Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warda Małgorzata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warda Małgorzata. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2014

Małgorzata Warda „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele”

Małgorzata Warda, Dziewczynka, która widziała zbyt wiele, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, 317 s.

Aaron i Ania są dla siebie całym światem. Kiedy ich matka zaczyna chorować, trafiają pod opiekę ciotki. Jej dom, który dziewczynka pamięta jako niezwykle piękny, wypełniony sztuką i antycznymi meblami, staje się miejscem przemocy i dramatycznej walki. Kto ochroni rodzeństwo, gdy wszystkie granice zostaną przekroczone? Czy dziecięca wyobraźnia Ani pozwoli jej zapomnieć o wydarzeniach w zamkniętym pokoju? Czy Aaronowi uda się ochronić swoją siostrę?

Może jestem uprzedzona do prozy pani Wardy... wciąż nie potrafię zapomnieć o jej „inspiracji” historią Nataschy K., wciąż to we mnie siedzi i podgryza.
Z „Dziewczynką, która widziała zbyt wiele” jest podobnie, też siedzi we mnie i też mnie podgryza. Ten tytuł iście Larssonowski, ta fabuła tak skomplikowana i naszpikowana miłością braterską i przemocą, że chwilami aż nieprawdopodobna. To znajdowanie sensacji wręcz na siłę i piętrzenie tajemnic tylko po to, aby podbechtać najniższe instynkty czytelnika.
Jest tak, jakby pani Warda nie potrafiła poradzić sobie z własnymi pomysłami, przerastają ją. Szkoda, bo sam tekst pisany jest piękną polszczyzną, styl nie razi udziwnieniami i lektura jako taka mogłaby być najczystszą przyjemnością. Emocje mogłyby grać na odczuciach czytelnika, wzruszać i niepokoić. Ale wszystko to niknie przy tym podgryzaniu, że „coś” jest nie tak, że skala nieprawdopodobieństwa została przekroczona... Takie są moje odczucia.
Moja ocena: 4

wtorek, 15 października 2013

Małgorzata Warda „Nikt nie widział, nikt nie słyszał”

Małgorzata Warda, Nikt nie widział, nikt nie słyszał, Świat Książki, Warszawa 2010, 396 s.

Lena od dwudziestu lat próbuje dojść, co się stało z jej małą siostrzyczką Sarą, która nagle zniknęła z podwórka w Gdyni. Agnieszka, młoda Polka z Paryża, odkrywa, że niegdyś została porwana, a na plaży w Łebie policja odnajduje kobietę, która uciekła po latach od swego porywacza. Czy któraś z nich jest zaginioną Sarą?

Wszechstronnie opisany problem nagłych zniknięć, utraty tożsamości, kwestii tzw. „syndromu sztokholmskiego”, gdy ofiara przywiązuje się do porywacza i dramatów rodzin. Świetna psychologia, atrakcyjna forma, na pograniczu thrillera i powieści psychologicznej.

Gdzieś przeczytałam, że Małgorzata Warda jest lepsza niż Antonina Kozłowska. Cóż, Kozłowska przynajmniej żywcem nie zerżnęła fragmentów życiorysu Nataschy Kampusch uznając to, za inspirację dla swojej książki. Bo nie da się ukryć, że w odniesieniu do kobiety znalezionej na łebskiej plaży autorka niemal słowo w słowo cytuje fragmenty autobiografii porwanej w 1998 roku Austriaczki. I to razi najbardziej. Czyni powieść Wardy niepełnowartościową.
Jest to tym bardziej wkurzające, że pozostałe wątki opisane są bardzo dobrze, sugestywnie i ze swadą. Warda zanurza się w świat dramatu rodzin, których egzystencja została brutalnie zburzona poprzez ingerencję niezrównoważonych psychicznie, egoistycznie nastawionych jednostek. Ucieczka, chora miłość i życie w kłamstwie to następstwa tego czynu.
Corocznie w Polsce zgłaszanych jest blisko pięć tysięcy zaginięć dzieci. Większość z nich odnajduje się po kilku, kilkunastu dniach. Niestety los około trzystu z tych pięciu tysięcy pozostaje nieznany. Rok w rok 300 istnień przepada bez śladu... Temat, jakiego podjęła się Warda jest zatem ważny. Może lektura jej powieści będącej na poły psychologiczną powieścią, a na poły dreszczowcem uczuli rodziców, aby bardziej rozważnie postępowali ze swymi latoroślami. Ja wiem, że moja słowa trącą banałem, ale z drugiej strony – ilekroć idę zrobić zakupy w pobliskim sklepie, patrzy na mnie twarz czternastolatka, który zaginął w naszym miasteczku w październiku 2010 roku. Nadal nie wiadomo, co się z nim stało. Wszystko wskazuje na to, że w statystykach będzie jednym z tych trzystu dzieci, których los pozostanie nieznany. I to jest rzeczywistość.
Wracając do powieści Wardy – nie zawsze podobała mi się treść, chwilami aż zgrzytałam zębami. Ale w gruncie rzeczy powieść napisana jest nieźle. Całość nie rozłazi się w szwach niekonsekwencji, odwrotnie – wciąga i zmusza do myślenia.
Gdyby tylko ta „inspiracja” nie przypominała tak bardzo „zapożyczenia”...
Moja ocena: 4