował do książkowego opisu).
Updike skupił się na doznaniach i odczuciach kobiet, do których już puka, lub zapuka za lat kilka czterdziestka i zastanie je takie: niby silne bo potrafiące czarować, a jednak słabe, bo niepotrafiące ugiąć się przed konwenansami małomiasteczkowej społeczności.
Czarownice skupione są na sobie i swoich potrzebach, jednocześnie na swój sposób (daleki od etycznego) walczą z łatkami, jakie przypisały im eastwickie żony. A Darryl van Horne, w filmie przedstawiony jako diabeł, w książce okazuje się być zwykłym hochsztaplerem, dupkiem i… (a nie powiem kim jeszcze. Nadmienię tylko, że do demona mu daleko, podobnie jak i do Casanovy).
Updike nie oszczędza nikogo w swej powieści. Na próżno można szukać kogokolwiek sympatycznego. Z jednej strony mamy trzy wredne wiedźmy, a z drugiej – typowe amerykańskie fanatyczki pragnące siłą swej nienawiści wyplenić wszelkie zło z amerykańskiego społeczeństwa.
Moja ocena: 5.5

Olga Tokarczuk „Gra na wielu bębenkach”

Niewiele znam osób, które lubią czytać opowiadania. Z drugiej strony jednak – niewielu znam pisarzy, którzy na pisaniu opowiadań nie polegli. Wydawałoby się, że sam rozmiar opowiadania świadczy o tym, iż nie sposób go spartaczyć. Tokarczuk się jednak wybroniła.
W „Grze na wielu bębenkach” Tokarczuk odsłania się przed czytelnikiem kilkanaście razy, wynajduje siebie wciąż na nowo i ukazuje kolejne ważkie punkty życia. Czasami zahacza o formę felietonu, to znowu próbuje swych sił w interaktywnych kryminale, aby przeskoczyć następnie do szarej rzeczywistości.
W każdym utworze Tokarczuk zostawia cząstkę siebie. Każde opowiadanie ma swój zamysł i sens. Bohaterowie Tokarczuk są do cna przeniknięci zwyczajnością, chociaż pragną uchodzić za nadzwyczajnych, za niepowtarzalnych. Dosłownie odebrać się treści nie da, Tokarczuk błąka się po marginesie niedopowiedzenia. Chwilami wydaje się, że spisywała swoje sny, spisywała odczucia, rytmy dnia i nocy; potem dodała swój talent i rozpostarła przed innymi opowieści z pogranicza jawienia się i snu.
Moja ocena: 4.5

* * *

Tokarczuk Olga; Otwórz oczy; już nie żyjesz;
Tak właśnie mogłaby spędzić resztę życia – nie wychodzić z łóżka i czytać kryminały.

Tokarczuk Olga; Szkocki miesiąc;
Pierwszy raz w życiu pisałam o sobie, ale z zaskoczeniem odkrywałam, że pisanie o sobie tworzy kogo innego. Że nie można być jednocześnie obserwatorem i obserwowanym, poznającym i poznawanym. Pewnie dlatego w każdych wspomnieniach jest jakiś fałsz, a w każdej autobiografii kreacja.

Tokarczuk Olga; Wyspa;
Jedyne moje dobre sny to były sny o jedzeniu. Jadłem we śnie i może dlatego nie umarłem z głodu.

Tokarczuk Olga, Che Guevara;
Ignorował teraźniejszość i może dlatego mógł czuć się bezpieczny – był nieaktualny.

Tokarczuk Olga; Che Guevara;
Rewolucje nie lubią wariatów, bo same są śmiertelnie poważne.

Olga Tokarczuk „Ostatnie historie”

„Ostatnie historie” Olgi Tokarczuk można potraktować dwojako: albo jako trzy oddzielne opowieści, albo jako całość. Co ciekawe, można je czytać w dowolnej kolejności, bowiem akcja jednej części nie wpływa na drugą.
Po mniej lub bardziej udanych krótkich formach w „Grze na wielu bębenkach”, „Historie…” czyta się gładko, przyjemnie i szybko. Tokarczuk świetnie wyczuwa ludzi, ich pragnienia i niepokoje. Tym samym opowieść o przesiedlonej po wojnie Ukraince jest najlepsza, najbardziej autentyczna. Podróże po egzotycznych miejscach lub zabawa snem i niebytem już nie są tak wciągające. Czyta się je dobrze, ale bez rewelacji. Przeładowanie formy spłyca samą istotę spotkania na swojej drodze śmierci. Tokarczuk jest przede wszystkim obserwatorką życia codziennego i te opisuje prawdziwie. Wszelkie udziwnienia trącą fałszem i niepotrzebnym eksperymentowaniem. Fragmenty odnoszące się do szarej rzeczywistości są perełkami. Chuć, zakochanie, poród, istota macierzyństwa – opisane są po mistrzowsku. Towarzyszą im jednak udziwnienia, które mając wprowadzać innowacje, tylko czynią opowieść mniej zrozumiałą.
Wolę wcześniejsze powieści, gdzie istotą był człowiek, a nie – przedzieranie się przez nieistniejący świat. 
Moja ocena: 4

* * *

Tokarczuk Olga; Ostatnie historie;
Istota wszystkich religii – nie zmartwychwstanie, nie wyzwolenie, ale zawrócenie czasu, sprawienie, żeby gryzł własny ogon i powtarzał bez końca to, co już kiedyś powiedział, nawet jeżeli było to bełkotliwe i nie do końca zrozumiałe.

Tokarczuk Olga; Ostatnie historie;
Straszny widok – tak pewnie będzie wyglądał koniec świata; korowód tworzą wcale nie zmarli powstający z grobów, ale ludzie w nieskończonej drodze do nieznanych stacji przeznaczenia. Nie ryk trąb anielskich, ale rozpaczliwe gwizdy pociągów.

Tokarczuk Olga; Ostatnie historie;
A przecież – tak myślę – dojście do końca jest zebraniem wszystkiego w garść, ujęciem w jedną małą kolekcję chwil życia. Nie żadną stratą, a wręcz przeciwnie – odnalezieniem tego, co wydawało się pogubione.

Haruki Murakami „Przygoda z owcą”

Przeczytałam „Przygodę z owcą” (2009), ja wiem, że wydawnictwo musi sprzedać książkę, ale opisywanie „Przygody…” jako opowieści kryminalnej to już przesada. „Przygoda…” łączy w sobie pytania o istnienie i opowieść drogi. Samo już nienazwanie bohaterów sprowadza narrację do tego, że każdy mógł się znaleźć w takiej sytuacji, mógł odczuwać to samo i mieć podobne dylematy. Murakami napisał tę powieść blisko trzydzieści lat temu, a jednak jest tak świeża jak poranne bułeczki. Geograficznie Murakami wręcz wytycza nam szlak wycieczki: Tokio, Sapporo, Ashikawa i dalej gdzie nas wyobraźnia poniesie, byle minąć przełęcz Shiogari. Możemy podążać śladem narratora (zbyt nierealnie przeciętnego, by poznać jego imię) i dziewczyny. Anonimowi podróżnicy spotykają na swej drodze różnych bohaterów, którzy skupieni na jednym (nie powiem, na czym), pomiędzy wersami ukazują swój stosunek do życia i wspomnień. Książka przypomina raczej rozbudowaną przypowieść, niż kryminał sensu stricto. Nie czytałam jej zresztą po to, by szukać owych jakże ulotnych „kryminalnych” wątków. Niewielu pisarzy tworząc osnowę powieści i balansując  na granicy realizmu i baśni, potrafi stworzyć tekst tak wciągający. Murakami potrafi.
Moja ocena: 5

* * *

Murakami Haruki; Przygoda z owcą;
Każda dziewczyna ma w sobie taką ładną szufladkę, a w tej szufladce dużo śmiecia bez znaczenia. Ja to bardzo lubię. Potrafię wyjmować te rzeczy jedną po drugiej, otrzepywać z kurzu i odnajdywać ich znaczenie.

Murakami Haruki; Przygoda z owcą;
Są na świecie różne miasta. Każde ma w sobie coś niezrozumiałego i to mnie zawsze intryguje.

Murakami Haruki; Przygoda z owcą;
W każdej chwili mogło zacząć padać. Jeden z tych deszczów, o których nie wiadomo, czy pada, czy nie, ale po chwili jest człowiek zupełnie przemoczony.

Murakami Haruki; Przygoda z owcą;
Wiedząc że, nie będę mógł się wycofać w trakcie, porzucam wszystko od razu, sprawiając w ten sposób kłopot różnym ludziom. Moje dotychczasowe życie było właśnie niekończącym się powtarzaniem się takich sytuacji. Na szczęści (naprawdę na szczęście) teraz nie muszę już nic porzucać. To wspaniałe uczucie. A do porzucenia mam tylko siebie. To wcale nie jest zła myśl, żeby siebie porzucić. Nie, to zdanie brzmi zbyt żałośnie. Sama myśl wcale nie jest żałosna, ale jak się ją napisze, to taką się staje. To dopiero kłopot.

Murakami Haruki; Przygoda z owcą;
Zamówiłem jeszcze jedną whisky. Najbardziej lubię drugą szklaneczkę. Pierwsza mnie odpręża, a dopiero druga pozwala jasno myśleć. Trzecia i kolejne nie mają już smaku. Jedynie wpływają do żołądka.

Murakami Haruki; Przygoda z owcą;
Zazwyczaj ludzie, którzy umieją pisać listy, nie muszą ich pisać. To dlatego, że mogą żyć we własnym kontekście. No, ale to jest tylko oczywiście moje prywatne zdanie. Być może nie da się żyć w kontekście.

poniedziałek, 4 października 2010

Kōji Suzuki „Ring”

„Ring” kojarzy się głównie z amerykańską wersją japońskiego horroru. Jak to u Amerykanów – dużo krwi, dużo nie wiadomo czego i oczywiście dzieciak z problemami w centrum uwagi.
A zaczęło się tak pięknie… Jak? Ano Koji Suzuki napisał książkę, która stała się kanwą filmu japońskiego, a potem Amerykanie przerobili to na komercyjny gniot.
Książka jest fantastyczna, ciekawa i przyprawia o dreszcze. Jednocześnie zaś, nie znajdziemy w niej: krwi, postaci wyłażących z telewizora, postaci wyłażących ze studni, molestowania seksualnego, chłopca z nadprzyrodzonymi mocami.
„Ring” to mieszanka najlepszego strachu i najczystszej formy nienawiści.
Treść jest w sumie prosta: Asakawa postanawia rozwikłać zagadkę tajemniczych zgonów swojej siostrzenicy i jej przyjaciół. Trafia na kasetę, po obejrzeniu której zostaje mu siedem dni życia. O pomoc prosi swego przyjaciela filozofa-matematyka Ryuijego. Asakawa od chwili obejrzenia dwudziestominutowego nagrania żyje w ciągłym strachu i chociaż jest głównym bohaterem, godzi się z rolą pomocnika. Myśli za niego Ryuiji, on wydaje polecenia, on analizuje i dedukuje. Ryuiji się nie boi, jest typowym naukowcem, pociąga go zagadka. Aż do chwili, kiedy zaczyna rozumieć, gdzie popełnił błąd w swoim rozumowaniu.
Co ciekawe, tylko w książce główny bohater ma obiekcje moralne po podjęciu ostatecznego wyboru. Asakawa zastanawia się do czego może doprowadzić pragnienie osób, które się kocha. Jak łatwo jest postawić na szali życie innych, nieznanych istnień ludzkich, byle tylko uratować własną rodzinę.
Polski tytuł książki jest bezpośrednim nawiązaniem do amerykańskiego horroru. Tym samym jest nietrafiony i niezrozumiały. Bo co ma „ring” wspólnego z okiem, studnią, wirusem? Wydaje się, iż wydawca obawiał się, że po „Krąg” nikt by nie sięgnął. A jednak…
Krótko i na temat: książka świetna, mroczna i sensowna. Jej ostateczny przekaz przeżuty i wypluty przez amerykański przemysł filmowy wypada przy tym żałośnie sztampowo i nieciekawie.
Kiedy ekran ocieka krwią i dziwna postać wyłazi z ekranu telewizora (film) jest to zabieg nachalnego, łopatologicznego straszenia widza. O wiele zaś groźniejszy jest strach rodzący się w duszy i umyśle człowieka, strach, którego nie da się okiełznać.
Moja ocena: 5.5

środa, 29 września 2010

Elizabeth George „Wielkie wybawienie”, „Krwawa zapłata”

Zupełnie inaczej niż pani Clark, podchodzi do zbrodni Elizabeth George. Para detektywów, którzy rozwiązują zagadki jest do siebie cholernie niedopasowana. I nie polega to na typowym zabiegu: zły-dobry, wysoki-niski, chudy-gruby. George poszła dalej. Z jednej strony mamy arystokratę Thomasa Lynley’a – dżentelmena niemal w każdym calu, erudytę i członka „elyty”; z drugiej zaś strony mamy Barbarę Havers wychowaną w jednej z podlejszych dzielnic Londynu, brzydką, niezgrabną i zawziętą babę.
W Polsce ukazały się dwie powieści o tychże detektywach Scotland Yardu. Pierwsza to: „Wielkie wybawienie” – która zaczyna się niewinnie. Ksiądz z Yorkshire przyjeżdża do Yardu, aby opowiedzieć policjantom o zbrodni i potencjalnej morderczyni, w której niewinność wierzy. Lynley i Havers jadą na miejsce, żeby przeprowadzić śledztwo i rozstrzygnąć czy toporna Roberta Teys zabiła swego ojca czy nie. Im bardziej zagłębiają się w sprawę, tym więcej tajemnic muszą rozwikłać. Finał jest wstrząsający, nieprzyjemny i pozostawia gorzkie myśli w umyśle czytelnika. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że nie tylko wielkie miasta mają swoje tajemnice, ale i w małych wsiach pełno jest domów, gdzie w szafach poupychane są niewygodne tajemnice.
Moja ocena: 4


* * *

 W „Krwawej zapłacie” – drugiej opowieści o poczynaniach dwójki detektywów mamy z kolei zagadkę w stylu Agathy Christie. W szkockim pensjonacie dochodzi do zabójstwa autorki sztuk teatralnych. Mordercą jest jeden z gości. Lyndley i Havers muszą babrać się nie tylko w światku teatralnym Londynu, ale i odkryć tajemnice światka politycznego. A politycy mają duże wpływy i nie bardzo chcą ujawniać swoje grzeszki. Lyndley schodzi z piedestału dżentelmena i angażuje się osobiście, zatraca przez to obiektywizm i jasne spojrzenie. George znowu serwuje nam tajemnicę i każe zaglądać w daleką od klarowności przeszłość osób „ze świecznika”.
Moja ocena: 4