Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

Mons Kallentoft „Wodne anioły”

Mons Kallentoft, Wodne anioły, Rebis, Poznań 2013, 432 s.

Pewnego sierpniowego dnia w jednej z bogatszych dzielnic Linköpingu znaleziono zwłoki małżonków. Ich pięcioletnia adoptowana córka Ella zaginęła. Grupa dochodzeniowo-śledcza z komisarz Malin Fors na czele rozpoczyna intensywne poszukiwania. Kto miał powód, aby zamordować dwoje młodych, zamożnych ludzi? Co się stało z dzieckiem? Wielowątkowe śledztwo odkrywa przed policjantami mroczną stronę ludzkiej natury, a granica między żywymi i zmarłymi, między dobrem a złem coraz bardziej się zaciera.

Mija właśnie miesiąc od wydania trzeciej powieści Kallentofta z motywami żywiołów w tytułach. Jak zwykle u mnie zaś koszmarne opóźnienie (PKP to przy mojej regularności wpisów to wzór punktualności), więc słów kilka o części pierwszej części – „Wodnych aniołach”.
Tym razem wszechobecna jest woda: deszcz, łzy, rzeka... Wszystko płynie, pogrążone jest w smutku i melancholii. Ustabilizowana w „Piątej porze roku” sytuacja Malin Fors, jak to w życiu bywa, znowu się komplikuje. Kallentoft poświęca życiu osobistemu policjantki prawie tyle samo czasu, co kwestiom związanym z morderstwem i poszukiwaniami zaginionego dziecka. Krótkie zdania, jednozdaniowe akapity z jednej strony sprawiają, że powieść czyta się szybko, ale z drugiej – nadmiar szkodzi i chwilami irytuje. Brak ciągłości wydaje się oddawać stan ducha Malin Fors, stanowi też o specyfice narracji prowadzonej przez pisarza, ale nie zmienia to faktu, że wpływało to na mnie deprymująco.
Kallentoft w każdej swojej książce ukazuje inny problem nurtujący społeczeństwo szwedzkie, a w szerszym kontekście – chyba również – świat zachodni. Tym razem skupia się na adopcjach dzieci z Trzeciego Świata. I chociaż niby najważniejsze jest dobro dziecka, to okazuje się, że pomoc przy adopcji jest przede wszystkim pretekstem do szwindlu i zrobienia dużej kasy. Pieniądze z powodzeniem wypierają moralność, gubią się potrzeby najmłodszych i najbiedniejszych.
Dobra powieść kryminalno-obyczajowa. Ale narracja jednak irytuje.
Ileż tak można pisać?
Ileż słuchać głosów: Znajdź nas/mnie?
Panie Kallentoft? Może czas dorzucić trochę ciągłości...
Do tekstu?
I właśnie dlatego, że Kallentoft ma styl jaki ma, moja ocena jest jaka jest: 4

czwartek, 18 lutego 2016

Jonas Jonasson „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”

Jonas Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Świat Książki, Warszawa 2014, 416 s.

Właśnie minęło dziesięć dekad nadzwyczaj bogatego w wydarzenia życia Allana Karlssona. Problem tylko w tym, że zdrowie nie odmawia posłuszeństwa i wygląda na to, że wielka feta z okazji setnych urodzin będzie musiała się odbyć w domu spokojnej starości. Jednak człowiek, który jadł kolację z przyszłym prezydentem Trumanem, leciał samolotem z premierem Churchillem, pił wódkę ze Stalinem i zaznajomił się z Mao Zedongiem, nie może tak po prostu zdmuchnąć świeczek na torcie. Wymyka się przez okno i rusza w swą ostatnią życiową podróż...

Reklamowanie Allana Karlssona jako „szwedzkiego Forresta Gumpa” w moim przypadku skutecznie zniechęciło mnie do sięgnięcia po książkę. I pewnie długo jeszcze bym ja omijała, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki i odgórna decyzja o czytaniu powieści Jonassona. I dobrze, bo dość szybko wyzbyłam się jakichkolwiek obiekcji w stosunku do „szwedzkiego Forresta Gumpa” i zaczęłam się doskonale bawić.
Czuć u Jonassona wpływy Arto Paasilinny, to samo nadużywanie mowy zależnej, do której wszak szybko się czytelnik przyzwyczaja, postaci barwne, sytuacje nieprawdopodobne i przede wszystkim wielkie umiłowanie życia. Stworzywszy postać Karlssona, Jonasson opowiada swoją wersję historii XX wieku wprowadzając na karty książki mroczne nazwiska: Franco, Stalina, Mao Zedonga, Kim Dzong Ila i równie potężne: Trumana czy Churchilla.
Karlsson kroczy przez życie żywiołowo, z wybuchowym fachem w ręku i nie raz pozostawia po sobie zgliszcza w sensie dosłownym. Ma w sobie coś ze Szwejka, chłopską mądrość i zdolność niedziwienia się niczemu, przyjmowania życia ze wszystkimi jego radościami i smutkami.
Dobra rozrywka i miło spędzony czas, gdzie dla odmiany nie ma krwawych morderstw, są tylko autentyczne, krwawe postaci mające więcej krwi na rękach niż najbardziej znani prawdziwi czy fikcyjni seryjni mordercy. Jonasson nie jest może pisarzem wybitnym, jednakże potrafi zapewnić uśmiech na twarzy czytelnika, jego bohaterowie to nie papierowe wycinanki, i choć prawdopodobieństwo większości zdarzeń bliska jest zeru, nie razi to, bo życie potrafi zaskakiwać i motać wokół człowieka sieć najbardziej dziwacznych zdarzeń.
Moja ocena: 5.5

czwartek, 26 listopada 2015

Cilla Börjlind, Rolf Börjlind „Przypływ”

Cilla Börjlind, Rolf Börjlind, Przypływ, Czarna Owca, Warszawa 2013, 441 s.

W księżycową noc młoda ciężarna kobieta pada ofiarą wyjątkowo okrutnego morderstwa. Przypadkowym świadkiem zbrodni jest mały chłopiec. Śledczemu Tomowi Stiltonowi nie udaje się ustalić motywu, ani znaleźć sprawców morderstwa. Nie zna on nawet tożsamości ofiary.
Kilkadziesiąt lat później Olivia Rönning, studentka Wyższej Szkoły Policyjnej, przygotowuje referat na temat tej brutalnej zbrodni. Korzystając z wszelkich dostępnych źródeł, stara się wyłowić jak najwięcej informacji. Najtrudniej jest jednak dotrzeć do człowieka, który prowadził wtedy śledztwo - Tom Stilton zapadł się pod ziemię…

Kolejny skandynawski kryminał, kolejne piszące małżeństwo i kolejny policjant z problemami, tak w skrócie można opisać „Przypływ”.
Książka zaczyna się mocnym akcentem, potem, kiedy akcja przenosi się do teraźniejszości, wszystko zwalnia, mnożą się wątki i pojawiają się coraz to nowe postaci. I tak, obok próby rozwiązania zagadki sprzed lat, mowa jest o pobiciach bezdomnych, biznesmenie i matce samotnie wychowującej syna. Pozornie jedno z drugim, trzecim i czwartym nie ma wiele wspólnego, w końcu jednak wszystko zaczyna się ze sobą zazębiać i układać w gładką całość.
Cilla i Rolf Börjlindowie zanim zaczęli pisać kryminały, zajmowali się tworzeniem scenariuszy i to niestety daje się w „Przypływie” odczuć. Rozdziały wydają się być rozpisanymi poszczególnymi scenami, postaci zaś ukazane są powierzchownie, bez większego wnikania w ich myśli i przeżycia. Może w następnych częściach autorzy stali się bardziej powieściowi. Tego nie wiem, bo może kiedyś sięgnę po kontynuację, ale na czas nieokreślony zrobiłam sobie wolne od skandynawskich pisarzy w „Czarnej Serii”.
Ogólnie seria z Tomem Stiltonem i Olivią Rönning zapowiada się ciekawie. Dobra rozrywka na dobrym poziomie.
Moja ocena: 4

piątek, 13 listopada 2015

Lars Kepler „Hipnotyzer”

Lars Kepler, Hipnotyzer, Czarne, Wołowiec 2013, 628 s.

W środku grudniowej nocy psychiatrę Erika Marię Barka budzi telefon ze sztokholmskiego szpitala. Komisarz kryminalny Joona Linna prosi go o pilną pomoc – leczenie nieprzytomnego pacjenta, który doświadczył poważnego urazu. Ma nadzieję, że za pomocą hipnozy Erik będzie mógł komunikować się z chłopcem, umożliwiając policji przesłuchanie go. Dzięki temu może uda się ustalić, kto brutalnie zamordował jego rodziców i młodszą siostrę, a następnie znaleźć i ocalić starszą siostrę, zanim będzie za późno.
Jednak od ostatniego razu, gdy Erik praktykował hipnozę, minęło dziesięć lat, a psychiatra obiecał sobie, że nigdy do tego nie wróci. Powracające bolesne wspomnienia z tamtego czasu sprawiają, że decyduje się odmówić policji swojej pomocy. Gdy w końcu daje się jednak przekonać, zostaje uruchomiona seria nieprzewidzianych zdarzeń…

Tak sobie myślę, że małżeńskie duety piszące kryminały stają się szwedzką specjalnością, podobnie jak żarty z IKEA czy kiszony śledź. Wspólnie pisali Maj Sjöwall i Per Wahlöö, wspólnie piszą Cilla i Rolf Börjlindowie oraz Alexandra i Alexander Ahndoril. Ci ostatni przyjęli pseudonim Lars Kepler.
„Hipnotyzer” zapoczątkowuje serię z komisarzem Joona Lima. Komisarz występuje sporadycznie, inaczej niż tytułowy hipnotyzer Erik Maria Barka, którego jest aż za wiele. Połowa książki to jego rozterki, jego wspomnienia i jego kłopoty. Bez poznania większości z nich, czytelnik mógłby się spokojnie obyć. Podobnie jak mógłby się obyć bez żenujących scen seksu.
Sam zarys fabuły jest ciekawy, przyznaję. Acz rozwiązania proponowane przez duet ocierają się chwilami o pomroczność jasną. Fantastyczna wytrzymałość mordercy, który powinien zejść z tego padołu po odniesieniu już jednej trzeciej z tych ran, powierzchowność motywów jakimi się kierował przy zarzynaniu połowy miasta, krew lejąca się litrami... Dodajmy do tego wątki, które pojawiają się i nikną na tej samej stronie... i po prostu człowieka cholera bierze! Chwilami odnosiłam wrażenie, że każdy z autorów pisał swoją część, po czym sprawdzili mniej więcej czy treść trzyma się kupy nie wnikając w szczegóły. Szkoda. I raczej sobie odpuszczę pozostałe książki o Joonie Limie.
Moja ocena: 3.5

piątek, 27 czerwca 2014

Camilla Läckberg „Kaznodzieja”

Camilla Läckberg, Kaznodzieja, Czarna Owca, Warszawa 2010, 438 s.

Pewnego letniego ranka mały chłopiec w czasie zabawy w wąwozie leżącym nieopodal Fjällbacka odnajduje nagie zwłoki młodej dziewczyny. Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu w Tanumshede stają przed bardzo skomplikowaną zagadką. Okazuje się bowiem, że pod ciałem dziewczyny leżą szkielety dwóch innych kobiet, które zaginęły pod koniec lat 70-tych.

Nadszedł taki dzień, że absolutnie nic mi się nie chciało. Odłożyłam na bok czytane książki i wzięłam drugą część sagi o Fjällbace, chyba tylko po to, żeby się bardziej zdołować.
Ciekawe, że można napisać powieść tak grubą i zarazem tak przewidywalną. Warsztat Läckberg nieco się poprawił od czasu „Księżniczki z lodu” i nie jest już tak beznadziejnie grafomański. Postaci nabrały wyrazu i charakteru. Erica tym razem nie węszy zbytnio w sprawie zabójstw, bo jest w ostatnim miesiącu ciąży i raczej turla się po domu, niż żwawo biega, aby zebrać wiadomości. I zajmuje się najazdem nieproszonych gości spragnionych darmowych noclegów i stołowania.
Gwiazdą „Kaznodziei” jest Patrik Hedström, który wraz z podwładnymi ma rozwikłać zagadkę dwóch morderstw sprzed lat powiązanych z ostatnim, popełnionym w środku lata. Przyznać trzeba, że nawet sprawnie im to idzie, dopóki autorka nie skupia się na opisywaniu różnic w stylu i poziomie życia rodziny Hultów. Z czasem poznajemy ich coraz lepiej i trudno żywić w stosunku do nich jakiekolwiek sympatie. Wówczas też powieść Läckberg staje się coraz bardziej przewidywalna. Poruszamy się wśród wąskiego grona podejrzanych i trudno nie domyślić się finału.
Läckberg stara się też ukazać nieupiększoną, szczerą prawdę o szwedzkiej prowincji. Opisuje problemy większe i mniejsze, żal za przeszłością, zadawnione waśnie, czy rozdarcie kobiety, która nie jest dość silna, by poradzić sobie z groźbami byłego męża. Ale wszystko to jest ujęte tak drętwo, że przeszkadza w odbiorze wątku kryminalnego. Czytając „Śmierć letnią porą” Kallentofta, wręcz czułam żar słońca palącego skórę i pot spływający po ciele od nadmiernego upału. Chociaż w „Kaznodziei” Läckberg cały czas podkreśla, że Fjällbacka i okolice są niemalże spalane słońcem, nie czuć tego w zachowaniu ludzi, nie przebija się ów upał do czytelnika i nie wywiera żadnego wrażenia. Na koniec warto dodać, że autorka się stara wstrząsnąć czytelnikiem, jest w stosunku do niego o wiele bardziej uczciwa niż w swej debiutanckiej powieści o Erice Falck. Lepiej się czyta „Kaznodzieję”, lepszy jest też koniec i podsumowanie. Nadchodzą wakacje. Na plażę, do pociągu – „Kaznodzieja” jest książką idealną.
Moja ocena: 4

środa, 23 kwietnia 2014

Håkan Nesser „Nieszczelna sieć”

Håkan Nesser, Nieszczelna sieć, Czarna Owca, Warszawa 2012, 303 s.

Inspektor Van Veeteren i jego zespół usiłują zmierzyć się ze sprawą Janka Mattiasa Mittera – nauczyciela gimnazjalnego, który nie może sobie przypomnieć, czy zamordował swoją świeżo poślubioną żonę Evę Ringmar, czy nie. Mittnera oskarżono o zabójstwo i postawiono przed sądem. Van Veeteren nie daje jednak za wygraną. W trakcie żmudnego dochodzenia odkrywa wstrząsające fakty, które doprowadziły do tragedii…

Konkluzja z tego kryminału płynie jedna: nie pij, bo może się to skończyć czymś o wiele gorszym niż kac.
Odnośnie „Nieszczelnej sieci” mam uczucia bardzo ambiwalentne. Kryminał Håkana Nessera czyta się bardzo szybko, bo autor nie bawi się właściwie w żadne opisy i rozważania. Całe strony to dosłownie listy dialogowe; wymiana zdań pomiędzy poszczególnymi osobami. Pytanie – odpowiedź, pytanie – odpowiedź. Bez czasowników: powiedział, rzekł, burknął. Wymiana informacji jest zatem szybka. Przypomina to nieco kryminały Agathy Christie. Czytelnik się nie nudzi. Przypadek Janka Mattiasa też jest nietypowy. Staje się osobą podejrzaną i szybko osądzoną o popełnienie zbrodni. Ale potem i on ginie. Sprawa zaczyna nabierać rumieńców.
Ale nie do końca. Bo niestety bardzo szybko można domyślić się, kto za tym wszystkim stoi. A domysły byłyby jeszcze szybsze, gdyby nie fatalne wydanie książki, gdzie trzecioplanowe postaci zmieniają co chwila płeć. Raz mowa jest o recepcjonistach, to znowu recepcjonistkach i czytelnik się po prostu gubi. Kiedy się już odsieje ziarno od plew, pozostaje wytypowanie obecnego nazwiska mordercy. To też nie nastręcza trudności. I teraz pytanie: czy naprawdę warto wertować trzysta stron, kiedy od połowy książki wie się mniej więcej co i jak? I po co autor wspomina o pewnych poczynaniach Janka Mattiasa, skoro potem są one pominięte zupełnym milczeniem. Na ich temat, w dziwnym kontekście pada kilka zdań na koniec książki. Ale chyba akurat nie taki kontekst powinien być zastosowany w kryminale.
Nadal nie wiem, co sądzić o „Nieszczelnej sieci”. Autor mnie na kolana nie powalił. Nie będę szukała jego kolejnych książek. Może kiedyś same wpadną mi w ręce.
Moja ocena: 3

wtorek, 22 kwietnia 2014

Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu”

Camilla Läckberg, Księżniczka z lodu, Czarna Owca, Warszawa 2009, 424 s.

W niewielkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Szwecji, wśród małej, zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą – w jednym z domów odkryto zwłoki młodej kobiety. Początkowo wszystko wskazuje na samobójstwo, okazuje się jednak, że Alex została zamordowana. Prywatne śledztwo rozpoczyna Erika Falck – pisarka i przyjaciółka Alex z dzieciństwa, do której dołącza miejscowy policjant Patrik Hedström.

Pewnego grudniowego dnia zeszłego roku pomyślałam, że książki Läckberg już wystarczająco się odleżały na mojej półce. Pomimo falstartu z „Zamiecią śnieżną...” postanowiłam, że skoro jest zima bez śniegu, to chociaż sobie poczytam o mroźnej Fjällbace.
Rozczarowałam się srodze. Niby intryga jest, niby postaci są opisane dobrze, ale niestety pani Läckberg ma (przynajmniej w „Księżniczce z lodu”) irytującą manierę bycia nieuczciwą w stosunku do czytelnika. Emma Falck dowiaduje się o rzeczach, które dopiero potem wychodzą na jaw, w jej rozmowach z zainteresowanymi. Moment z przeczytaniem porwanego tekstu wyciągniętego z kosza na śmieci jest najbardziej wymowny. Läckberg powinna przekazać wiadomość i czytelnikom, zamiast tego musimy czekać, aż autorka zdecyduje się na właściwą chwilę. Tym samym czytelnik z góry stoi na straconej pozycji i może być tylko obserwatorem poczynań Emmy.
Drugą kwestią jest styl pisania Läckberg. Jest chwilami tak zawiły, wypełniony zaimkami i przenośniami, że można się pogubić kto, co i jak. Nieścisłości występują też w wypowiedziach dotyczących istotnych kwestii: co i kiedy się zepsuło, kto i kiedy odwiedził denatkę przed śmiercią. Ponad 400 stron nudy i marnego stylu pisania. Bardzo mi się nie podobało i ledwo dobrnęłam do końca, chociaż pomimo utrudnień ze strony autorki, wreszcie zaczęłam się domyślać jakie tajemnice zabrała ze sobą do grobu tytułowa „księżniczka z lodu”. Nie rozumiem fenomenu Läckberg. Na półce stoją jeszcze trzy jej kolejne książki, pewnie kiedyś po nie sięgnę. Ale szkoda mi wydanych pieniędzy. Mogłam zamiast powieści Läckberg kupić o wiele lepsze książki.
Moja ocena: 2

czwartek, 3 kwietnia 2014

Camilla Läckberg „Zamieć śnieżna i woń migdałów”

Camilla Läckberg, Zamieć śnieżna i woń migdałów, Czarna Owca, Warszawa 2012, 143 s.

„Zamieć śnieżna i woń migdałów” to urocza nowela w stylu Agathy Christie, luźno powiązana z serią o Fjällbacce. Na tydzień przed świętami Martin Mohlin z komisariatu ulega namowom swojej narzeczonej, aby wziąć udział w rodzinnym przyjęciu. Zgodnie z wolą patriarchy rodu Rubena, członkowie rodziny Liljecronas zbierają się na niewielkiej wyspie Valön, położonej w sąsiedztwie Fjällbacki. Z powodu zamieci śnieżnej połączenie z lądem zostaje zerwane i gdy Ruben nagle osuwa się na ziemię podczas świątecznej kolacji, Martin musi interweniować. Wkrótce nie ma już wątpliwości, że Ruben został zamordowany. Skoro wyspa była skutecznie odcięta od reszty świata, mordercą musi być ktoś spośród zebranych tam krewnych…
Ale jaki mógłby być motyw tej zbrodni? I kto potrafił zamordować z zimną krwią?

Kiedy jeszcze prowadziłam blog na pingerze, lubiłam czytać wpisy „wredotki aka brzytwy”. Pewnego razu napisała, że ze szwedzkich autorów kryminałów najbardziej ceni sobie Läckberg, potem Larssona. Läckberg jeszcze nie czytałam, ale zaciekawił mnie ten szum wokół niej. Jagodzie też jej kryminały się podobały. Postanowiłam zacząć od nowelki w stylu Christie: odcięci od świata ludzie, morderstwo mężczyzny, na którego pieniądze każdy liczył, niesympatyczne typy. Zapowiadało się interesująco. I na zapowiadaniu się zakończyło.
Styl pani Läckberg nie podszedł mi wcale. Straszne dłużyzny w tak krótkim tekście, całe strony nudy – to woła o pomstę do nieba. Bohaterowie miotali się po pokojach, zamieć szalała za oknem, policjant był coraz bardziej zdegustowany, a akcja gdzieś się zapodziała. Uleciała ze śniegiem. Bo te wszystkie powiązania i animozje między bohaterami były tak nudne i przewidywalne, że wkrótce szczęka bolała mnie od ziewania.
Im bliżej końca, tym mniej się wszystko robiło logiczne. A potem Läckberg chyba uwierzyła, że jest drugą Christie i może sobie pogrywać z czytelnikiem, bo końcówka jest parodią kryminału niż kryminałem par excellence. Zawiodłam się bardzo. Liczyłam na dobrą intelektualną rozrywkę, a dostałam jakieś rozmemłane opowiadanie, gdzie o połowie poczynań autorka milczy, potem zaś okazuje się, że dziwnym trafem Martin Mohlin wszystko wiedział i wszystko przewidział. Naciągane i nudne.
Moja ocena: 1

poniedziałek, 17 lutego 2014

Mons Kallentoft „Piąta pora roku”

Mons Kallentoft, Piąta pora roku, Rebis, Poznań 2012, 462 s.

Jest początek maja. W czasie spaceru po lesie za Linköpingiem ojciec z dwójką dzieci znajduje brutalnie okaleczone zwłoki kobiety, noszące wyraźne ślady tortur. Inspektor Malin Fors od razu dostrzega podobieństwa ze sprawą Marii Murvall, młodej kobiety, która przebywa w szpitalu psychiatrycznym od czasu, gdy przed kilku laty znaleziono ja zgwałconą i brutalnie pobitą w lesie. W tym samym czasie Malin poznaje lekarkę ze szpitala w Lund, która opowiada jej o podobnym przypadku. Okazuje się, że sprawa Marii to być może tylko element większej układanki. Malin, od dłuższego czasu niemal opętana chęcią rozwiązania sprawy Marii, nie spocznie, dopóki nie dowie się, kim jest zwyrodnialec, który znęca się nad kobietami. Dokąd tym razem doprowadzi ją poszukiwanie prawdy?

Ta sprawa, Marii Murvall, intrygowała mnie od pierwszej części, „Ofiary w środku zimy”. Zwracając tamtą książkę do biblioteki nie kryłam rozczarowania i frustracji, że Kallentoft nie wyjaśnił wszystkiego do końca. Z czasem, podczas kolejnych lektur jego kryminałów, zaczęłam podejrzewać, że autor szykuje coś ekstra.
„Piąta pora roku” jest mroczna jak bezksiężycowa noc, brutalna jak podziemny krąg i bardziej perwersyjna niżby to sobie wyśnił markiz de Sade. To koszmar na jawie, groza, przed którą mózg broni się całkowitym wyłączeniem a ofiara, której udało się przeżyć, nie daje rady wrócić do normalnego świata i pozostaje namiastką człowieka, warzywem. Czytając ostatnią część cyklu gdzieś tam w głowie tliła mi się myśl, że czasami lepsza już śmierć niż bezwolna wegetacja w jakimś zakładzie, zamknięcie w więzieniu myśli i przeżytej makabry.
Kallentoft daje jasno do zrozumienia, że nie trzeba kogoś zabić, aby wyrządzić mu nieodwracalną krzywdę, pozbawić godności, odrzeć z człowieczeństwa, sprowadzić do obiektu chorych fantazji seksualnych.
Po skończeniu „Piątej pory roku” przepełniał mnie gniew. Na pewnych siebie samców traktujących kobiety instrumentalnie, na facetów, którzy uważają, że stanowisko i pieniądze są oznakami nieograniczonej władzy nad życiem innych. I chociaż fabuła miała swoje słabsze strony, to przyznać trzeba, że Kallentoft zakończył sprawę Marii Murvall z hukiem. Brawo!
Moja ocena: 5.5

Na koniec mała dygresja: nie wiem, czy uda mi się przeczytać kolejna książki z Malin Fors. Pani bibliotekarka zapowiedziała mi już dawno temu, że następnego cyklu nie będzie kupowała, bo książki Kallentofta nie podobają się zbytnio innym czytelnikom. Szkoda.

* * *

Kallentoft Mons; Piąta pora roku;
Alkohol składa alkoholikowi obietnicę: Ofiaruję ci spokój i pozbawione bólu godziny.
Dzięki mnie coś się będzie działo.
A potem cię unicestwię.
Ale czy nie cudownie jest być unicestwianym?

Kallentoft Mons; Piąta pora roku;
Czasem zło ma własną moc, coś oczywistego, co zawsze istniało i tylko czeka na odpowiedni moment, by pokazać kły. Ale gdzieś tam zawsze istnieje jakieś wyjaśnienie zła. Sadyście przyjemność sprawia to, co robi. A przyjemność wszyscy potrafimy zrozumieć.

niedziela, 16 lutego 2014

Mons Kallentoft „Zło budzi się wiosną”

Mons Kallentoft, Zło budzi się wiosną, Rebis, Poznań 2012, 448 s.

Wiosenne słońce ogrzewa Linköping i jego mieszkańców, którzy rozkoszują się piękną pogodą w kawiarnianych ogródkach. Po niebie kołują jaskółki, na straganach jarzą się tulipany, do bankomatu podchodzi matka z dwojgiem dzieci. I wtedy znienacka sielankę przerywa wielka eksplozja, po której Linköping już nigdy nie będzie takie samo.
Komisarz Malin Fors stoi przy trumnie swojej matki, a już kilka chwil później jest w drodze na plac Filbyter. Tego widoku nie zapomni do końca życia. Okruchy szkła. Zmiażdżone kwiaty i walające się wszędzie warzywa. Rozdarty dziecięcy bucik. Gołąb dziobiący coś czerwonego w ogłuszającej ciszy…

Polubiłam Malin Fors. Nie tylko za tę specyficzną więź z ofiarami, ale i za walkę ze swoimi demonami. Przyznać się do alkoholizmu to jedno, a walczyć z nim i starać się pozostać trzeźwą podczas gdy praca pełna jest okropności i gdy przed oczyma ma się widok martwych zakrwawionych dzieci, to drugie. Dodajmy do tego niepoukładane życie osobiste, potrzebę bliskości przy jednoczesnym poczuciu obcości względem zmarłej matki i osamotnionego ojca. Brutalność w pracy, osamotnienie poza nią. A wszystko to przedstawione bez zadęcia i banalnych naleciałości.
Kallentoft staje się coraz bardziej mroczny i to nie dlatego że pisze w konwencji kryminału. Najbardziej drastyczne i pesymistyczne są w książce fragmenty stricte obyczajowe. Rozprawia się z idyllicznym stereotypem Szwecji, rysuje ten świat czarnymi barwami, co z radosną wydawałoby się, bo wiosenną porą roku, stanowi tym większy kontrast.
Zło, tajemnica i potęga pieniądza na jednej szali, a na drugiej – niepokój i strach mieszkańców miasteczka poruszonych śmiercią sześciolatek. Nikt nie ma prawa odbierać życia drugiej istocie, ale odebranie życia, które na dobrą sprawę dopiero się zaczęło jest karygodne i bestialskie. Tak odbierają to wstrząśnięci mieszkańcy, policja.
Polecam.
Moja ocena: 5

piątek, 31 stycznia 2014

Mons Kallentoft „Jesienna sonata”

Mons Kallentoft, Jesienna sonata, Rebis, Poznań 2011, 461 s.

Jesień. Linköping tonie w strugach deszczu. Ciężkie krople padają na zamek Skogsa i zwłoki pływające w fosie. Trop prowadzi do poprzednich właścicieli, członków arystokratycznej rodziny Fagelsjö. Czy sprzedaż zamku mogła być przyczyną morderstwa? Kim właściwie był nowy właściciel posiadłości Jerry Petersson i jakie tajemnice kryje jego przeszłość? Podążając tropem mordercy, Malin Fors musi stawić czoło własnym demonom, które powoli przejmują władzę nad jej życiem.

W „Jesiennej sonacie” nie tyle istotna jest zbrodnia, co całkowity upadek Malin Fors w głąb alkoholowego nałogu. Kallentoft tak naprawdę opowiada dwie historie – jedną jest historia o zbrodni, bogatych Szwedach, patologicznej chęci utrzymania władzy i poczuciu zemsty za doznane krzywdy. Patrząc zarówno na sylwetki zamordowanego, jak i poprzednich właścicieli zamku Skogsa, trudno jest doszukać się choćby odrobiny sympatii do nich. Ludzie bogaci mają to do siebie, że uważają się za lepszych, sprytniejszych, takich, którzy mogą więcej i takich, którzy pieniędzmi potrafią zastąpić sprawiedliwość.
Druga historia opowiada o psychologii alkoholizmu. Najczęstszym wizerunkiem alkoholika jest mężczyzna, do tego bezrobotny, z niskim wykształceniem. Tymczasem Malin Fors zadaje kłam wszystkim tym cechom. I jest niesamowicie prawdziwa w tym swoim upadku, zarzyganych ciuchach, rundach po barach i upijaniu się w samotności, rozpaczliwym seksie, strachu o córkę i traceniu kontroli nad własnym życiem.
Do Kallentofta trzeba się przyzwyczaić. Do stylu pisania bardziej pasującego do autora powieści obyczajowych niż kryminalnych. Kallentoft nie skupia się na zbrodni, lecz na ludziach i ich poczynaniach. Mnie się podobało.
Moja ocena: 5

* * *

Kallentoft Mons; Jesienna sonata;
Teraz wiem, czym jest strach. Uczuciem, że tylko to będzie, tylko to było. I że nigdy nie było żadnej różnicy.

Kallentoft Mons; Jesienna sonata;
Samotność biegnie niczym czerwona nić przez historię ludzkości, jest tym tonem, który leży u podstaw naszych opowieści.

Kallentoft Mons; Jesienna sonata;
To nasze tajemnice czynią z nas ludzi.

wtorek, 21 stycznia 2014

Majgull Axelsson „Droga do piekła” aka „Daleko od Niflheimu”

Majgull Axelsson, Droga do piekła, W.A.B., Warszawa 2008, 392 s.

Czterdziestokilkuletnia Cecylia jest pracownikiem szwedzkiej ambasady na Filipinach. Katastrofa wybuch wulkanu Pinatubo, zmienia gwałtownie jej życie i skłania do rozrachunku z przeszłością latami dzieciństwa i młodości w szwedzkim miasteczku, nieudanym małżeństwem, pracą charytatywną w Indiach, śmiercią matki. Tłem tej doskonale skomponowanej, zaskakującej głębią psychologiczną powieści jest skomplikowana sytuacja społeczna i polityczna Filipin oraz losy uwikłanych w nią ludzi. „Daleko od Niflheimu”, wydane po raz pierwszy w 1994 roku, to powieściowy debiut Axelsson, nagrodzony między innymi prestiżową nagrodą Moy Martinson.

Axelsson nie poszła na łatwiznę i nie skupiła się na pisaniu słodkich, przyjemnych książek. Odwrotnie – zdecydowała się sięgać po tematy trudne, niepopularne wręcz i przede wszystkim – dające do myślenia.
Tę powieść można określić jednym, niestety dość wyświechtanym słowem: przejmująca. Z jednej strony mamy rozwiniętą Szwecję, z drugiej – biedny Trzeci Świat. I kobietę, którą wyrzuty sumienia doprowadzają niemal do obłędu. Nie może przestać wspominać; bezpieczna w swojej ojczyźnie wciąż wraca myślami do pobytu na Filipinach, losu tamtejszych dzieci, które nawet nie mogą marzyć o dzieciństwie, ponieważ kraje rozwinięte bez skrupułów wykorzystują je jako tanią siłę roboczą, do przemocy i okrucieństwa panujących nie tylko w rodzinach, ale i w stosunkach społecznych w ogóle.
A najgorsze jest to, że bohaterka musi żyć z tym, co przeszła, żyć z duchami przeszłości i tym, co zrobiła lub właśnie, czego zaniechała.
Axelsson po raz kolejny daje czytelnikowi książkę-klejnot: piękny język, istotna treść, niewygodne tematy. Nurzając się w swym bogactwie, kraje rozwinięte niechętnie przyjmują do wiadomości, że w Trzecim Świecie spokojnie przeżyty dzień, bez katastrofy, bez przemocy, bez dojmującego głodu – jest szczytem marzeń wielu ludzi.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

środa, 8 stycznia 2014

Majgull Axelsson „Lód i woda, woda i lód”

Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, W.A.B., Warszawa 2010, 552 s.

„Lód i woda, woda i lód” to napisana z rozmachem historia rodzinnych napięć, rozłamów i tragedii, które infekują kolejne pokolenia. Historia sióstr, które z wiekiem stają się sobie obce, i matek odrzucających swoje dzieci. Oto bohaterowie książki: Susanne, która jest córką Inez. Inez, która jest siostrą bliźniaczką Elsie. Elsie, która jest matką Bjorna. Bjorn, dla którego prawdziwą matką jest Inez, ponieważ Elsie nie starczyło sił, by podjąć trud wychowania syna. Miłość, której tak bardzo brakuje wszystkim bohaterom, jest przede wszystkim miłością matczyną. Matki odrzucają swoje dzieci, a te nie potrafią przekazać miłości dalej. Wycofują się ze świata, w którym się nie odnajdują i nawet jeśli odnoszą wielki sukces, jak w przypadku Bjorna, staje się to początkiem katastrofy. Susanne może wyrwać się z zaklętego kręgu. Wprawdzie uciekła przed swoim życiem na pokład arktycznego lodołamacza, ale właśnie tam, nieopodal bieguna północnego, dostaje szansę, by poznać i zaakceptować miłość, a także by zmierzyć się ze swoim lękiem i upiorami z przeszłości.

Nie napiszę wiele o tej książce. Po prostu mi się niesamowicie spodobała, wręcz mnie urzekła! Czy to historia Susanne, gdzie Axelsson dała tak poetycki opis łamania kry i spotkanie z niedźwiedziem polarnym, że sama zapragnęłam rzucić wszystko, i uciec od kłopotów na koło podbiegunowe; czy też historia Inez -podobnie jak ona, mam chwile zwątpienia i pragnienia, aby stanąć na stole, tupać nogami i krzyczeć co sił w płucach: „Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę!”
Jest też historia Bjorna. Gwiazda muzyki – to nie brzmi dziwacznie w przypadku Amerykanów czy Brytyjczyków, wszędzie indziej trąci to nieporozumieniem. Aczkolwiek Szwedzi nieźle sobie radzą w tym muzycznym wyścigu szczurów. To raz. Będzie drobna dygresja. To dwa. Koniec pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych zapisał się w pamięci ówczesnych dwudziestokilkulatków śmiercią Kurta Cobaina z Nirvany i zaginięciem Richarda Edwardsa z Manic Street Preachers. Śmierć Amerykanina spotkała się z niespotykanie większym odzewem niż rozwianie się w powietrzu walijskiego muzyka. Mnie jednak to drugie wydarzenie zafrapowało o wiele bardziej. Śmierć jest czymś ostatecznym, widać zwłoki, jest konkretna data, kiedy skończyło się życie. I chociaż śmierć otwiera ranę smutku, to przecież rana ta zagoi się wcześniej czy później. Natomiast los zaginionego jest jedną wielką niewiadomą – czy żyje, czy popełnił samobójstwo, czy, niczym rodem z thrillera Kinga, jest przetrzymywany przez „największą fankę”. Ślady zazwyczaj prowadzą donikąd i choć z czasem trzeba się pogodzić z faktem, że zaginięcie stanowiło preludium do śmierci, to przecież nigdy nie będzie tego wiadomo na pewno. I właśnie taki los przyprawia mnie o dreszcze i zgrozę. Właśnie w takiej konwencji opisana jest katastrofa Bjorna.
Axelsson w niesamowicie dojrzały sposób ukazuje, jak bardzo człowiek potrzebuje miłości. Nie ociera się o ckliwy romans ani bajeczkę familijną. Rodzinie z jej powieści daleko do obrazka z reklamy, uśmiechniętych, pustych twarzy. Czy to w ogóle jeszcze rodzina? Odpowiedź znajduje się w powieści.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

* * *

Axelsson Majgull; Lód i woda, woda i lód;
W ogóle co można robić w znanych miejscach poza postaniem i popatrzeniem na nie przez chwilę. Pozwolić czasowi, by płynął, pozwolić sekundom i minutom, by tykały i mijały, pozwolić podprowadzić się nieco bliżej grobu i wielkiego zapomnienia.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Majgull Axelsson „Kwietniowa czarownica”

Majgull Axelsson, Kwietniowa czarownica, W.A.B., Warszawa 2002, 490 s.

Według skandynawskich wierzeń ludowych "wiosenne" czarownice potrafią wcielać się w inne istoty i działać za ich pośrednictwem. Taką moc ma dotknięta porażeniem mózgowym Desirée. Matka nie mogła jej wychowywać, choć wzięła pod opiekę trzy inne dziewczęta. Skazana na szpitalny żywot bohaterka stopniowo uczy się porozumiewać z otoczeniem i wykorzystywać swoją nieprzeciętną inteligencję. Pod koniec życia nawiązuje osobliwy kontakt z przybranymi siostrami, by zrozumieć swój los i zarazem wpłynąć na ich życie. Niezwykłe zdolności Desirée oraz skomplikowane historie jej matki i sióstr są tematem tej obszernej, wielowątkowej, ale przez cały czas trzymającej w napięciu, pasjonującej opowieści.

Axelsson łączy wierzenia skandynawskie z pełną dramatyzmu prozą. Przypomina w tym Isabel Allende północy, o czym już wcześniej wspominałam. Ale to tylko luźne skojarzenie, bo i sceneria jest inna, i bohaterki.
Zagłębiając się w powieść Axelsson wkraczamy do krainy pełnej kobiecych dramatów, niepowodzeń i smutku. Krainy, w której nigdy nie zagości uśmiech, nie rozświetli słońce. Mamy kobietę, która przygarnęła trzy dziewczynki, dała im dom i miłość. Dziewczyny różniły się od siebie jak noc od dnia i tak już zostało. Kiedy dorosły, każda poszła w swoją stronę, wybrała inną drogę życiową. Najstarsza została lekarzem, średnia – fizykiem, najmłodsza zaś upodobniła się do biologicznej matki zatracając się w alkoholu. Chociaż same by tego nie przyznały, łączył je smutek i niemożność poradzenia sobie z traumą z dzieciństwa. Ich relacje z ludźmi naznaczone są bólem przeszłości, w codziennym życiu miotają się w celi więzienia swego umysłu i nie potrafią ułożyć sobie relacji z innymi. Odrzucone jako dzieci wciąż to odrzucenie odczuwają nie potrafiąc docenić rzeczy najważniejszej: swego zdrowia.
Bo jest i czwarta kobieta. Chora na porażenie mózgowe, nieprzeciętnie inteligentna i zamknięta w kalekim ciele, równie samotna i nieszczęśliwa jak przybrane siostry. Ma w sobie moc „kwietniowej czarownicy”, obserwuje kobiety, które doświadczyły miłości od osoby, która ją porzuciła. Cóż za ironia losu sprawiła, że powodowana społecznymi uwarunkowaniami w Szwecji lat pięćdziesiątych, matka rozstaje się z kalekim dzieckiem, a potem stara się zagłuszyć wyrzuty sumienia przygarniając dzieci potrzebujące pomocy.
Nie jest to opowieść lekka, ale czyta się ją jednym tchem zagłębiając się w życiowe rozterki bohaterek. Proza Axelsson jest niesamowita, słowa dopasowane do siebie tak idealnie, że przypominają puzzle zwane życiem.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

* * *

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Wymyte ciało, wyprane ciuchy i nieład w mieszkaniu – to jest to. Wysprzątane wszystkie kąty stanowiły świadectwo drobnomieszczańskiej pedanterii. Albo jeszcze gorzej: proletariackiego prostactwa. Tylko ten, kto ma coś do ukrycia, przesadnie dba o czystość.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Zaletą ludzi nieprzyjemnych bywa to, że można w ich towarzystwie opuścić gardę i pozwolić sobie na podobne zachowanie.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Przyszło mi żyć w czasach nieuznających smutku, w czasach poszukujących problemów. Z problemami jest łatwiej, można im zaradzić. Smutki trzeba przeżyć, poza tym udzielają się innym i budzą lęk, dlatego ludzie gotowi są na wszystko , byle tylko je w innych uśmierzać. Kłamią. Moralizują. Zagłuszają krzykiem i donośnym śmiechem.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Każdy powinien mieć prawo wznieść pięść ku niebu na oczach całego świata, złorzeczyć i przeklinać, krzyczeć i miotać się, wierzgać i walić rękami w ziemię, i płakać, dopóki oczy nie pozbędą się wszystkich łez. Dopiero wtedy można zobaczyć świat, można śledzić wzrokiem mrówkę dźwigającą źdźbło trawy, można się pogodzić z tym, że choć więcej od życia nie dostaniemy, i tak to, co mamy, to też dużo. Dopiero wtedy można zrozumieć, że samo istnienie jest szczęściem.

Axelsson Majgull; Kwietniowa czarownica;
Jeśli ktoś nie jest najważniejszy dla swojej matki, nigdy nie będzie się naprawdę liczył dla innych. Nawet dla siebie.

wtorek, 10 grudnia 2013

Majgull Axelsson „Dom Augusty”

Majgull Axelsson, Dom Augusty, W.A.B., Warszawa 2006, 452 s.

Augusta, Alice i Angelica to przedstawicielki różnych pokoleń tej samej rodziny. Łączą je nie tylko więzy krwi, lecz także wspólne losy – dwie z nich to matki nieślubnych dzieci, trzecia jest niechcianą córką. Nieświadomie wszystkie popełniają błędy swoich poprzedniczek. Przekazywany z pokolenia na pokolenie dom Augusty, w którym szukają schronienia, staje się świadkiem rozpaczy, radości, poszukiwania prawdziwego uczucia oraz walki o niezależność i samodzielność. To powieść, w której poezja przeplata się z tragedią, a rzeczywistość z magią. Wielowątkowa i wielopłaszczyznowa historia, bogata w emocje, wydarzenia i postaci, barwnie i potoczyście opowiedziana, przywodzi na myśl przekazywane ustnie legendy, których literackim odpowiednikiem jest twórczość Selmy Lagerlöf.

Jak wiele książek, tak i „Dom Augusty” sam wszedł w moje ręce leżąc na stosiku zwrotów w bibliotece. Nie jest łatwo mnie zauroczyć, a prozie Axelsson poddałam się bez wahania. Skojarzyła mi się z „baśniowością” Joanne Harris (tyle, że w o wiele lepszym wydaniu) połączoną z magicznymi opowieściami Isabel Allende. Podobny klimat, tylko zamiast słonecznych czy wręcz upalnych krain, na kartach powieści Axelsson dominuje zimno, półmrok i szarość Szwecji.
Smutne są opowieści Axelsson, acz napisane zręcznie i ma się odczucie, że spędza się wieczór nad wyrafinowaną robótką, gdzie zamiast oczek wełny, autorka dzierga skrzętnie dobrane słowa o niechcianych ciążach, samodzielności, samotności, zachowawczym egoizmie, poczuciu winy czy niedostosowaniu niechcianego dziecka. Rzadko emocje dochodzą u mnie do głosu. A w czasie czytania „Domu Augusty” popłakałam się jak bóbr. Zapewne istotne jest to, że sama jestem matką, też popełniam błędy wychowawcze i mogłam znaleźć w bohaterkach cząstkę siebie. Piękna choć przygnębiająca proza o kobietach, które starając się nie okazywać słabości zamykają się w sobie, a z czasem zamykają się na świat i tym samym tracą okazję, by poprzez podzielenie się swymi błędami, ustrzec od nich najbliższe osoby.
Moje osobiste odkrycie 2012 roku. Polecam.
Moja ocena: 5.5

poniedziałek, 28 października 2013

Mons Kallentoft „Śmierć letnią porą”

Mons Kallentoft, Śmierć letnią porą, Rebis, Poznań 2010, 431 s.

"Śmierć letnią porą" to druga powieść serii Monsa Kallentofta o policjantce z Linköping, Malin Fors.
W regionie Östergötland panuje rekordowo gorące lato. Wczesnym rankiem zostaje znaleziona zgwałcona czternastoletnia dziewczynka, błąkająca się nago po największym w mieście parku. Nic nie pamięta, więc komisarz Malin Fors i jej kolega Zeke muszą spróbować dotrzeć do rozwiązania zagadki, dysponując niewielką liczbą tropów.
Rodzice innej dziewczyny zgłaszają jej zaginięcie. Wkrótce przy podmiejskim kąpielisku dokonane zostaje straszliwe odkrycie. Linköping nawiedziła śmierć letnią porą. W ciągu kilku ciepłych lipcowych dni sen o lecie przeradza się w koszmar…

Znowu mamy przemyślenia ofiary, ale tym razem można się już do tego przyzwyczaić. I albo polubić, albo odłożyć książkę nie czytając. Kallentoft uczynił z gadających ofiar swój znak rozpoznawczy i w moim przypadku, niech mu będzie. Szwed nie cierpi na syndrom „drugiej książki”, nie napisał gniotu, nie stworzył niespójnej akcji.
Wręcz odwrotnie – mnie osobiście zaczęły wciągać coraz mroczniejsze losy Malin Fors i ten odbrązowiony szwedzki styl życia. Kallentoft nie leci stereotypami, nie ukazuje swej ojczyzny jako miodem i mlekiem płynącej. Ukazuje nam zupełnie inną Szwecję, pełną brudnych sekretów, trupów w szafie i zboczeń. Jednocześnie przyznaje prawo swej głównej bohaterce do zachowań, jakie do tej pory przypisane były mężczyznom. Fors chleje, bo zwykłym piciem tego się nie da nazwać, i chociaż jeszcze funkcjonuje jako policjantka, to stacza się po równi pochyłej ku nieuchronnej zagładzie.
Kontrast pomiędzy spalonym słońcem Östergötland a mrocznymi duszami tak mordercy, jak i policjantki, jest tym wyraźniejszy, że w pewnej chwili wszystkie te zbrodnie stają się sprawą osobistą Fors. I tutaj następuje najsłabsza część opowieści Kallentofta. Z całym szacunkiem dla niego, jako znawcy zła, pan Kallentoft musi posiąść więcej wiadomości na temat psychiki matek. Nie chcę zdradzać za dużo, więc w tym miejscu kończę. „Śmierć letnią porą” jest thrillerem, ale i powieścią psychologiczną, gdzie deprawacja, alkoholizm, swoboda seksualna zżerają społeczeństwo uznawane za jedno z najspokojniejszych w Europie.
Moja ocena: 4.5

wtorek, 1 października 2013

Mons Kallentoft „Ofiara w środku zimy”

Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, Rebis, Poznań 2010, 445 s.

Jest luty. Najzimniejszy do lat. Pewnej szczególnie mroźnej nocy wśród jałowych, chłostanych wiatrem równin Östergötland zostaje znalezione potwornie okaleczone ciało mężczyzny. Śledztwo prowadzi komisarz Malin Fors z policji w Linköping, samotna matka po przejściach, która pije za dużo tequili i uprawia za dużo ostrego seksu ze swoim kochankiem, dziennikarzem z miejscowej gazety. Śledztwo ma dać odpowiedź na pytanie, kto zabił i dlaczego zrobił to w tak okrutny sposób. Malin rusza tropem mordercy, a polowanie to prowadzi ją do najmroczniejszych zakątków ludzkiego serca...

Kiedy sięgałam po „Ofiarę w środku zimy”, pani bibliotekarka uprzedziła mnie, że innym czytelnikom książka się nie podobała. Chciałam odłożyć „Ofiarę...” na półkę, ale ciekawość zwyciężyła.
Przez pierwszą część książki negatywne nastawienie wyniesione z biblioteki uparcie mnie nie opuszczało. Zimny (i to dosłownie) trup snujący filozoficzne dywagacje i zwracający się do policjantki. Wiele wątków niezwiązanych ze zbrodnią denerwowało, bo wydawało mi się, że Kallentoft postanowił napisać powieść psychologiczno-obyczajową z akcentem kryminalnym. Takie było moje pierwsze wrażenie.
A potem coś zaskoczyło. Akcja nabrała tempa i wszystko zaczęło się układać niczym dziecięce puzzle. Krok po kroku Kallentoft wprowadzał mnie do świata Malin Fors – zalewającej się w trupa, kobiety po przejściach, uprawiającej seks po pijanemu, często skacowanej tak fizycznie, jak i moralnie. Ot, rasowy detektyw, tyle że po feministycznym tuningu. I jak na rasowego detektywa – potrafiący bezbłędnie kojarzyć fakty i działać w imieniu ofiary.
I nawet monologi nieboszczyka przestały przeszkadzać.
Niebagatelną rzeczą jest również klimat powieści, wszechogarniające zimno, lodowate relacje między ludźmi pragnącymi schować swoje sekrety w najgłębszych zakamarkach duszy. Kallentoft nie widzi właściwie dobra w swoich rodakach. Postrzega ich jako zimne nomen omen istoty, pozbawione cieplejszych uczuć. Najzimniejszy od lat luty tylko potęguje mroźne relacje.
Czytałam Larssona. Czytałam Mankella. Jeszcze nie dotarłam do Läckberg, chociaż cztery jej pierwsze książki stoją na jednej z półek i czekają, wyjątkiem są przeczytane: „Zamieć śnieżna i woń migdałów”. Wiem jedno: Kallentoft nie pisze jak wyżej wymienieni, jest po prostu inny. I to jest ważne, bo po cóż pisać „jak nowy Larsson” czy „nowy Mankell”? Kallentoft skupia się na psychice i ciemnej stronie człowieka. Akcja natomiast jest spójna i logiczna. Czegóż chcieć więcej? 
Moja ocena: 4.5

piątek, 27 września 2013

Åke Edwardson „Taniec z aniołem”

Åke Edwardson, Taniec z aniołem, Czarna Owca, Warszawa 2010, 431 s.

W skromnym hotelu w południowym Londynie znaleziono zwłoki młodego Szweda. Wkrótce potem podobne morderstwo wydarzyło się w Göteborgu. Krwawe ślady każą przypuszczać, że w hotelowym pokoju odbył się makabryczny taniec. Dla 37-letniego komisarza Erika Wintera i jego współpracowników te wydarzenia są początkiem najtrudniejszego śledztwa, z jakim mieli do czynienia.
„Taniec z aniołem” został wyróżniony nagrodą Szwedzkiej Akademii Kryminału w 1997 jako najlepsza powieść kryminalna roku.

Chyba nie było żadnej innej książki przedstawionej do nagrody, skoro Åke Edwardson otrzymał wyróżnienie Szwedzkiej Akademii Kryminału.
Po mętnym prologu Edwardson wprowadza nas w świat komisarza Wintera. Mało w nim poświęcenia się wykryciu zbrodni. Komisarz Winter je, uprawia seks, umyka mu myśl, pije whisky, rozmawia, pije piwo, słucha jazzu, jakaś myśl błąka mu się po głowie. I tak bez końca.
Brudną robotę odwala za niego złodziej, a w samej akcji brak sensu i jakiejkolwiek logiki. W sumie powinnam rzucić w kąt (no dobra, delikatnie odłożyć) książkę przy pierwszym ziewaniu. Ale z zasady kończę książki, które zaczęłam czytać. Idealny usypiacz dla cierpiących na bezsenność. Ewentualnie dla zagorzałych zwolenników szwedzkich kryminałów.
Czterysta stron nudy zdecydowanie odstraszyło mnie od Edwardsona. Tym bardziej że jednocześnie czytałam „Czarną listę” Aleksandry Marininy i przyszło mi na myśl, jak bardzo światopogląd zależy od miejsca zamieszkania i przeszłości. Ale o tym napiszę więcej przy „Czarnej liście”.
„Taniec z aniołem” ma ciekawy tytuł i niezłą okładkę. Tym samym wychodzi na jaw, jak prawdziwe jest zdanie: „Nie oceniaj książki po okładce”. Bo zawartość jest odwrotnie proporcjonalna do atrakcyjności wydania.
I to tyle ode mnie.
Moja ocena: 2

czwartek, 24 stycznia 2013

John Ajvide Lindqvist „Ludzka przystań”

John Ajvide Lindqvist, Ludzka przystań, Amber, Warszawa 2010, 384 s.
 
Słoneczny zimowy dzień. Anders i jego sześcioletnia córeczka Maja podziwiają ze szczytu latarni morskiej idylliczny krajobraz. Wszędzie dokoła rozciąga się tylko śniegi Anders nie dostrzega tego, co pokazuje mu Maja. Dziewczynka schodzi, żeby przyjrzeć się z bliska temu, co widzi, i… znika. Nikt nie potrafi zrozumieć, co się stało. I nikt nie potrafi wyjaśnić, jak to możliwe, że ślady dziecka na śniegu nagle się urywają. Zrozpaczony ojciec przysięga sobie, że odnajdzie córeczkę – choćby w piekle…

Trochę zimy w środku zimy, czyli thriller Lindqvista. Spodobał mi się od pierwszych stron, a im dalej – tym było lepiej. Nie jest to może literatura z najwyższej półki, ale dobra rozrywka – tak. Powieść naszpikowana emocjami, smutkiem, nieprzystosowaniem, śniegiem, legendami. Bezpośrednio po przeczytaniu „Ludzkiej przystani” zanotowałam: „Klaustrofobiczny klimat w zaśnieżonym wydaniu.” Samo w sobie najbardziej przerażające jest zniknięcie dziecka, nagle urwane ślady na śniegu, niewiedza i bezsilność rodziców. I ich jakże różne reakcje – z jednej strony ucieczka w zapomnienie i dobrowolne pogodzenie się ze stratą, z drugiej – ucieczka w alkohol i pragnienie odzyskania dziecka za wszelką cenę.
Chwilami powieść staje się nierówna i przekombinowana, a jednocześnie Lindqvist stara się jak najdokładniej zanalizować swych bohaterów – ich charaktery i pobudki działania. Nie wszystkim się spodoba, ale może to i dobrze.
Moja ocena: 4

czwartek, 29 grudnia 2011

Kristina Ohlsson „Niechciane”

„Niechciane” to trudna książka. Nieprzyjemna i budząca niesmak. Debiutancka powieść kryminalna o sprawnie napisanej fabule. Odradzam ją świeżo upieczonym matkom i w ogóle osobom zbyt wrażliwym. Ofiarami u Ohlsson są małe dzieci, które tak naprawdę powinny dopiero odkrywać świat lub spędzać swój czas na placu zabaw. Zamiast tego stają się formą pokuty za grzechy rodziców.
Szwedzcy autorzy kryminałów stają się nie tylko coraz bardziej popularni, ale i coraz bardziej brutalni w opisywaniu tak zbrodni, jak i otaczającej ich rzeczywistości. Opiekuńcze państwo staje się mitem, zamiast tego mamy gwałt i przemoc. I dobrze skonstruowaną intrygę.
„Niechciane” czyta się szybko, aczkolwiek w miarę inteligentny czytelnik równie szybko skojarzy na czym polega główna intryga. Dodajmy do tego walkę płci, patologię i samotność głównych bohaterów – i oto mamy typowy szwedzki kryminał ostatnich dziesięcioleci. Debiut Ohlsson przesycony jest pesymizmem i na dobrą sprawę nie ma w „Niechcianych” szczęśliwego zakończenia. Ale jest chęć poznania dalszych losów detektywa Rechta i analityczki Bergman, a to już coś znaczy.
Moja ocena: 4.5