Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura australijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura australijska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2015

Michel Faber „Bliźnięta Fahrenheit”

Michel Faber, Bliźnięta Fahrenheit, W.A.B., Warszawa 2007, 382 s.

Bliźnięta Fahrenheit to zbiór siedemnastu znakomitych opowiadań, porównywanych przez krytyków z dokonaniami Josepha Conrada, W. Somerseta Maughama czy Iana McEwana. Miłość, samotność, rozstanie, obłęd – tematy powracające w prozie Fabera – nabierają tu nowego, niebanalnego znaczenia. Poznajemy między innymi historię matki, która uśmierca swoje dziecko; geja, który na nowo przeżywa miłość do swojej córki; eleganckich starszych panów zjeżdżających z całego świata na wykład prowadzony przez piękną egzotyczną prezenterkę; pisarki tracącej kontakt z rzeczywistością oraz bliźniąt, które muszą zdecydować, co zrobić z ciałem zmarłej matki.

Całkiem udany zbiór różnorodnych opowiadań. Michel Faber puszcza wodze wyobraźni i zaprasza czytelnika w podróż przez kontynenty i style literackie. To, co łączy wszystkie tytuły ze zbioru „Bliźnięta Fahrenheit” to dbałość o wyraziste przedstawienie bohaterów, skupienie się na ich problemach, niemożności poradzenia sobie z własnym jestestwem, przygniecionych przeszłością i teraźniejszością. Bohaterowie zaś dopracowani są niemalże do perfekcji, ich czyny i myśli, ich charaktery tworzą wielobarwną mozaikę, zaskakującą chwilami w swej irracjonalności, że wspomnę sfiksowaną autorkę piszącą opowieść opowiedzianą przez kota („Tabitha Warren”), matkę małego dziecka skupioną na sobie i tylko sobie („Błahość czynu”), iście marquezowskiego dyktatora (dosłownie) o wielkim sercu („Finezja”) czy egzotyczną prelegentkę prowadzącą wykład o kokosach („Wykład o kokosach”).
Faber przedstawia zaledwie wycinek z życia swych bohaterów, akcentuje zdarzenia, które wydawałyby się błahe, mało istotne. Ale czyż życie nie składa się z takich właśnie dni i godzin? Dopiero po fakcie możemy stwierdzić, że takie a nie inne wydarzenia zaważyło na naszym życiu. Oglądając się wstecz, możemy jasno określić, co wpłynęło na nas i nasze wybory. Opowiadania Fabera są dobrym przykładem, by baczniej zwracać uwagę na to, co się z nami i wokół nas dzieje.
Moja ocena: 4.5

wtorek, 13 maja 2014

Katherine Scholes „Kamienny anioł”

Katherine Scholes, Kamienny anioł, Świat Książki, Warszawa 2008, 368 s.

Nostalgiczny romans obyczajowy autorki „Królowej deszczu”, rozgrywający się na egzotycznej Tasmanii. Wzruszająca historia o sile pierwszego uczucia i przezwyciężaniu bolesnej przeszłości Na wieść o zaginięciu ojca na morzu, wzięta dziennikarka Stella po piętnastu latach powraca do rodzinnego domu na malowniczą wyspę. W młodości poznała tu Zefa, samotnego żeglarza, który rozkochał ją w sobie i odpłynął, zmieniając jej życie na zawsze. Najbliżsi nie chcieli jej wtedy zrozumieć i skrzywdzili... Czy kapryśny los może się jeszcze uśmiechnąć?

Zazwyczaj szkoda mi czasu na romanse, ale pewnego marcowego, ponurego popołudnia sięgnęłam po jedną z książek kupionych za bezcen w bibliotece. Nie znałam twórczości Katherine Scholes, nie czytałam jej „Królowej deszczu”, lecz pod ręką miałam „Kamiennego anioła” obiecującego egzotykę Tasmanii. Się skusiłam.
Chyba właśnie w tamtej chwili potrzebowałam czegoś dość lekkiego, bo nieoczekiwanie książka pani Scholes przypadła mi do gustu. Najpierw bieda Etiopii, potem bajeczne krajobrazy Tasmanii i rodzinne tajemnice. Romans rozgrywał się gdzieś w tle, nie był za bardzo ckliwy ani naładowany erotyką. Istotne natomiast były relacje rodziców Stelli tak z córką, jak i między sobą. Małżeństwo despoty i uległej żony ukazane w najdrobniejszych i najsmutniejszych szczegółach. Scholes zademonstrowała jak nadmierne wypełnianie przysięgi małżeńskiej może doprowadzić do letargu za życia. Jak poddanie się woli drugiego człowieka wysysa z poddającego się soki życiowe.
Czytadło w sam raz na weekend, ale jednocześnie ostrzeżenie przed zbytnią zaborczością i ciągotami do wszechwiedzy. Zazwyczaj się nie rozklejam przy tego typu książkach, ale pewne sugestywne opisy potrafią doprowadzić mnie do łez. W trakcie czytania „Kamiennego anioła” oczy mi się zaszkliły, a po zakończeniu lektury mimowolnie zastanawiałam się nad kwestią wybaczania i niezłomnej woli rodzica, którzy jest surowy i nielojalny w imię wyższego, przez siebie tylko, pojmowanego dobra.
Niezłe.
Moja ocena: 4

poniedziałek, 5 maja 2014

Kate Morton „Strażnik tajemnic”

Kate Morton, Strażnik tajemnic, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2013, 558 s.

W wiejskiej angielskiej posiadłości, w swingujących latach 60. szesnastoletnia Laurel wymyka się z rodzinnego pikniku urodzinowego i chowa w domku na drzewie, by snuć samotnie marzenia o przyszłości. Nagle widzi nieznajomego, który zbliża się do domu i rozmawia z jej matką. Wkrótce zostaje świadkiem strasznej zbrodni, która położy się cieniem na całym jej życiu. Odtąd zawsze będzie zadawać sobie pytanie, kim tak naprawdę jest jej piękna, niezwykła matka, kim była w przeszłości.
Pięćdziesiąt lat później Laurel jest wybitną aktorką mieszkającą w Londynie. Spotyka się ze swym rodzeństwem w domu rodzinnym, by świętować dziewięćdziesiąte urodziny matki. Niespodziewanie powraca przeszłość, a Laurel wie, że to ostatnia szansa na odkrycie zagrzebanych w niej sekretów. Zaczyna skomplikowane śledztwo, które po nitce wspomnień Dorothy oraz innych związanych z nią osób doprowadzi w końcu do kłębka tajemnicy.

Nie ma w tej powieści Kate Morton zamków ani rezydencji arystokratów. „Strażnik tajemnic” to historia zwyczajnych ludzi, kochającej się rodziny naznaczonej tragedią II wojny światowej i wciąż otwartą raną z powodu tego, co rodzeństwo widziało pewnego słonecznego przedpołudnia: Laurel spomiędzy gałęzi drzewa, a jej mały braciszek znajdując się najpierw w ramionach matki, a potem siedząc u jej stóp.
Tajemnice tylko z pozoru są bardzo romantyczne. Czasami jednak wpływają negatywnie na ludzi, którzy znając ich strzępki, nie umieją ułożyć sobie życia, bowiem wciąż i wciąż wracają do chwil, kiedy sekret przerwał ich szczęśliwą egzystencję.
Morton opowiada o rodzeństwie, które w końcu decyduje się rozprawić z przeszłością i tym samym zerwać zasłonę nad przeszłością matki. Cofamy się do Londynu nękanego nalotami bombowymi i życia Dorothy u boku bogatej, acz zrzędliwej damy. Poznajemy życie kobiet, które starają się udzielać w różnych komitetach i organizacjach mających przynieść ulgę czy pomoc żołnierzom. Wojna jednak nie przesłania codziennych, rodzinnych kłopotów. Dorothy, której rodzice i brat zginęli podczas jednego z niemieckich bombardowań, została na świecie sama i lgnie do ludzi, których podziwia. Pytanie tylko, czy wyjdzie to jej na dobre.
Podobała mi się ta powieść. Klimat zagrożenia stolicy Wielkiej Brytanii, życie codzienne i realia oddała Morton wręcz po mistrzowsku. Postaci niekiedy irytują swym postępowaniem, to znów wzbudzają litość. Nie można być obojętnym na ich poczynania. Krok po kroku zbliżamy się do rozwikłania kłębka kłamstw, jakimi osnuła swe życie Dorothy. I tragicznego finału, czyli zbrodni sprzed lat.
Dobra książka charakteryzuje się tym, że trudno się od niej oderwać. Biorąc do ręki powieści Kate Morton, czytelnik ma pewność, że ciekawość i pragnienie poznania dalszego ciągu będzie w nim walczyć z codziennymi obowiązkami. Przykucie uwagi i frapująca fabuła bez uciekania się do tanich efektów to podstawowe zalety pisarstwa Morton.
Zbliża się lato. W (miejmy nadzieję) pogodne dni, lektura „Strażnika tajemnic” w cieniu lipy, czereśni czy jakiegokolwiek innego drzewa to gwarancja udanego relaksu i mile spędzonego czasu.
Moja ocena: 5

czwartek, 20 marca 2014

Kate Morton „Milczący zamek”

Kate Morton, Milczący zamek, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011, 560 s.

Pod koniec dwudziestego wieku matka młodej redaktorki, Edith Burchill dostaje list, który zaginął przed pięćdziesięcioma laty. Edith postanawia odkryć tajemniczą przeszłość matki. Dowiaduje się, że została ewakuowana razem z innymi dziećmi w 1939 roku z Londynu i przez półtora roku mieszkała w zamku Milderhurst w Kencie, siedzibie słynnego pisarza, Raymonda Blythe’a, autora jej ulubionej powieści z dzieciństwa. Edith odwiedza zamek i przekonuje się, że nadal mieszkają w nim trzy córki Raymonda. Z czasem odkrywa coraz więcej tajemnic zamku...

Biorąc do ręki „Milczący zamek” nastawiłam się na dobry kawał rozrywki. I niby się nie zawiodłam, bo była i tajemnica, i zamek, i nieszczęśliwa miłość, i zbrodnia. Ale już na początku książki Kate Morton pozwoliła sobie na niezbyt fortunny pomysł i prawdę mówiąc, wciąż wracałam myślami do pierwszej strony i głowiłam się nad kwestią zaginionej torby listonosza, a akcja przepływała mi przez myśli i znikała w niebycie. Kto schował torbę Arthura Tyrella na strychu – nie wiadomo. Dlaczego nie doręczył listów dzień później? Czy poniósł jakieś konsekwencje swojej nieodpowiedzialności? O tym autorka milczy. Krótki wprowadzający akapit w sumie nic nie wyjaśnia, a szkoda, bo przecież nie byłoby tych wszystkich późniejszych wydarzeń, gdyby nie ten nieszczęsny zaginiony list.
Ale dość już o tym.
Jak to u Morton, narracja przebiega dwutorowo – w czasach współczesnych i na początku II wojny światowej. W zamku Milderhurst przez cały ten czas mieszkają trzy siostry: bliźniaczki Percy i Saffy oraz młodsza od nich Juniper. Różnią się od siebie jak dzień różni się od nocy, a poranek od zmierzchu. A jednak są na siebie skazane, na swoje towarzystwo aż do śmierci. Przypominają trzy mojry, które wpływają na losy swych gości. I jest młoda dziewczyna, dziecko jeszcze, które trafia do nich w ramach wojennej akcji ewakuowania dzieci z Londynu. Właśnie pomiędzy nimi dojdzie do wydarzeń, które na zawsze odmieniły życie Juniper.
Morton pisze z dbałością o szczegóły, jej postacie są świetnie zarysowane pod względem psychologicznym. Fabuła jest odpowiednio tajemnicza, to znowu kronikarska, wreszcie obyczajowa. Wszystko to splata się idealnie. Jest i opowieść o ojcu sióstr Blythe, autorze klasycznej opowieści dla dzieci „Prawdziwa historia Człowieka z Błota”, dowiadujemy się o okolicznościach jej powstania i o tym, jaki wpływ miała na siostry. Są i wątki poboczne, które ożywiają powieść jednocześnie wystawiając czytelnika na próbę cierpliwości, a ważne o tyle, że również pośrednio związane z paniami na Milderhurst.
A jednak czytając końcowe strony powieści (uporawszy się już mniej więcej z kwestią torby listonosza) sama nie wiedziałam, co myśleć o przedstawionej zbrodni. Chociaż pisarka postarała się, aby każdy detal do siebie pasował, to jednak wyszła jej niezamierzona groteska. Śmierć bez wątpienia bezsensowna, otulona oparami urojeń; śmierć okrutna i krwawa, a przecież całą grozę odebrał sposób w jaki tę śmierć zadano. Zaskoczenie i niedowierzanie, że mogło dojść do tak fatalnego zbiegu okoliczności. Że Morton mogła rozwiązać to inaczej..
Pomiędzy zgubieniem/schowaniem torby z listami a opisem krwawej zbrodni, Morton snuje świetną, wiarygodną i ciekawą opowieść. Niestety powieść spinają dwa wydarzenia, które są jej najsłabszymi elementami. Ciągle we mnie tkwi, niczym cierń, to zakończenie. I ciągle tkwi pytanie: dlaczego Morton tak napisała?
Moja ocena: 4.5

czwartek, 10 października 2013

Kathy Lette „Radość w zarodku”

Kathy Lette, Radość w zarodku, Zysk i S-ka, Poznań 2003, 277 s.

Dla nowego mężczyzny swojego życia Madeleine gotowa jest poświęcić wszystko. Alexander, król telewizyjnej dżungli, jest mistrzem w uprawianiu samochodowej miłości na najwyższym biegu, choć najczulej hołubi sam siebie. Zanim jednak Madeleine odkryje, że jej bohater to kolos na glinianych nogach, test ciążowy wykaże, że... wpadła. Czy Alexander stanie na wysokości zadania?

„Daily Mail” zachwalał prozę Lette jako dostarczającą mnóstwa radości, szczerą do bólu, prezentującą humor inteligentny, przyprawiony smakowitą pikanterią. Dałam się złapać na ten „inteligentny humor”. Niestety.
Książka jest napisana sprawnie, ale główna bohaterka jest jeszcze bardziej naiwna niż Bridget Jones. Prezentuje zaś humor nie tyle inteligentny, co rodem z antypodów, a zatem dla mnie zupełnie niezrozumiały. Inteligentny humor acz nieco surrealistyczny prezentowała w swych wczesnych kryminałkach Joanna Chmielewska, tymczasem z „Radości w zarodku” wieje nudą. Ironiczne spojrzenie na „wyższe sfery” Londynu jest może i trafne, ale zobrazowane bez polotu i lekkości pióra, co czyni powieść gliniastym zakalcem. A ja nie lubię zakalców. Podobnie wtórne i tylko z założenia dowcipne są opisy kolejnych faz porodu. Że boli? Że faceci tego nie pojmują? Znane i oklepane.
Poza tym, ile można czytać o wiarołomnych facetach i kobietach, które wierzą, że są w stanie ich zmienić? Że facet zmieni dla nich swoje przyzwyczajenia, zostawi żonę, środowisko, w które wrósł i tak dalej i bez końca. No ludzie, za stara jestem, żeby wierzyć w takie bujdy.
I to tyle, jeśli chodzi o „Radość w zarodku”. Radość poczułam skończywszy książkę z poczuciem, że koniec marnowania cennych wieczornych chwil na taki chłam.
Moja ocena: 1.5

sobota, 6 kwietnia 2013

Craig Silvey „Jasper Jones”

Craig Silvey, Jasper Jones, Rebis, Poznań 2011, 400 s.
 
W małym australijskim miasteczku pewnego letniego wieczoru trzynastoletniego Charliego Bucktina wyciąga z domu miejscowy rozrabiaka Jasper Jones. Chłopcy odkrywają w buszu ciało nieżyjącej dziewczynki i postanawiają na własną rękę wykryć sprawcę potwornej zbrodni. Rozwój wypadków jest nieoczekiwany, wręcz szokujący… Silvey z ogromną wrażliwością i wyczuciem kreśli postacie nastolatków, ich sprawy, przeżycia i pierwsze miłosne zauroczenia, a zarazem szczerze i dosadnie opisuje świat dorosłych, naznaczony dyskryminacją i rasizmem, w którym młodym ludziom przyszło dorastać i się z nim zmierzyć. „Jasper Jones” konfrontuje cechy głęboko ludzkie z okrucieństwem i zakłamaniem, tak jak robili to Mark Twain, Harper Lee i Jerome David Salinger. To jedyne w swoim rodzaju połączenie „Zabić drozda” i „Buszującego w zbożu”.

Rzecz gustu. Od razu powiem, że mnie „Jasper Jones” nie zachwycił. Podobieństwo do „Zabić drozda” w pewnych scenach i rozwiązaniach wręcz zakrawa o plagiat. Nieudolny plagiat. To, co u Harper Lee było świeże, wnosiło coś do powieści, u Silvey’a wydaje się wydumane i napisane na siłę. Co więcej, odzierając „Jaspera Jonesa” z elementów nieprzystosowania i specyfiki małego australijskiego miasteczka, zostaje nam niestety zwykła zagadka kryminalna. Osobowość Jonesa nie jest na tyle silnie zarysowana, aby go porównać do Twainowskiego Hucka Finna czy Salingerowskiego Holdena Caulfielda. Ot, typowy „kozioł ofiarny”, „czarna owca” jaką można znaleźć w każdym społeczeństwie i każdym środowisku. Parias lokalny.
Nie przekonuje też trzynastoletni Charlie ani jego wietnamski przyjaciel Jeffrey pragnący za wszelką cenę upodobnić się do swego sportowego idola – Douga Waltersa. Charlie jest postacią banalnie dwuwymiarową i denerwującą.
Po lekturze nie pozostają w pamięci kwestie, które w założeniu miały być ważne: kryzys małżeński, rasizm, alkoholizm. Pozostaje tylko wspomnienie, że Silvey opisał zagadkę zaginięcia i śmierci młodej dziewczyny i wplątał w to wątek pierwszej miłości. A to stanowczo zbyt mało, aby mnie ta książka zachwyciła.
Moja ocena: 2.5

czwartek, 20 października 2011

Kate Morton „Zapomniany ogród”

„Zapomniany ogród” Kate Morton. Tak wsiąkłam w książkę, że czytałam, czytałam, czytałam… Uwielbiam tajemnice (jeśli tylko nikt nie próbuje zatajać coś przede mną ), uwielbiam pogmatwane losy rodzin, smutek niespełnienia i szukanie swej tożsamości. Fantastyczna lektura na nocny wieczór, z kubkiem gorącej herbaty pod ręką. Tej książki się nie czyta, ją się połyka! A baśnie zacytowane w utworze są tak prawdziwe, jakby faktycznie napisano je w okresie wiktoriańskim i edwardiańskim.
Ale… całą przyjemność niszczy wielce swobodne podchodzenie do gramatyki i ortografii. Wydawnictwo Albatros ma gdzieś swoich czytelników i stawia na pośpiech.
Moja ocena: 5.5

Kate Morton „Dom w Riverton”

Książka Morton to jedno z tych czytadeł jakie lubię – zbrodnia, tajemnica i lata dwudzieste XX wieku. Główna bohaterka skrywa w sobie tajemnicę sprzed blisko osiemdziesięciu lat. Swe życie spędziła jako służąca, a potem pokojówka w domu w Riverton. I to jest w tej książce najciekawsze – ukazanie życia „tych z góry” poprzez obserwacje ludzi „z dołu”. O przywiązaniu do swoich państwa, do konwenansów. A jednocześnie – ukazanie jak zmiany wieku XX wpłynęły i na tych ludzi, spotykających się w kuchni wielkiego domu, jak przeistaczały się ich pragnienia i życiowe cele. Skażona filmem wciąż myślałam o „Gosford Park” (2001) Altmana. Odrzucałam te skojarzenia niczym natrętne muchy, ale i tak dosyć szybko Grace przybrała rysy Kelly MacDonald, a Alfred – Clive’a Owena.
Morton trzyma tajemnicę do końca książki i za to należą się jej brawa. Snuje bowiem nie tylko tajemniczą opowieść, ale stara się ukazać życie sfer Anglii początku XX wieku. Wychodzi jej to znakomicie.
Moja ocena: 5.5

poniedziałek, 6 września 2010

„W łóżku z...” (różni autorzy)

Książka reklamowana jako „bezwstydnie szczere erotyczne opowiadania znanych pisarek” to nic innego jak „gniot i łóżkowe fantazje-odpady producentek romansów”. Pośród autorek, które zapobiegliwie pochowały się pod (dziwacznymi) pseudonimami, nie znalazło się żadne znane mi nazwisko. Może dlatego, że romansów z reguły nie czytam, bo szkoda mi na nie czasu.
Same opowiadania nie tyle są „bezwstydnie szczere”, co „nudząco przewidywalne”. Kobieta czuje ekstazę kiedy penis faceta dźga jej pochwę. I tak przez ponad 200 stron. Żadnego zaskoczenia, żadnej finezji, raczej grafomaństwo do bólu oczu i mózgu.
Tego nie można nazwać literaturą, czy nawet produktem dla kucharek. To jest po prostu wielka pomyłka i zarabianie na naiwności zdesperowanych blond niuń, które marzą o „wspólnym orgazmie” ze swoim facetem.
Moja ocena: 0.5
Ale przynajmniej się mogliśmy z M. pośmiać, on siedział i robił wykresy, a ja mu cytowałam co głupsze „kąski” (tutaj je sobie daruję). Skutecznie zniechęciliśmy się do jakiejkolwiek aktywności erotycznej.
A już przy opowiadaniu „Pamiętasz Paryż?” Patch O’Gilby, M. stwierdził, że dostaje choroby morskiej, od tych powtórzeń, zaprzeczeń i bełkotu pseudomodernistycznego. Pokuszę się o kilka przykładów:
„Pomieszczenie od frontu, gdzie kiedyś przychodzili klienci, z białymi kafelkami na ścianach i podłodze i oknami w stylu art nouveau – tam jada się śniadanie. Tam jadłyśmy i my, trzy kolejne dni, ale czwartego już nie. Nie czwartego. Śniadanie podawano na papierowym talerzu. Sama ci je podawałam na takim talerzu.” (s. 219) – łopatologia stosowana.
„Trzy noce. Cztery dni. Trzy razy byłyśmy tam razem. Za każdym razem tylko jedną noc, z wyjątkiem tej ostatniej, tamtej, kiedy to nie śpiąc, dotrwałyśmy do rana.” (s. 220) – M. stwierdził, że brzmi to jak zadanie matematyczne.
„… namalowane usta Pierotta i Pieretty czy sztuczne łzy.” (s. 220) – słyszałam o Colombinie, ale o Pieretcie???
„Pierwszej nocy była burza. Może nie burza, ale padało. I trochę wiało. Bardzo wiało. Chciałam, żeby wiało, błyskało się i zacinało deszczem.” (s. 221) – jestem ciekawa tej burzy :)
„Martwiłaś się, że jesteś dla mnie za ciężka. Że za dużo ważysz. Że jest mi z tobą niewygodnie, tam, tu i tam. Ale nie było. Nawet wtedy, kiedy było.” (s. 222) – to w końcu było, czy nie było???
I ciekawostka z opowiadania „Wstyd x dwa” Bunny Princess:
„Jeden syn oglądał mecz Chelsea z ojcem.” (s. 199) – fajnie mieć ojca, który gra sam vs. całej jedenastce Chelsea ;)