Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 marca 2017

Nicholas Kulish, Souad Mekhennet „Doktor Śmierć”

Nicholas Kulish, Souad Mekhennet, Doktor Śmierć. Aribert Heim. Bestia i zwyrodnialec, PWN, Warszawa 2014, 379 s.

Reporterzy „New York Timesa” opowiadają o jednym z najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy III Rzeszy i jego sekretnym życiu w Egipcie. „Doktor Śmierć. Aribert Heim. Bestia i zwyrodnialec” to wstrząsająca książka o oficerze SS, którzy zamienił medycynę z nauki o leczeniu w naukę o zabijaniu. Dr Aribert Heim na więźniach Mauthausen i innych obozów koncentracyjnych przeprowadził setki eksperymentów paramedycznych. Wykazał się szczególnym okrucieństwem i bezwzględnością. Według zeznań ocalałych, Heim wstrzykiwał pacjentom zabójcze substancje prosto w serce, aby sprawdzić, która z trucizn jest najtańsza i najszybsza w użyciu. W celach eksperymentalnych przeprowadzał operacje na zdrowych ludziach. Odcinał też i preparował głowy więźniów z ładnym uzębieniem. Po wojnie, oczyszczony z podejrzeń, prowadził legalną praktykę lekarską w Baden-Baden. Gdy nowe zeznania świadków dowiodły jednoznacznie jego winy, Heim zbiegł do Egiptu, a w ślad za nim ruszył trwający kilkadziesiąt lat pościg. 
Autorzy książki „Doktor Śmierć. Aribert Heim. Bestia i zwyrodnialec” z niezwykłą precyzją i historyczną dokładnością szkicują portrety poszukujących zbrodniarza śledczych, dociekają ich motywacji i odsłaniają momenty przełomowe. Ujawniają, w jaki sposób Aribert Heim uniknął schwytania. Przytaczają też liczne zapiski i korespondencję samego Heima oraz relacje członków jego rodziny. Poznajemy zatem nie tylko fakty - które każą Heima jednoznacznie potępić - ale również jego własną pokrętną interpretację rzeczywistości.



Aribert Heim
Jeden z najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy wojennych, dwoje dziennikarzy „New York Timesa”, w Polsce – książka wydana przez szacowne wydawnictwo. Wydawałoby się, że nic tylko czytać i się zachwycać. A jednak coś mi nie zagrało. Szacowne wydawnictwo od siebie dodało iście tabloidowy podtytuł: „Aribert Heim. Bestia i zwyrodnialec”, potem redaktor naukowy, Hubert Kuberski, uznał, że „W książce używany jest wyraz «naziści», kamuflujący odpowiedzialność za zbrodnie, które popełnili Niemcy lub Austriacy”[1]. Nie potrafię zgodzić się z rozumowaniem tego pana, że chodzi tu o daleko posuniętą poprawność polityczną i że cały naród jest odpowiedzialny za zbrodnie II wojny światowej, bowiem to z kolei jest daleko posunięte uogólnienie. W każdym razie zgrzyt pozostał, z rytmu czytania się wytrąciłam właściwie na początku i potem już tego rytmu nie odnalazłam. Bo chociaż Kulish i Mekhennet dość starannie odrobili swoją pracę domową i starali się szczegółowo przedstawić Ariberta Heima, to z książki po prostu wieje nudą. Połowa biografii nie dotyczy Heima, a z kolei kilka najbardziej drastycznych wiadomości dotyczących „Doktora Śmierć” powtarzanych jest wielokrotnie, aby czytelnik na pewno zapamiętał, że Heim był sprawcą śmierci kilkuset więźniów w Mauthausen. Rzecz w tym, że wcześniej służył również w Sachsenhausen i Buchenwaldzie, a o tym, co tam robił, praktycznie nie ma wzmianek. Autorzy skupili się na jego kilkutygodniowym pobycie w Mauthausen, przytaczają relacje ocalałych, piszą o zastrzykach w serce i preparowaniu czaszek. A potem wielokrotnie do tego wracają, aczkolwiek nie wnosząc tym nic nowego.
Z chwilą zaś, gdy Kulish i Mekhennet zaczynają pisać o Tareku Husseinie Faridzie zaczyna się istny festiwal przypuszczeń, gdybań i domniemywań, jakby autorzy nie do końca byli pewni, czy to, co piszą jest prawdą, czy nie; czy Heim faktycznie zbiegłszy do Kairu, przeszedł na islam i zmienił nazwisko, czy też Tarek Hussein Farid to ofiara podobieństwa do niemieckiego zbrodniarza.
Niestety całość napisana jest bez polotu. Chwilami wręcz zadziwia naiwność dziennikarzy. Jakby dopiero pisząc biografię Heima, poznawali historię najnowszą. Heim uciekł sprawiedliwości, chociaż po wojnie był aresztowany (i zwolniony z braku dowodów). Niemcy chciały zapomnieć o tym, do czego doprowadziły Europę w pierwszej połowie lat 40. i procesy w Dachau, Norymberdze czy Lüneburgu wydały się im wystarczającą pokutą. Gorzej, że podobnie myśleli również Amerykanie i Brytyjczycy, którym bardziej zależało na przechwyceniu nazistowskich naukowców, niż na wymierzeniu kary zbrodniarzom wojennym. To sprzyjało ludziom pokroju Heima, który przez blisko 20 lat żył i praktykował jako lekarz nie niepokojony przez nikogo. I można było napisać naprawdę dobrą historię, może krótszą, ale za to bez nachalnych powtórek, które zamiast wstrząsać, w końcu zaczynały niecierpliwić. Osobiście nie poleciłabym jej osobom zainteresowanym historią II wojny światowej. Może gdyby ją skrócić o jakieś 150 stron...
Moja ocena: 2


[1] Por. przypis redaktora naukowego, N. Kulish, S. Mekhennet, Doktor Śmierć. Aribert Heim. Bestia i zwyrodnialec, PWN, Warszawa 2014, s. 9.

niedziela, 20 listopada 2016

Jo Nesbø „Człowiek nietoperz”

Jo Nesbø, Człowiek nietoperz, Pol-Nordica, Otwock 2005, 367 s.

Norweski policjant Harry Hole przybywa do Sydney, aby wyjaśnić sprawę zabójstwa swej rodaczki, Inger Holter, być może ofiary seryjnego mordercy. Z miejscowym funkcjonariuszem, Aborygenem Andrew Kensingtonem, Harry poznaje dzielnicę domów publicznych i podejrzanych lokali, w których handluje się narkotykami, wędruje ulicami, po których snują się dewianci seksualni.

Ja rozumiem, że często tak bywa, że pierwsza część jest najsłabsza, vide: Sophie Hannah i „Twarzyczka”, Camilla Läckberg i „Księżniczka z lodu”. Podobno tak samo jest i z kryminałami Jo Nesbø. Ale, jak wielokrotnie podkreślałam, lubię czytać seriami, a treść „Karaluchów” jakoś mnie nie zachęca do kontynuowania znajomości z pisarzem. Zatem dalsza twórczość Nesbø będzie musiała poczekać.
Zaczęłam w sumie od końca, ale ani styl pisania Norwega, ani główny bohater – Harry Hole jakoś nie przypadli mi do gustu. Strasznie się wszystko ciągnęło przez pierwsze kilkaset stron, a dręczące policjanta pytanie: chlać czy nie chlać, wydaje się przez ostatnie lata wyeksploatowane do bólu. Dan Torrance, Malin Fors i inni czynią to bardziej przekonująco.
I chociaż sama zagadka (i jej zakończenie) potrafią zaciekawić, to jednak konieczność przedzierania się przez setki stron sztampy i kliszy skutecznie zniechęca. Wszystko to jakieś takie papierowe, stereotypowe, spostrzeżenia wyjęte ze szkolnych wypracowań gimnazjalistów, równie nieporadne charakterystyki nie tylko Hole’a, ale i postaci drugoplanowych. Dodajmy do tego opowieści o Australii, które miały chyba przybliżyć tło powieści, a brzmią, jak wyjątki przepisane z przewodnika... Nie, jakoś mnie to wszystko nie przekonało. Jak już zabraknie do czytania dobrych kryminałów, to sięgnę po jakieś przygody Harry’ego Hole’a. Może.
Moja ocena: 2

sobota, 5 listopada 2016

Stefania Grodzieńska „Kłania się PRL”

Stefania Grodzieńska, Kłania się PRL, Latarnik, Michałów – Grabina 2008, 319 s.

Dokonany przez Marcina Szczygielskiego wybór satyrycznych tekstów Stefanii Grodzieńskiej zamieszczonych w tym tomie obiecuje doskonałą zabawę: pozornie lekkie i zabawne trafiają w cel i wbijają szpilki w najbardziej delikatne „organy” władzy. Grodzieńska - również tancerka - w swoich literackich piruetach ot, niby niechcący, ale z pełną premedytacją rozdaje kopniaki prosto w siedzenia prominentów z wzorowym robotniczo-chłopskim rodowodem; rozdętych poczuciem władzy ekspedientek i urzędników. Takie kopniaki - wymierzone stopą obutą w baletkę - choć nie mogły wytrącić z równowagi stołków, na których zasiadały ofiary, to jednak potrafiły boleśnie zranić ich ego.

I okładka, i wstęp autorstwa Marcina Szczygielskiego zapowiadały ucztę PRL-owskiego humoru. Urodziłam się w czasach, kiedy Gierek chciał z Polski zrobić drugą Japonię, jestem zatem typowym dzieckiem schyłkowej fazy socjalistycznej ojczyzny (w liceum miałam jeszcze propedeutykę, ale już na maturze jej nie zdawaliśmy, bo w międzyczasie spotkali się panowie przy okrągłym stole, potem runął mur i wszyscy wiedzą, co się dalej działo). Wychowałam się na „Czterdziestolatku”, „Alternatywy 4” i „Zmiennikach”, nie przepadam za „Kabaretem Starszych Panów”, wolałam i wolę „Kabaret Dudek” z genialnym Janem Kobuszewskim i Edwardem Dziewońskim. I sądziłam, że w „Kłania się PRL” dostanę coś pomiędzy absurdami Barei i Dudka. No i się nacięłam.
Mnie teksty pani Grodzieńskiej nie śmieszyły. Po prostu. Nie mówię, że autorka nie miała zmysłu spostrzegawczości, bo miała, celnie wytykała wady i słabostki i szarego proletariusza (vide: bycie na bakier z uprzejmością i schludnością), i tego, który złapał chociaż trochę władzy (vide: panie ekspedientki w sklepach). Ale... moim zdaniem owe humoreski, felietony, jakkolwiek to nazwać, nie wytrzymały próby czasu i zwyczajnie się zestarzały. Wydały mi się przaśne, chwilami toporne i przede wszystkim mało dowcipne. Podobnie rzecz ma się z niektórymi filmami z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdzie razi mnie maniera aktorska i sztuczność.
Przeczytać „Kłania się PRL” na pewno warto, bo teksty nie powstały teraz, na fali sentymentów za socjalistycznym okresem w historii Polski, ale były pisane „na świeżo”, Grodzieńska wychwytywała bezsensy, nieżyciowe nakazy i zakazy, zamieniała je w teksty o ostrym ostrzu ironii. Po kilkudziesięciu latach ta ironia chyba zardzewiała. A może tylko mnie się tak wydaje, bo wystarczy wpisać w wyszukiwarkę tytuł książki i pojawiają się odnośniki do recenzji na blogach, wszystkie mniej lub bardziej pełne zachwytów nad tekstami pani Grodzieńskiej. Przykro mi, mnie nie zachwyciła.
Moja ocena: 2

środa, 2 listopada 2016

Diane Chamberlain „Zatoka o północy”

Diane Chamberlain, Zatoka o północy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, 517 s.

Wszystkie dzieci popełniają błędy – czasami tragiczne w skutkach…
Należący do rodziny letni dom na wybrzeżu New Jersey był dla Julie Bauer miejscem wakacyjnej sielanki… dopóki nie została zamordowana jej siedemnastoletnia siostra. Przez ponad czterdzieści lat, jakie minęły od śmierci Izzy, Julie nie zdołała uporać się z poczuciem winy, które rzuciło cień na całe jej życie, poważnie komplikując stosunki z matką i nastoletnią córką.
Niespodziewanie znaleziony list ujawnia, że do więzienia za morderstwo trafiła niewłaściwa osoba. Powraca pytanie, co naprawdę zaszło tamtej strasznej sierpniowej nocy w 1962 roku. Przy okazji wznowionego śledztwa wychodzą na jaw kolejne tajemnice; i choć ich wyjaśnienie wymaga bolesnego zmierzenia się z przeszłością, dzięki odkryciu prawdy Julie i najbliższe jej osoby mogą wreszcie zaznać spokoju.

Drugie podejście do twórczości Diane Chamberlain i na pewno ostatnie. Jest tylu innych autorów, którzy na pięciuset stronach nie zanudzają mnie niemalże na śmierć, że pani Chamberlain podziękuję.
„Zatokę o północy” wybrałam ze względu na temat – przedwczesna śmierć, niemożność poradzenia sobie ze skutkami pewnych wydarzeń, niedopowiedzenia i możliwość wyjaśnienia ich po latach – wydawałoby się, że czegoś takiego nie sposób zepsuć. I pani Chamberlain może nie zepsuła, ale rozmyła to w takiej ilości słów, że czytadło wydało mi się stanowczo przydługie i bezbarwne. Bo powieścią tego nie nazwę. Za dużo tu chwytów iście harlequinowskich, sztampowych bohaterów i banalności.
Lubię opowieści, które toczą się dwutorowo, ale nawet to nie pomogło książce, bo wprowadziło tylko niezamierzony chaos i masę nieistotnych faktów. Co gorsza, chociaż rozumiem, że nierozwiązane sprawy mogą kłaść się cieniem na relacje rodzinne nawet po kilkudziesięciu latach, postępowanie głównych bohaterek głównie irytowało, a nie – pobudzało do empatii i współczucia.
Samo zaś rozwiązanie zagadki wypadło nienaturalnie.
Nieprawdopodobieństwo i nuda – tak zapamiętam „Zatokę o północy”. Szkoda, bo wspomnienia szczęśliwych wakacji z dzieciństwa, owe chwile, do których wraca się z nostalgią i miejsca, w których kiedyś królowała natura, a obecnie zdominowane są przez deweloperów i chmary turystów, powroty w przeszłość – to jest coś, co ma potencjał i może stać się zalążkiem ciekawej, a nie – przeciętnej opowieści.
Moja ocena: 2

piątek, 24 czerwca 2016

Kate Atkinson „Przysługa”

Kate Atkinson, Przysługa, Czarna Owca, Warszawa 2014, 479 s.

W Edynburgu trwa słynny festiwal teatralny. Czekający w kolejce na spektakl są świadkami wypadku i brutalnej napaści. Kilka osób rusza poszkodowanym na pomoc. Wśród nich jest też Jackson Brodie, były detektyw. Wkrótce staje się on głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo…

Rozochocona powtórną lekturą „Historii jednej sprawy” rzuciłam się na „Przysługę” niczym kot na szperkę i... z każdą przeczytaną stroną książka coraz mniej mi się podobała. Zorganizowana przestępczość, nielegalne emigrantki zza wschodniej granicy, płatni zabójcy, nastolatki w fazie buntu i przypadkowość rozrastająca się w postępie geometrycznym to zupełnie nie moje klimaty. Co gorsza, bohaterki z „Historii...” zostały ukazane w takim świetle, że cała sympatia nabyta podczas lektury pierwszej powieści, gdzieś się ze mnie ulotniła. Atkinson zajęta nowymi pomysłami i bohaterami po prostu nie miała pomysłu na siostry. W ogóle zaś trudno polubić bohaterów „Przysługi”: są niesympatyczni, odpychający, gburowaci, megalomańscy i tak dalej i bez końca. Zapewne Atkinson chociaż część z tych osób chciała ukazać jako charaktery silne, ale mnie wydają się zrobieni właściwie z jednej sztancy.
Wątków, jak to u tej autorki, znów jest sporo, każdy prowadzony pieczołowicie i gdyby nie to, że (jak już wspomniałam) nie lubię tematów, które w książce są na pierwszym planie, byłabym oczarowana tym, jak wszystko precyzyjnie, pomimo pozorowanego chaosu się układa i wyjaśnia. Jednak ja jestem uczulona na wszelkiej maści kilerów (i wszelkie skorumpowane gliny też), wyjątkiem jest Leon Zawodowiec grany przez Jeana Reno (i analogicznie Norman Stansfield grany przez Gary’ego Oldmana), więc nijak nie mogłam się przekonać do Paula „Raya” Bradleya, jego schematycznej historii życiowej i dziwnej nieudolności przy wykonywaniu edynburskiego zadania.
Nie wiem, co Atkinson chciała przekazać w tekście „Przysługi”. Część kryminalna rozmywa się w części obyczajowej, która jakoś nie obfituje w odkrywcze obserwacje. Umieścić akcję w Edynburgu, podczas festiwalu i pisać o rosyjskich prostytutkach lub szemranych biznesmenach to tak, jak wejść do cukierni i kupić wisienkę bez tortu. Ale czytało się powieść Atkinson szybko, przestojów nie było, więc nie zamierzam rezygnować z czytania kolejnych przygód/losów Jacksona Brodie. Nie zmienia to jednak faktu, że tą częścią Atkinson wyrządziła mi niedźwiedzią przysługę.
Moja ocena: 2

piątek, 4 marca 2016

Robert Galbraith „Jedwabnik”

Robert Galbraith, Jedwabnik, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2014, 477 s.

Pisarz Owen Quine zaginął. Jego żona zleca sprawę prywatnemu detektywowi Cormoranowi Strike’owi. Kobieta sądzi, że mąż potrzebował kilku dni dla siebie, jak to zdarzało się już wcześniej. Strike ma go odnaleźć i sprowadzić do domu. W trakcie śledztwa okazuje się, że powód zniknięcia Quine’a może być znacznie poważniejszy niż podejrzewa żona. Pisarz właśnie ukończył rękopis będący jadowitym portretem niemal wszystkich jego znajomych. Gdyby książka została opublikowana, zrujnowałaby niejedno życie, więc wielu osobom mogło zależeć na uciszeniu autora. A kiedy ten zostaje odnaleziony – brutalnie zamordowany w dziwacznych okolicznościach – rozpoczyna się wyścig z czasem, by zrozumieć motyw bezwzględnego zabójcy, zabójcy, jakiego Strike do tej pory nie spotkał…

Pani Rowling lubi pisać, co nie znaczy, że robi to dobrze. Ja na przykład lubię śpiewać, ale ilekroć zaczynam „Angel of Music” moja starsza córka prosi: „Mamo, mogłabyś przestać?”
Pani Rowling wypłynęła na fenomenie Harry Pottera, którego czytałam wspomnianej starszej córce. Nie powiem, pierwsze trzy części nawet mi się podobały, acz od czwartej zaczęła się tendencja zniżkowa jakości na rzecz ilości wątków i... śmierci. Ostatniej, siódmej części po polsku nawet nie doczytałam, wystarczył mi oryginał i postanowienie, żeby się nie męczyć. I nie czytać o kolejnych morderstwach i zgonach, już wówczas Rowling miała mordercze zapędy, pozbawiając życia znaczną część czarodziejów, czarownic i magicznych stworzeń. Tak, wiem, nie o Potterze miałam pisać, ale trudno się powstrzymać od porównań i wspomnień, skoro po (nie)kontrolowanym przecieku okazało się, że Robert Galbraith, autor w sumie dość przeciętnego „Wołania kukułki” to sławna autorka sagi o młodym czarodzieju.
Prawdę mówiąc liczyłam, że „Jedwabnik” będzie równie dobry lub lepszy od debiutanckiej powieści ze Strike’em. A okazało się, że najciekawsze i najbardziej trzymające było w niej streszczenie na tylnej okładce. Natomiast z kartek książki wiało nudą i przegadaniem, pisaniem w stylu nader przeciętnym (co prawda styl Rowling nigdy nie był porywający i do literackości jej daleko i w serii o Potterze, i w „Trafnym wyborze”, i teraz w serii o Cormoranie Strike’u). I znowu, jak to u Rowling, jest dziwaczne hołubienie mało sympatycznych postaci. Kiedyś irytował mnie Ron Weasley (zastanawia mnie, dlaczego on przeżył armageddon wywołany przez Lorda Voldemorta), natomiast w „Jedwabniku” irytował mnie i główny bohater, i jego totumfacka. Kryminalna intryga niknie pod naporem nudnych, nic nie wnoszących pogadanek o dupie Maryni, rozterek seksualnych Strike’a i piekiełka zwanego rynkiem wydawniczym. Postaci mnożyły się w „Jedwabniku” chyba przez pączkowanie, bo w pewnej chwili już trudno mi było ogarnąć kto jest kim, z kim sypiał/sypia, dla kogo pracuje i kogo oszukuje. Ale jakby tego mało, Galbraith/Rowling zagmatwał/a końcówkę koszmarnie. Tajemnicze polecenia, szykowanie się do akcji na miarę D-Day, wielkie oczekiwanie i... piorun okazał się zwykłą petardą. Dodam, że strasznie naciąganą!
Przeczytałam książkę męcząc się bardzo. Rozczarowanie rosło ze strony na stronę. I kiedy w końcu zobaczyłam pieczątkę biblioteki wieńczącą to dzieło, postanowiłam, że po kolejnego Cormorana Strike’a nie sięgnę. Szkoda mi czasu. Od tamtego postanowienia minął rok, wyszły „Żniwa zła”, a mnie odrzuca już sam opis o diabelnie inteligentnej zagadce. Się nie dam nabrać.
Moja ocena: 2

sobota, 27 lutego 2016

Lisa Gardner „Godzina zbrodni”

Lisa Gardner, Godzina zbrodni, Amber, Warszawa 2003, 303 s.

Za każdym razem uderza w lecie, podczas fali upałów. Za każdym razem uprowadza dwie ofiary. Za każdym razem zostawia wskazówki, gdzie ich szukać. I za każdym razem policja odnajduje je zbyt późno. Tego lata gra zaczyna się od nowa. Agentka FBI Kimberly Quincy wie, że może ocalić porwane. Ale musi wygrać wyścig z czasem - idealnym sprzymierzeńcem zabójcy, który jest bliżej, niż sądziła...

Nie podeszła mi ta książka. A zapowiadało się świetnie, bo intryga ciekawa, niebanalna, bo ilu pisarzy pisało o porywaniu ofiar parami?
A jednak coś nie zagrało. Może dlatego że strasznie męczyłam się przy czytaniu fragmentów poświęconych jednej z ofiar porywacza-mordercy. Upał, pragnienie, wszechobecne komary i muchy, a ja, wstyd się przyznać, nudziłam się strasznie. Nie czułam więzi z ofiarą, nawet nie wiedziałam, czy jej współczuję. Chciałam mieć po prostu jak najszybciej ten tekst za sobą, chciałam, żeby coś się działo... Nie mówię, że nie jestem pozbawiona empatii, do tej pory potrafię mieć gulę w gardle w szczególnie smutnych czy wzruszających momentach, więc nie sądzę, że coś jest ze mną nie tak. Raczej z wcześniejszymi książkami Gardner, kiedy jeszcze nie opanowała wystarczająco warsztatu i nie nauczyła się grać na emocjach czytelnika, bo skupiała się na rzeczach mało istotnych lub mało przekonujących.
Książka bardzo taka sobie.
Moja ocena: 2

piątek, 26 lutego 2016

Zygmunt Miłoszewski „Gniew”

Zygmunt Miłoszewski, Gniew, W.A.B., Warszawa 2014, 407 s.

25 listopada 2013 prokurator Teodor Szacki zostaje wezwany do zrujnowanego bunkra koło poniemieckiego szpitala miejskiego. W czasie robót drogowych odnaleziono tam stary szkielet. Szacki bezrefleksyjnie „odfajkowuje Niemca”, jak się tutaj nazywa wojenne szczątki, i każe przekazać je uczelni medycznej, gdzie wiecznie brakuje eksponatów do celów dydaktycznych. Nie przypuszcza, że to, co wydawało się końcem rutynowej procedury, jest początkiem najtrudniejszej sprawy w jego prokuratorskiej karierze. Sprawy, która pozbawi go prawniczego dystansu, zmusi do wyborów ostatecznych i okaże się ostatnim dochodzeniem prokuratora Teodora Szackiego.

Gniew – chyba każdy zna to uczucie. Ja też poczułam gniew, kończąc powieść Miłoszewskiego. Fala zachwytów i krytyki przetoczyła się nad ostatnią częścią trylogii o Teodorze Szackim już jakiś czas temu, niniejszych kilka zdań będzie zatem raczej moją subiektywną opinią niż recenzją jako taką.
„Gniew” zaczyna się z przytupem. Akcja rozwija się dobrze, choć odniesienia do życia prywatnego Szackiego nużą po prostu. Miłoszewski zarysowuje intrygę, zaciekawia i nagle... wykonuje woltę i wszystko zmierza do wydumanego finału. Samo zaś zakończenie jest zwykłą kpiną z czytelnika i jego oczekiwań. Co to miało niby być?! Ukazanie, że autorowi wszystko wolno, łącznie z przyprawieniem gęby czytelnikowi? Miłoszewski pomylił gatunki. I wkurzył mnie. Zresztą wkurzył mnie już wcześniej, od chwili porwania można było przeczuć, że autor nie ma pomysłu na opowieść i zaczyna udziwniać na siłę, bronić się przeciwko schematom rządzącym kryminałami czy thrillerami, jak zwał tak zwał. Dreszcze mnie przechodziły, owszem, ale ze zdumienia, że można tak skopać niezły w sumie pomysł.
Po „Uwikłaniu”, które mnie urzekło i po „Ziarnie prawdy” stanowiącym thriller niemalże idealny, „Gniew” okazał się wielkim rozczarowaniem. I tyle.
Moja ocena: 2

niedziela, 13 grudnia 2015

Sasza Hady „Trup z Nottingham”

Sasza Hady, Trup z Nottingham, Oficynka, Gdańsk 2013, 421 s.

Nick, spokojny i nieśmiały policjant, zostaje zwabiony w pułapkę przez mordercę. By rozwikłać zagadkę, wciela się w rolę fikcyjnego detektywa Alfreda Bendelina, badającego morderstwo Waltera Darringtona, właściciela znanego wydawnictwa. Z pomocą swojego najlepszego przyjaciela Ruperta poznaje motywy zbrodni i w imię sprawiedliwości staje w szranki z mordercą.

Sasza Hady a bardziej swojsko – Aleksandra Motyka napisała jak dotąd dwa kryminały o Nicku Jonesie aka Alfredzie Bendelinie. Mnie do rąk trafiła druga część, której akcja rozgrywa się w Nottingham. I prawdę mówiąc, pierwszej części szukać nie będę.
Niby wszystko zgrabnie i ładnie, ale jakoś tak bez bigla. Postaci są barwne (chwilami zbyt barwne), powodów do zbrodni wiele (aż nazbyt wiele), fakty mieszają się z pogłoskami, plotkami, co sprawia, że książka się rozrasta, acz na tym nie zyskuje. Nie bawiły mnie ciotki głównego bohatera (chyba miało być dowcipnie), nie podobały mi się niedopowiedzenia (panna/pani Hady aka Motyka obiecała kilka wyjaśnień w kolejnym tomie przygód Jonesa aka Bendelina, zajęła się jednak czym innym i kolejnych przygód nie ma, odpowiedzi takoż), nie poddałam się angielskiemu klimatowi lat osiemdziesiątych, bo go po prostu nie czułam.
Przeczytałam, oddałam do biblioteki i tyle.
Moja ocena: 2

czwartek, 19 listopada 2015

Katarzyna Bonda „Dziewiąta runa” aka „Sprawa Niny Frank”

Katarzyna Bonda, Dziewiąta runa, Videograf II, Chorzów 2011, 427 s.

Kiedy aktorka Nina Frank zostaje znaleziona w swoim dworku nad Bugiem martwa, do Mielnika nad Bugiem przyjeżdża Hubert Meyer - profiler policyjny i zaczyna po kolei odkrywać tajemnice gwiazdy. Poznając sekrety Frank i próbując stworzyć profil jej mordercy, Hubert Meyer analizuje także swoje życie, atakują go wspomnienia i przy okazji badania zbrodni dociera do skrywanych przed sobą własnych tajemnic.

Achy i ochy prawie wszędzie nad Katarzyną Bondą, zatem skoro zauważyłam w bibliotece, wzięłam „Dziewiątą runę” i „Tylko martwi nie kłamią”. Lubię zaczynać od początku, więc chociaż część druga wydawała się bardziej interesująca, najpierw sięgnęłam po „Dziewiątą runę”.
Mam mieszane uczucia po lekturze. Ba! Już w trakcie czytania zdarzały się chwile, że „Dziewiątą runę” chciałam odłożyć i pal licho, kto zabił, bez tej wiedzy można żyć. Ciężko jest czytać książkę kiedy głównego bohatera nie można nijak polubić, a ofiary – nijak żałować. Jeszcze ciężej – kiedy autorka posługuje się sztampowym językiem: „ból głowy wgniatał mnie w ciemność poduszki”, „(...) zgubiłam się w meandrach moich marzeń” i wyświechtanymi kalkami: „sprzedałam im trzydziesty siódmy wystudiowany uśmiech”. Wyznania mordercy są wplecione we fragmenty internetowego dziennika i akcji sensu stricto. Nie wnoszą do opowieści nic nowego, żadnego dramatyzmu, chociaż Bonda stara się epatować okrucieństwem i patologią wszelkiego rodzaju: „rycie w twojej idealnej skórze bardzo mnie uspokajało”, „gdybym mógł, zabiłbym cię jeszcze mocniej”. Pomysły są nawet niezłe, nie nadąża jednak warsztat pisarski.
„Dziewiąta runa” reklamowana jest jako powieść kryminalna, stąd może taka ilość pobocznych, niestety najzupełniej zbędnych, wątków. Penisowo-sercowe rozterki Meyera, niesympatyczni współpracownicy/przełożeni, stosunek mieszkańców do obcych – widać, że autorka bardzo się starała przybliżyć czytelnikom cały świat, który sobie wymyśliła, ale wykonanie było toporne, mające tyle finezji co reklama środków na przeczyszczenie. Nic jednak nie jest gorsze od wprowadzenia do powieści elementów onirycznych. Majaki profilera po wypiciu mikstury (sic!) u specjalistów od egzorcyzmów, bioterapii i talizmanów to jakieś nieporozumienie, podobnie jak dwa ostatnie rozdziały książki, mające pozostawić czytelnika w niepewności, a tak naprawdę – budzące raczej irytację.
Dawno nie czułam takiej ulgi, kiedy skończyłam książkę.
Moja ocena: 2

wtorek, 10 listopada 2015

Wolf Haas „Wskrzeszenie umarłych”

Wolf Haas, Wskrzeszenie umarłych, G+J, Warszawa 2007, 175 s.

Nieoczekiwanie ostra zima, która zaatakowała leżące na austriackiej prowincji miasteczko Zell am See, nie pozostawiała wątpliwości: takie anomalie nie zwiastują niczego dobrego. Wkrótce fatum, które nadciągnęło wraz ze śniegiem, objawiło się w makabryczny sposób. Na jednym z krzesełek wyciągu zostają odnalezione zwłoki zamarzniętego amerykańskiego małżeństwa. Po szybkim zamknięciu sprawy przez policję, przejmuje ją prywatny detektyw Simon Brenner.

Zewsząd atakuje nas bełkot słowny. Coraz trudniej o prozę, która nie odzwierciedla nieporadności bądź niewiedzy autora. „Wskrzeszenie umarłych” to stylistyczne dno, jedna wielka retardacja, bez której tekst liczyłby może 10 stron, a może i mniej.
Nie szukam w książkach rozrywkowych udziwnień, lubię kryminały sprawnie, logicznie i poprawnie napisane. Tymczasem Wolf Haas postanowił zadziwić czytelnika dziwacznym słowotokiem, z którego mało co wynika. Szkoda, bo gdyby nie irytująca maniera pisania, opowieść o śledztwie w sprawie dwojga Amerykanów byłaby całkiem ciekawa.
Trudno nazwać „Wskrzeszenie...” powieścią, bo utwór liczy sobie 175 stron rozstrzelonego (i chaotycznego) tekstu. Miało być „jak w życiu”, z dygresjami, rwącymi się myślami, odbieganiem od tematu, a wyszło tak, jakby Haas spisał litera po literze nagrany na dyktafon monolog podchmielonego faceta. Zniechęciło mnie to do czytania bardziej niż pojawiające się na scenie dziwne postaci. Mała, zamknięta lokalna społeczność potrafi być skrywać najgorsze tajemnice, o nich Haas napomykał tylko mimochodem. I znowu powiem: szkoda, bo gdyby tekst był inaczej napisany, mniej eksperymentalnie a bardziej literacko – „Wskrzeszenie umarłych” nic by na tym nie straciło. Odwrotnie – byłoby bardziej strawne.
Moja ocena: 2

piątek, 23 października 2015

Dan Brown „Inferno”

Dan Brown, Inferno, Sonia Draga, Katowice 2013, 592 s.

Światowej sławy specjalista od symboli, Robert Langdon, budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce.
Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego…
Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować ludzkość przed śmiertelnym zagrożeniem?

To już trąci zwietrzałym schematem. Robert Langdon biegał swego czasu po Rzymie i Watykanie, potem po Paryżu i Londynie, biegał też bodajże po Waszyngtonie (biję się w piersi, mało co pamiętam z nużącego „Zaginionego symbolu”). W „Inferno” Langdon znowu biega od punktu A do punktu B. Przemierza Florencję wzdłuż i wszerz szukając śladów Dantego i jego „Boskiej komedii”. Znowu do Langdona strzelają, on znowu zadaje się z piękną kobietą i pokłada nadzieję, nie w tych co trzeba. I znowu niszczy bezcenne dzieło sztuki, jakby Dan Brown nie mógł się powstrzymać i chociaż na kartach książki chciał sobie pofolgować i zubożyć nieco europejskie dziedzictwo. I znowu Dan Brown łopatologicznie wkłada do głowy czytelnika wszelkie sprawdzone i niesprawdzone opowieści o Dantem, Florencji i jej zabytkach, a czyni to w trakcie karkołomnego florenckiego maratonu Langdona.
Książkę przeczytałam, chociaż im bliżej końca, tym bardziej mnie wszystkie te schematyczne powtórzenia irytowały. A sam finał zaskoczył nielogicznością. O wiele skuteczniej byłoby wysłać Langdona do Chin czy Indii, obie kultury są pełne symboli, a i pisarza, którego tropem mógłby podążać naukowiec, dałoby się znaleźć i łatwo uzasadnić ów wybór. Cóż, kiedy Dan Brown z upodobaniem zasadził się na Stary Kontynent.
A najgorsze jest to, że pewnie i tak sięgnę po kolejną książkę Browna. Chociażby po to, aby przekonać się, co tym razem Langdon unicestwił.
Moja ocena: 2

środa, 21 października 2015

Martha Grimes „Przystań Nieszczęsnych Dusz”

Martha Grimes, Przystań Nieszczęsnych Dusz, W.A.B., Warszawa 2013, 237 s.

Nierozwiązana sprawa śmierci Rose Mulvanney, jedyna taka w karierze inspektora Briana Macalviego wraca po 20 latach. Z pomocą Richarda Jury'ego ze Scotland Yardu uda się ją wreszcie rozwiązać, chociaż pochwycenie mordercy nie będzie już możliwe. Rozwiązanie przyjdzie „przy okazji” poszukiwania zabójcy trójki dzieci, których pocięte nożem ciała znaleziono w okolicach Dartmoor (każde w innym miasteczku).

„Pod Huncwotem” przeczytałam z dużą przyjemnością. „Pod Przechytrzonym Lisem” z przyjemnością mniejszą. Natomiast lektura „Przystani Nieszczęsnych Duch” to już żadna przyjemność.
Dzieje się w powieści sporo, acz niewiele ma to wspólnego ze zbrodniami. Grimes skupiła się na rozterkach duchowych inspektora Macalviego i postaci kolejnego dziecka, któremu może grozić niebezpieczeństwo: dziesięcioletniej arystokratki zamieszkującej posiadłość wśród wrzosowisk, nad wiek rezolutnej, inteligentnej i oczywiście niemożebnie rozpuszczonej. Nikną gdzieś w tym poczynania Jury’ego i jego przyjaciela Planta, niknie samo dochodzenie. A im bliżej końca, robi się bardziej chaotycznie i pobieżnie. Najsłabsza powieść z cyklu o Richardzie Jurym, jaką do tej pory przeczytałam. Szkoda.
Moja ocena: 2

sobota, 3 maja 2014

Witalij Ruczinski „Powrót Wolanda albo nowa diaboliada”

Witalij Ruczinski, Powrót Wolanda albo nowa diaboliada, Książnica, Katowice 2005, 357 s.

Witalij Ruczinski, bajkopisarz, autor przemówień Gorbaczowa, twórczo nawiązując do epokowej powieści Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata” i czerpiąc wątki z genialnego pierwowzoru, zabiera nas do Moskwy ogarniętej gorączką pierestrojki. Spotykamy tam Wolanda i cały jego dwór, odnajdujemy ten sam co u Bułhakowa klimat. Z jednej strony ciepło i sympatia dla panopticum postaci, z drugiej duszna atmosfera rosyjskiej stolicy, która mimo, że rozentuzjazmowana zachodzącymi przemianami tak naprawdę niewiele różni się od tej opisanej w „Mistrzu i Małgorzacie” dekadencka, siermiężna, nieprzyjazna dla każdego, kto przejawia jakąkolwiek wrażliwość.

„Twórcze nawiązywanie” Ruczinskiego powinno być karane dożywotnim zakazem publikacji. Tak w jednym zdaniu można podsumować „Powrót Wolanda”.
Pan Ruczinski wziął na warsztat postacie i poetykę genialnej powieści Bułhakowa, przeżuł treść i wypluł z siebie gniot, którego czytać się właściwie nie da. Nie lubię szastać wielkimi przymiotnikami, ale wystarczy przeczytać pierwszy rozdział pierwowzoru (ten, gdzie nie należy rozmawiać z nieznajomym), aby poznać niezwykły, latami dopracowywany styl „Mistrza i Małgorzaty”. U Bułhakowa Woland, Korowiow, Azazello, Behemot to istoty piekielnie złośliwe, piekielnie inteligentne, z piekła rodem po prostu. Natomiast po tym, jak zabrał się za nie Ruczinski, diabły zdziadziały i straciły wcześniejszy polot.
W ogóle historia stworzona przez niego jest przyciężka i nudnawa. Główni bohaterowie nie wzbudzają sympatii, a rozdział drugi stanowiący uwagi odautorskie to doczepione na siłę ni to usprawiedliwienie, ni przypowiastka zupełnie odbiegająca od tematu powieści. Jakby autor pragnął za wszelką cenę rozśmieszyć czytelnika jeśli nie perypetiami Jakuszina czy Pierietraki, to swoimi. Efekt niestety wcale śmieszny nie jest. Irytuje niespełniony dramaturg Jakuszin, irytują diabły, irytuje powołany do życia królik Kuzia, irytują politycy, bez końca można tak wymieniać. Owszem, używa sobie Ruczinski na korupcji władzy, ale już tę najwyższą stara się opisywać ostrożnie, jakby nie chciał podpaść epigonom. Sztuczki diabelskie Wolanda i spółki rażą prymitywnością i brakiem fantazji, a opis balu tyranów jest wymuszony, brak narracji lekkości jaka cechowała pierwowzór, brak głębi i finezji.
Zamiast czytać nieudaną powieść Ruczinskiego, lepiej sięgnąć po oryginał. A jeśli ktoś chce poznać życie moskwian w latach dziewięćdziesiątych, lepiej już poczytać obyczajowe kryminały Aleksandy Marininy niż „dzieło” satyryczne Ruczinskiego.
Moja ocena: 2

wtorek, 22 kwietnia 2014

Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu”

Camilla Läckberg, Księżniczka z lodu, Czarna Owca, Warszawa 2009, 424 s.

W niewielkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Szwecji, wśród małej, zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą – w jednym z domów odkryto zwłoki młodej kobiety. Początkowo wszystko wskazuje na samobójstwo, okazuje się jednak, że Alex została zamordowana. Prywatne śledztwo rozpoczyna Erika Falck – pisarka i przyjaciółka Alex z dzieciństwa, do której dołącza miejscowy policjant Patrik Hedström.

Pewnego grudniowego dnia zeszłego roku pomyślałam, że książki Läckberg już wystarczająco się odleżały na mojej półce. Pomimo falstartu z „Zamiecią śnieżną...” postanowiłam, że skoro jest zima bez śniegu, to chociaż sobie poczytam o mroźnej Fjällbace.
Rozczarowałam się srodze. Niby intryga jest, niby postaci są opisane dobrze, ale niestety pani Läckberg ma (przynajmniej w „Księżniczce z lodu”) irytującą manierę bycia nieuczciwą w stosunku do czytelnika. Emma Falck dowiaduje się o rzeczach, które dopiero potem wychodzą na jaw, w jej rozmowach z zainteresowanymi. Moment z przeczytaniem porwanego tekstu wyciągniętego z kosza na śmieci jest najbardziej wymowny. Läckberg powinna przekazać wiadomość i czytelnikom, zamiast tego musimy czekać, aż autorka zdecyduje się na właściwą chwilę. Tym samym czytelnik z góry stoi na straconej pozycji i może być tylko obserwatorem poczynań Emmy.
Drugą kwestią jest styl pisania Läckberg. Jest chwilami tak zawiły, wypełniony zaimkami i przenośniami, że można się pogubić kto, co i jak. Nieścisłości występują też w wypowiedziach dotyczących istotnych kwestii: co i kiedy się zepsuło, kto i kiedy odwiedził denatkę przed śmiercią. Ponad 400 stron nudy i marnego stylu pisania. Bardzo mi się nie podobało i ledwo dobrnęłam do końca, chociaż pomimo utrudnień ze strony autorki, wreszcie zaczęłam się domyślać jakie tajemnice zabrała ze sobą do grobu tytułowa „księżniczka z lodu”. Nie rozumiem fenomenu Läckberg. Na półce stoją jeszcze trzy jej kolejne książki, pewnie kiedyś po nie sięgnę. Ale szkoda mi wydanych pieniędzy. Mogłam zamiast powieści Läckberg kupić o wiele lepsze książki.
Moja ocena: 2

poniedziałek, 10 marca 2014

Arthur Conan Doyle „Pożegnalny ukłon”

Arthur Conan Doyle, Pożegnalny ukłon, Algo, Toruń 2012, 272 s.

W „Pożegnalnym ukłonie” w ośmiu opowiadaniach spisanych przez doktora Watsona Sherlock Holmes rozwiązuje kolejne pasjonujące zagadki kryminalne. Pomaga m.in. w sprawie włoskiej mafii, przerażających zbrodni znanych jako horror kornwalijski, swojemu bratu Maycroftowi i rządowi Wielkiej Brytanii oraz prowadzi skomplikowaną grę z niemieckim szpiegiem w przededniu wojny...

Podobnie jak w przypadku „Spraw Sherlocka Holmesa”, całą przyjemność z czytania psuł mi fatalny, nowatorski przekład pani Ewy Łozińskiej-Miałkiewicz.
Przebrnęłam przez tę książkę tylko dlatego że żadnego z opowiadań nie czytałam wcześniej i w głowie mi się nie telepały fragmenty lepiej ujętego tekstu. Conan Doyle w sumie broni się sam, podobnie jak i jego bohaterowie. Zagadki są ciekawe, chwilami autor dokonuje ekwilibrystyki konstrukcyjnej, mnoży znaki zapytania, a potem wkracza pan Holmes i zaczyna działać.
Mając do wyboru produkt toruńskiego wydawnictwa i dostęp do oryginalnych tekstów sir Doyle’a (w końcu jakiś pożytek z internetu musi być) stanowczo opowiadam się za tą drugą opcją. Nie zdzierżę bowiem kolejnych „dobra”.
Moja ocena: 2 (ponownie za przekład)

czwartek, 6 marca 2014

Arthur Conan Doyle „Sprawy Sherlocka Holmesa”

Arthur Conan Doyle, Sprawy Sherlocka Holmesa, Algo, Toruń 2012, 340 s.

„Sprawy Sherlocka Holmesa” to ostatni, dziewiąty tom poświęcony detektywom z Baker Street - zbiór dwunastu opowiadań, w których Sherlock Holmes i doktor John H. Watson rozwiązują skomplikowane i pasjonujące zagadki kryminalne. M.in. szukają zaginionego diamentu Korony, „wampira z Sussex”, wyjaśniają okoliczności tajemniczych zgonów nad brzegiem oceanu i straszliwego ataku lwa w cyrku..

Mam sentyment do Conan Doyle’a i jego Sherlocka Holmesa. Tomik rzucił mi się w oczy w bibliotece. Wzięłam go, coby odświeżyć znajomość z lat młodości. I co się namęczyłam, to moje. Tłumaczenie jak leci każdego „well” niezależnie od kontekstu jako „dobra!” nie wydaje się wróżyć nowej tłumaczce wielkiej kariery. A może jednak... miernoty są najtrudniejsze do wyplenienia. Nie wyobrażam sobie, jak ktoś w miarę inteligentny i oczytany mógłby włożyć w usta wiktoriańskiego dżentelmena tak pospolite słowo! W ogóle przekład jest tak toporny i dosłowny, pozbawiony lekkości literackiej, że całkowicie przesłonił postać Holmesa i jego przyjaciela Watsona. Nic nie poradzę, ale tych opowiadań nie sposób czytać. Przynajmniej ja nie mogę. Tym bardziej że kilka z nich czytałam w naprawdę dobrych przekładach, które nie stawały mi kością w gardle.
Bardzo lubię Sherlocka Holmesa, ale temu wydaniu mówię stanowcze nie! Nie mogłam się skupić na lekturze, bo czkawką mi się odbijały rozmowy prowadzone w tak nowoczesnym, niedbałym języku, że urągało to wszelkim normom.
Moja ocena: 2 (przypominam: oceniam tylko wydanie w przekładzie Ewy Łozińskiej-Miałkiewicz)