Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lutego 2016

Albert Camus „Obcy. Dżuma. Upadek”

Albert Camus, Obcy. Dżuma. Upadek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1972, 440 s.

„Obcy”: bohater, przeciętny francuski urzędnik, wiedzie bezbarwne życie bez emocji. Nic nie robi nań wrażenia: ani związki międzyludzkie, ani śmierć matki w przytułku, ani wreszcie popełnienie zbrodni, gdy przypadkowo, bez większego namysłu zabija człowieka. Oskarżony o morderstwo z premedytacją i skazany na śmierć, przyjmuje wyrok jakby go nie dotyczył. Wyzbyty najmniejszej nadziei, oczekuje wykonania wyroku, przyjmując świat w jego obojętności i okrucieństwie.
„Dżuma”: dżuma, która niezauważalnie wkrada się w bramy Oranu zmienia dotychczasowy porządek rzeczy. Strach, cierpienie, odizolowanie, nieustanna walka z chorobą ukazują bohaterstwo i determinację niektórych, ale i nikczemność, przebiegłość innych. Paraboliczna kronika odarta ze zbędnego patosu, będąca manifestem humanizmu jest ponadczasową historią ludzkiej solidarności i moralności.
„Upadek”: Jean-Baptiste Clamence wiódł niegdyś życie człowieka o nienagannym wizerunku, paryskiego adwokata, którego jedyną pasją było czynienie dobra. W pewnym momencie jednak coś się zmieniło i cała jego miłość do życia na szczycie zniknęła. I wtedy zaczął dostrzegać, jaki naprawdę jest świat, w którym przyszło mu żyć, jacy naprawdę są ludzie, z którymi się zadawał, i w końcu kim sam jest. Rozpoczął desperackie poszukiwania tego, co pozwoliłoby mu po raz pierwszy zaznać prawdziwego życia. Nie wiedział jednak, że droga ta poprowadzi go z paryskich salonów, przez towarzystwo morderców i złodziei, do amsterdamskiej tawerny, w której jego historie i opowieści staną się jego pokutą.

Tegoroczna książka numer pięć, a w sumie trzy książki w jednej. Chciałam sobie przypomnieć „Upadek”, ale zaczęłam od początku, bo „Obcego” czytałam równie dawno temu, a „Dżumę” jeszcze wcześniej, w liceum i pamiętałam tylko moje zdziwienie, że lektura a da się czytać.
Prawdę mówiąc, w moim odbieraniu Camusa nie zmieniło się zbyt wiele. Nadal mi się podoba jego minimalistyczny styl, bo i „Obcy”, i „Upadek” do w sumie dłuższe opowiadania niż powieści są. Ale na samym początku lektury „Obcego” zwątpiłam. Mersault był cholernie irytującym typem: „nie spodziewałem się (niczego)”, „dla mnie to nie miało znaczenia” i tak bez końca. Bierny, nużący typ nie potrafiący cieszyć się życiem, ani się nim martwić, brzydzić, nudzić. Nic! Dopiero w drugiej części Camus zaczyna inaczej ukazywać bohatera i tak sobie pomyślałam, że gdyby powieść/opowiadanie nie zaczynało się słowami: „Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem.”, to całą pierwszą część można by potraktować jako zeznanie do protokołu: nijakie i w sumie o niczym. Bo i Mersault taki jest: nijaki i obojętny, co uwidaczniają zdania: „Zrozumiałem wówczas, że człowiek, który przeżył tylko jeden jedyny dzień, może bez trudu żyć sto lat w więzieniu. Miałby dosyć wspomnień, żeby się nie nudzić.”[1] Wypisz, wymaluj bohater egzystencjalistyczny, chociaż tak, pamiętam, Camus siebie za egzystencjalistę nie uważał.
Z kolei „Dżumę” nadal odbieram jako opowieść o tym, że człowiek nie wie na co go stać, dopóki nie znajdzie się w ekstremalnej sytuacji. Nie przemawia do mnie metafora dobra i zła, totalitaryzmu i odniesień do ówczesnej sytuacji w Związku Radzieckim. Nigdy nie byłam dobra w odczytywaniu metafor, doktor Rieux, dziennikarz Rambert i inni to dla mnie ludzie postawieni w sytuacji niespotykanej, zmieniającej ich życie. Trzeba przyznać, że postaci zarysowane są świetnie. Całe szczęście, że Camus pomimo długiego męczenia tekstu potrafił wyjść poza dopieszczanie pierwszego zdania, czego nie potrafił jeden z jego bohaterów – Joseph Grand.
I wreszcie „Upadek”, któremu nie towarzyszyło już zdziwienie formą narracji, było natomiast przyrównywanie Jeana-Baptiste’y Clamence’a do Camusa, który oddał wiele z siebie tej postaci. Clamence, „ten, który krzyczy”, ale... o czym? O swej dwulicowości i egoizmie? O pragnieniu ponownego przeżycia swego życia? O cechującym go cynizmie? O własnej egzekucji? Obnażył się Camus w „Upadku” bardzo, można to dostrzec znając jego życie, poglądy i kwestie damsko-męskie. Nadal jednak ta krótka powieść (osobiście uważam nadal, że jest to dłuższe opowiadanie) ma w sobie sekrety, nad którymi można by spędzić nie jedną godzinę.
Dobra lektura. Szczególnie „Upadek”, do którego pozostał sentyment. Czasami warto oderwać się od nowości, od tej produkcji taśmowej skrywającej się pod mianem literatury i sięgnąć po coś, co nie było tworzone dla pieniędzy i poklasku.
Moja ocena:
„Obcy” – 5,
„Dżuma” – 5.5,
„Upadek” – 6

* * *

Camus Albert; Dżuma;
Najdogodniej można poznać miasto starając się dociec, jak się w nim pracuje, jak kocha i jak umiera. W naszym małym mieście, może za przyczyną klimatu, wszystko to robi się razem, z miną jednako szaleńczą i nieobecną.

Camus Albert; Dżuma;
We wspomnieniu ludzi, którzy je przeżyli, straszne dni dżumy nie ukazują się jako wielkie i okrutne płomienie, lecz raczej jako nie kończące się dreptanie, miażdżące wszystko po drodze.

Camus Albert; Dżuma;
(...) zawsze jest taka godzina za dnia i w nocy, kiedy człowiek jest tchórzem.

Camus Albert; Upadek;
Rzecz w tym, że każdy człowiek inteligentny, pan wie o tym, marzy, żeby zostać gangsterem i panować nad społeczeństwem jedynie dzięki przemocy. Ponieważ nie jest to tak łatwe, jak można sądzić z lektur powieści tego rodzaju, zabiera się do polityki i wstępuje do najbardziej okrutnej partii. Cóż znaczy upokorzyć umysł, jeśli tą drogą można zapanować nad wszystkimi?

Camus Albert; Upadek;
Zwątpiwszy w miłość i cnotę, wpadłem w końcu na myśl, że zostaje jeszcze rozpusta, która doskonale zastępuje miłość, gasi śmiech, sprowadza ciszę i, co najważniejsze, daje nieśmiertelność. Przy pewnym stopniu jasnowidzącego pijaństwa, gdy późno w nocy leżysz między dwiema dziwkami wolny od wszelkich pragnień, nadzieja przestaje być torturą, duch panuje nad czasem, cierpienie, że żyjesz, skończyło się na zawsze.


[1] A. Camus, Obcy. Dżuma. Upadek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1972, s. 60.

środa, 30 lipca 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Historie miłosne”

Éric-Emmanuel Schmitt, Historie miłosne, Znak, Kraków 2012, 319 s.

Miłość młodzieńcza, niespełniona, zakazana. Miłość, która prowadzi do zbrodni i na którą czeka się całe życie. Nikt piękniej od Schmitta nie przedstawia tak wielu odcieni tego wyjątkowego uczucia.
Schmitt z wrażliwością i wyczuciem przedstawia miłosne dramaty swoich bohaterek - Marzycielki, Odette, Hélène, Donatelli - bosej księżniczki. Ich marzenia o szczęśliwym życiu u boku ukochanego, wspólnej porannej kawie, spacerach w deszczu, zazdrości i wierze w siłę uczuć oraz odwadze, jakiej wymaga realizacja pragnień wzruszyły już tysiące czytelniczek na całym świecie.
„Historie miłosne” to kompozycja siedmiu najpiękniejszych opowiadań o miłości, nadziei i przyjaźni, wybrane spośród bogatego zbioru tekstów tego znakomitego francuskiego autora.

Każdy ma swoje preferencje czytelnicze. Ktoś nie czyta kryminałów, ktoś inny unika fantastyki, ja natomiast od razu rezygnuję z książek, gdzie miłość jest motywem przewodnim, miłość w ujęciu harlequinowskim, idealnym, przesłodzonym – to nie dla mnie. Tymczasem u Schmitta już sam tytuł dobitnie świadczy, że będą to historie miłosne, tylko i wyłącznie, a przecież książkę kupiłam kierując się zaufaniem do autora. I po raz kolejny przekonałam się, że Schmitta lubię, nawet w „miłosnej” odsłonie.
Siedem opowiadań to zbiór opowieści o miłości subtelnej, namiętnej, zakazanej, doskonałej, niespełnionej. Każda bohaterka nosi w sobie pokłady wspomnień, podejrzeń, smutku. Opowiadania są dopracowane, miłość staje się pretekstem do rozważań o tym, co w życiu ważne, jaka jest rola marzeń i fantazji, czy ułomność fizyczna jest równoznaczna z osamotnieniem w życiu emocjonalnym, czy można kochać wciąż tak samo, pomimo upływu lat? Czy miłość poligamiczna nadal pozostaje miłością?
Ujawnił się w pisarzu pierwiastek kobiecy, bowiem Schmitt stara się ukazać świat oczami swych bohaterek. Przedstawia ich skomplikowane, chwilami niemalże kompulsywne charaktery, kobiety pełne fantazji erotycznej, to czerpiące z życia garściami i widzące dobro w każdym, nawet najbardziej pospolitym człowieku, to znów pełne obaw i w depresji. Mężczyźni są u Schmitta kochankami wiernymi, czułymi i co ciekawe – stałymi mimo upływu lat. Jest w tym tyle samo pobożnego życzenia, co poetyki i uroku. Siedem opowieści, gdzie każda ukazuje miłość z innej strony, inny aspekt, inną parę ludzi pragnących zdławić swą samotność i odnaleźć dawno minione chwile szczęścia. Nie ma u Schmitta słodkich zakończeń, jak w życiu natomiast są zbyt późno wyciągnięte wnioski, zbyt późno zyskana wiara w szczerość uczucia. Mrą w opowiadaniach Francuza mężczyźni niczym istoty słabe, niezdolne żyć długo, a tym bardziej szczęśliwie. Umierają nim kobiety pozbędą się nieufności czy poczucia porażki.
Dobra proza, niewymuszona, nienachalna. Bez niepotrzebnych ozdobników Schmitt stara się ukazać fakt, że pieniądze, racjonalizm, tytuły są niczym w obliczu duchowej samotności.
Polecam.
Moja ocena: 4

* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Marzycielka z Ostendy;
Niektóre kobiety to pułapki, w które wpadamy i z których już nie chcemy się uwolnić.

Schmitt Éric-Emmanuel; Marzycielka z Ostendy;
O ile nie da się być pięknym na dziesięć sposobów, o tyle głupawym można być na tysiąc – przez brak elokwencji, przynudzając, interesując się tylko tym, co fascynuje kobiety, uważając, że jest się inteligentniejszym niż w rzeczywistości, powtarzając w kółko tę samą myśl.

środa, 18 czerwca 2014

Maxime Chattam „Tajemnice chaosu”

Maxime Chattam, Tajemnice chaosu, Sonia Draga, Katowice 2010, 535 s.

Bohaterka powieści, młoda Yael zaczyna widzieć w lustrach cienie, które przesyłają jej enigmatyczne wiadomości, wskazówki i polecenia. Twierdzą, że wiedzą o niej wszystko i pomogą odkryć rodzinne sekrety. Każą jej szukać ukrytych znaków, między innymi na banknotach dolarowych, w katastrofie Titanica, w zabójstwie Kennedy’ego i Lincolna.
Yael, wraz z przystojnym dziennikarzem Thomasem i ekspertem od geopolityki Kamelem, próbuje rozwikłać tajemniczą zagadkę. Prowadzone przez nich śledztwo nieoczekiwanie przybiera inny obrót, kiedy okazuje się, że oprócz prawdy na temat historii świata dziewczyna musi odkryć przede wszystkim własną historię.

Nie jestem pewna, czy gdybym zerknęła na skrzydełko i przeczytała, o czym są „Tajemnice chaosu”, w ogóle bym książkę wypożyczyła. Duchy we współczesnym świecie, symbolika na banknocie jednodolarowym czy podobieństwa morderstw szesnastego i trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych nie bardzo mieszczą się w moich obecnych zainteresowaniach.
Szczęśliwie nieświadoma zamysłu na fabułę otworzyłam powieść. Już w prologu, będącym fragmentem blogu Kamela Nasira, pojawia się wiadomość:

... oni nas połkną. Już zaczęli.
Oni są potężni. Bezlitośni.
Yael w to nie wierzyła.
Ona i Thomas przeszli na drugą stronę.
Następnym razem to możecie być wy.
Bo wszystko może się zmienić w jednej chwili.
Właśnie to przytrafiło się moim przyjaciołom.
Kto będzie następny, kto będzie następną?1

A potem poznajemy Yael, dwudziestosiedmiolatkę pracującą w firmie zajmującej się taksydermią, która pewnego dnia po powrocie do domu, zaprojektowanego przez wizjonerskiego a może po prostu szalonego architekta (szklana podłoga salonu, pod którą znajduje się otchłań Paryża) zaczyna widzieć w lustrach cienie. Mało tego, owe cienie zaczynają się z nią komunikować przez komputer, który działa pomimo odłączenia od gniazdka. Zaś do salonu z podziemi paryskich spogląda trup...
Prawie sierota, bo matka zginęła niedawno w wypadku samochodowym, a ojciec wyjechał do Indii, pozbawiona przyjaciół, którzy rozjechali się w cztery strony świata, Yael decyduje się poprosić o pomoc faceta, którego poznała w barze. Tu właśnie rozpoczyna się podróż w poszukiwaniu symboli. O dziwnych i tajemniczych oznaczeniach na banknocie jednodolarowym napisano już wielokrotnie i Chattam nie wniósł tu nic nowego, podobnie dzieje się z zabójstwami Lincolna i Kennedy’ego oraz powieścią Morgana Robertsona „Futility”, znaną również jako „The Wreck of the Titan” i historią Titanica, który zatonął w kwietniu 1912 roku. Wszystko to maglowano już od dziesięcioleci, a w dobie internetu wszelkie publikacje trafiły do sieci. I prawdę mówiąc, większość książki Chattama składa się właśnie z poszukiwania symboli, odnajdowania ich znaczenia i poruszania się w świecie współczesnej geopolityki. Autor skłania się ku tezie wielkiego spisku (nie, nie żydomasonów), liczbie bestii w kodach kreskowych towarzyszących nam na co dzień oraz garstce wybrańców rządzących światem, pozbawionych skrupułów i sumienia.
Yael i Thomas przemierzają najpierw ulice Paryża, potem ruszają we Francję i dalej, aby na koniec szukać odpowiedzi w Nowym Świecie. I tu także mamy do czynienia z symboliką, bo nie tylko chodzi o kontynent, ale i nowy porządek rzeczy, o mocarstwo, które umiało wyzyskać konflikty XX wieku, aby wzmocnić swą władzę nad światem.
Co pewien czas akcja ustępuje na rzecz fragmentów blogu Kamela, który bez ogródek pisze o matactwach i przekrętach polityki prowadzonej przez Amerykanów, o powiązaniach ludzi mających władzę polityczną z wielkimi fortunami, podaje nazwiska, które od roku 2001 znane są wszystkim: Donald Rumsfeld, Dick Cheney, klan Bushów. Wyciąga na wierzch cały brud amerykańskiej polityki w stosunku do własnego narodu. I wspomina o operacjach „Mockingbird” czy „Northwoods”, które narodziły się w głowach Amerykanów pragnących kontrolować wszystko i wszystkich. Paranoja? Majaczenie nawiedzonego? Kamel podsumowuje to tak:

Można się uśmiechać, czytając moje słowa. Oczywiście można uważać mnie za paranoika, za spiskowca. Ale ja tylko łączę ze sobą informacje, których wszędzie jest pełno. Sami włączcie wasze komputery i poszukajcie w Internecie. Poszperajcie trochę na temat tych majaków, a przekonacie się, że są całkiem realne. Zajrzyjcie do archiwów poważnych gazet. Zapytajcie kilku historyków dysponujących mocną dokumentacją. Szukajcie. Sami się przekonacie.2


Mój dziadek mawiał, że w tym smutnym systemie paranoja przestaje być ułomnością, lecz staje się zaletą pozwalającą przetrwać.3

I chociaż tekst faktycznie wydaje się być pisany przez paranoika, to z drugiej strony – „Mockingbird” i „Northwoods” naprawdę narodziły się w umysłach twardogłowych i żądnych kontroli polityków i wojskowych amerykańskich. Tej ostatniej operacji sprzeciwił się stanowczo ówczesny prezydent – John F. Kennedy, jak skończył – wiadomo. O powiązaniach Bushów z Bin Ladenami opowiadał reżyser Michael Moore. Wielka polityka, wpływowi ludzie i wielkie tajemnice wpisane są historię świata. Chattam stworzył powieść, która ma obnażyć działania ludzi dzierżących władzę i zaspokoić ich dwa pragnienia: bogactwa i kontroli. Co by nie mówić, Amerykanie bez szemrania zgodzili się na wprowadzenie „Patriot Act” i ograniczenie wolności, z której są tak dumni. O dzikim marketingu i systemie RFID pisał i Jeffery Deaver w książce „Rozbite okno”, informatyzacja doprowadziła nie tylko do ułatwienia i uatrakcyjnienia życia. Równie często wykorzystywana jest w prywatnych, egoistycznych celach.
W „Tajemnicach chaosu” teksty Kamela są o wiele bardziej spójne i właściwie ciekawsze niż to, z czym przyszło zmierzyć się Yael i Thomasowi. Może dlatego że fragmenty te są mocno osadzone w rzeczywistości, a nie – podszyte wyobraźnią pisarza. Dowiedzieć się więcej o władzy, o geopolityce i nieuczciwości nawet bym chciała. Natomiast postacie Francuzki i Kanadyjczyka, ich postępowanie nie porwały mnie, chwilami natomiast ich zachowanie porażało sztucznością i nieprawdopodobieństwem. I tak było w sumie prawie do samego, przyznać trzeba, widowiskowego końca.
Książka w sam raz dla wielbicieli teorii spiskowych. Ja do takowych nie należę i podobała mi się średnio.
Moja ocena: 4

1 M. Chattam, Tajemnice chaosu, Sonia Draga, Katowice 2010, s. 7-8.
2 Ibidem, s. 351.
3 Ibidem, s. 534.

niedziela, 4 maja 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Ulisses z Bagdadu”

Éric-Emmanuel Schmitt, Ulisses z Bagdadu, Znak, Kraków 2010, 317 s.

Kiedy traci się wszystko, pozostaje jedno - nadzieja. Saad Saad jest młodym, wykształconym człowiekiem. Ma kochającą rodzinę, czułe siostry i wspaniałego ojca - który z mądrością i wyczuciem prowadzi go przez świat literatury i sztuki. Kiedy młodzieniec poznaje piękną Leię, zdaje się, że nic nie może zniszczyć ich wspaniale zapowiadającej się przyszłości. Nic oprócz wojny. Wojna zabiera Saadowi wszystko - kochającego ojca, siostry, a przede wszystkim Leię, miłość jego życia. By ratować matkę, decyduje się na opuszczenie zajętego przez Amerykanów Iraku i niczym współczesny Ulisses, Odys, rusza w pełną przygód tułaczkę za chlebem, wolnością, uczuciem. W wędrówce towarzyszy mu duch ojca, który nie opuści syna w chwilach nawet największego zwątpienia - w chwilach, gdy przy życiu trzyma tylko jedno - nadzieja.

Dla większości ludzi Ziemią Obiecaną są Stany Zjednoczone. Saad Saad pragnie być jak najdalej od Amerykanów i ich demokratycznego porządku. Zmuszony do wyjazdu z ukochanego Bagdadu, za swój cel wybiera Londyn. I właśnie niezwykła, chwilami niebezpieczna, chwilami zabawna podróż do stolicy Zjednoczonego Królestwa przypomina dwudziestopierwszowieczny odpowiednik odysei.
Prawdopodobniej więcej radości dałoby czytanie powieści Schmitta znając dobrze Homerowską „Odyseję”. Kiedyś wykształcenie klasyczne zapewniało gruntowną znajomość dzieł powstałych w starożytnej Grecji i Rzymie. Dziś znajomość eposu Homera nie jest taką oczywistością. Moja lektura „Odysei” wynikła z chęci większego zrozumienia „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Było to z górą dwadzieścia lat temu, coś mi jednak w głowie zostało. Bez tych zapamiętanych fragmentów i postaci powieść Schmitta utraciłaby ten homerycki podtekst, a tak cieszyłam się niemal jak dziecko odnajdując współczesne wcielenia starożytnych bohaterów.
Mimo wszystko postacią najważniejszą pozostaje Saad. Utraciwszy prawie wszystkich, których kocha, nieszczęśliwy postanawia szukać swego miejsca na świecie. W wędrówce towarzyszy mu duch ojca. Ojciec Saada był za życia człowiekiem niezwykle elokwentnym, lubującym się w poetyckim wyrażaniu. Zamiłowania do kwiecistego języka nie wyzbył się nawet po śmierci. Nie utracił też dowcipu i spostrzegawczości, dzięki czemu jego rozmowy z synem są błyskotliwe i mądre mądrością nabytą poprzez lata doświadczenia i nauki.
Saad emigruje z Iraku nielegalnie. Chociaż żyje w XXI wieku, nie dla niego podróż samolotem. On musi przebyć morza i pustynie nim znajdzie się w Europie. A potem czeka go jeszcze przeprawa przez Kanał La Manche. Nic dziwnego zatem, że podczas długiej podróży spotyka najróżniejszych ludzi i ima się najdziwniejszych zajęć. „Ulisses z Bagdadu” to powieść drogi z elementami fantastyki. Jest to jednocześnie powieść o tym, jakie konsekwencje niesie ze sobą wojna prowadzona nawet w najbardziej demokratycznych intencjach. Schmitt pisze o strachu i przemocy pod dyktaturą Husajna, gdzie nikt nie był pewien czy nadejdzie dla niego świt. Nie ma w powieści Schmitta wyraźnego zakończenia. Nie ma ani szczęśliwego, ani nieszczęśliwego końca. Autor opisuje finał pewnego etapu egzystencji Saada, ale życie toczy się dalej, podobnie jak człowiek zawsze stara się mieć nadzieję, dopóki może oddychać i wierzy w lepsze jutro, dopóki starczy mu sił.
Mądra, ciepłą, chwilami bolesna, to znowu dowcipna powieść.
Polecam.
Moja ocena: 6

* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Ulisses z Bagdadu;
Różnica, między nami jest taka, synu, że ja jestem optymistą, który mówi „jutro”, a ty optymistą, który mówi „tam”. Twój optymizm rozwija się w przestrzeni, mój zakorzeniony jest w czasie.

Schmitt Éric-Emmanuel; Ulisses z Bagdadu;
Bycie martwym nie czyni nas inteligentniejszymi ani ciekawszymi.

Schmitt Éric-Emmanuel; Ulisses z Bagdadu;
Ach, co za smutne czasy... Patrz na nich i słuchaj, może cię to zniechęci. Upadek dostrzegamy u innych, nie u siebie; jest odpychający tylko wtedy, gdy widzimy go na twarzy drugiego człowieka. Gdybyśmy mogli wypróbowywać narkotyki na swoich najbliższych, nigdy byśmy ich nie zażywali.

Schmitt Éric-Emmanuel; Ulisses z Bagdadu;
Sny nie mówią nam o tym, co się zdarzy, ale o tym, co dzieje się teraz. Nie mówią o przyszłości, ale odkrywają teraźniejszość, dokładniej niż wszelka myśl.

Schmitt Éric-Emmanuel; Ulisses z Bagdadu;
Życie na jawie pogrąża nas w niebycie, bowiem rozprasza nas i każe patrzeć na innych. Tylko sen odstania, nas takich, jacy jesteśmy naprawdę.

środa, 23 kwietnia 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Kobieta w lustrze“

Éric-Emmanuel Schmitt, Kobieta w lustrze, Znak, Kraków 2012, 457 s.

Życie to coś więcej.
Więcej niż rola do odegrania. Niż religia i konwenanse. Więcej niż mąż i dziecko. Pieniądze i sława.
Trzy kobiety. Gwiazda filmowa, mistyczka, arystokratka zafascynowana psychoanalizą.
Na pozór dzieli je wszystko. Łączy obsesyjna myśl, że muszą porzucić swoje dotychczasowe życie i odnaleźć to, co naprawdę ważne.

„Kobieta w lustrze” to chyba najbardziej babska powieść w dotychczasowym dorobku Schmitta. Czytając tę pokaźną książkę czułam się tak, jakbym odkrywała w jednym z moich ulubionych pisarzy pierwiastek kobiecy. Portrety Anne, Hanny i Anny Lee są chwilami tak intymne, jakby autor podglądał je przez dziurkę od klucza. To się nazywa wyobraźnia!
Anne z Brugii żyła w okresie renesansu. Hanna mieszkała u boku męża w secesyjnym Wiedniu, Anny Lee jest młodą nadzieją Hollywood. Czytamy o ich losach naprzemiennie i krok po kroku poznajemy ich życie. Anne staje u progu dorosłości, właśnie ma wyjść za mąż, co jej rodzina uważa za szczyt marzeń, Hanna ma wszystko: pieniądze, pozycję i tylko jedno zadanie: dać potomka swemu mężowi, natomiast Anny Lee zatraca się w pijaństwie i narkotykach w czasie wolnym od pracy. Żadna z nich nie czuje się szczęśliwa i każda bardziej lub mniej świadomie pragnie wpłynąć na swój los. Anne pisze płomienne, ekstatycznie erotyczne wiersze o Chrystusie, Hanna zatraca się w nałogowym kupowaniu szklanych kul, millefiori, a Anny Lee powraca do zdrowia w świetle kamer. Wiersze młodej brugijki wzbudzają skrajne uczucia, Hanna w końcu zachodzi w ciążę, Anny Lee spotyka na swojej drodze mężczyznę, któremu nie zależy wyłącznie na seksie.
Opowieści o Anne i Hannie bardzo przypadły mi do gustu. I dywagacje na temat istoty dobra i zła, i na temat seksualności to coś, w czym Schmitt czuje się pewnie, pisze z poetycką narracją, z takim zaangażowaniem, że czytelnik przenosi się do renesansowej Brugii lub secesyjnego Wiednia z wszystkimi zaletami i przywarami tamtych miejsc i czasów. Tymczasem w losach Anny Lee pobrzmiewa chwilami fałszywa nuta. Schmitt jest dobrym psychologiem, ale młoda dziewczyna upada tak nisko, spędza czas tak nijako, że chwilami po prostu staje się na wskroś papierowa. Jakoś jej nie polubiłam. Nie uwierzyłam jej. Nie do końca.
Jako całość „Kobieta w lustrze” podobała mi się bardzo. Pozostawiła we mnie nie tylko pytania, ale i pragnienie odwiedzenia Brugii. Może powrotu między wiedeńskie uliczki. Obejrzenia na własne oczy miejsc, o których pisał Schmitt. I może odnalezienia gdzieś duchów Anne i Hanny.
Polecam.
Moja ocena: 5

* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Kobieta w lustrze;
Wierz mi, moje dziecko, lepiej karmić ludzi małym dramatem niż autentyczną tragedią.

Schmitt Éric-Emmanuel; Kobieta w lustrze;
Są dwa uczucia, których natura ludzka nie znosi: wdzięczność i wspólne poczucie winy. Nikt nie żywi ich zbyt długo.

Schmitt Éric-Emmanuel; Kobieta w lustrze;
Słowa nie ograniczają się do samych słów, bo każde z nich ma sens wyłącznie w połączeniu z innymi. Jaki z tego wniosek? Słowa nie są naszą własnością, lecz biorą się z koncepcji, którą wyrażają, i są zawsze solidarne, niczym żołnierze w armii. Wśród słów nie ma strzelców wyborowych. Liczy się tylko cały oddział.

Schmitt Éric-Emmanuel; Kobieta w lustrze;
(...) chyba nie zamierzasz kręcić filmów w Europie, przecież nie upadłaś aż tak nisko! Coś takiego robi się pod koniec kariery, nie wcześniej. Film europejski, tak jak reklamy kremów przeciwzmarszczkowych, jest zawsze oznaką schyłku.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Kiedy byłem dziełem sztuki”

Éric-Emmanuel Schmitt, Kiedy byłem dziełem sztuki, Znak, Kraków 2007, 264 s.

Zdesperowany bohater na skraju samobójstwa podpisuje iście faustowski pakt ze spotkanym przypadkowo artystą. Odda się w jego ręce, w zamian za co odzyska sens życia. Jako żywa rzeźba staje się sławny i podziwiany. Traci tylko jedno – wolność. Gdzie kończy się sztuka, a zaczyna manipulacja? Co stanowi o naszej wyjątkowości? Jak zwykle u Schmitta, ważne pytania podane lekko i z przymrużeniem oka.

Stosy śmieci jako dzieło sztuki, puste wiadro jako dzieło sztuki, martwe zwierzęta jako dzieło sztuki, tatuaże i piercing jako dzieło sztuki, operacje plastyczne jako performance, czyli też sztuka. Artyści już dawno odeszli od typowych materiałów, z których kiedyś mniej lub bardziej utalentowani rzeźbiarze i malarze potrafili wydobyć piękno i blask. Pod tym względem jestem konserwatystką i pomysły większości „artystów” po prostu mnie odstręczają. I chyba Schmitta też, bo stworzył powieść o totalnej fiksacji – całkowitej przemianie człowieka w dzieło sztuki. Nie jest to pomysł taki nowatorski, kilka lat temu czytałam „Klarę i półmrok” José Somozy, gdzie ludzie stawali się żywymi rzeźbami i obrazami.
Schmitt opisuje podobny koncept, chociaż ingerencja w przekształcenie bohatera jest daleko bardziej intensywna. Bohater traci swe człowiecze kształty, zmienia się w bliżej nieokreśloną, anonimową bryłę, która jest podziwiana przez cały światek sztuki. Równocześnie podziwiany jest „twórca”. Ale czy manipulacja przy ciele człowieka, manipulacja człowiekiem w istocie zasługuje na miano sztuki? Czy jest też tylko zręcznym zabiegiem marketingowym mającym zapewnić „artyście” sławę i pieniądze? Zeus Peter Lama robi to, co większość współczesnych twórców: szokuje, ale czy poza tym działaniem, ma cokolwiek do zaoferowania? Żyje w świecie stworzonym przez siebie, dalekim od rzeczywistości. I chociaż podobno Schmitt nawiązuje w swej powieści do „Fausta” Goethego, to Lama nijak ma się do Mefistofelesa. Cokolwiek uczyni z wyobcowanym Tazio, będzie to tylko dzieło człowieka, a nie mocy nadprzyrodzonych.
Schmitt jest prześmiewczy w swej wizji współczesnego świata, gdzie pozycję wyjątkową zapewnić może absolutna uroda (bliźniaków, braci Tazio) lub absolutna brzydota – Tazio jako Adam-bis: dzieło sztuki i nowy człowiek. A gdzieś poza całym blichtrem, sławą i pieniędzmi istnieje jeszcze wolna wola, której ujarzmić nie mogą żadne podpisane pakty, faustowskie czy nie. Istnieją uczucia, ku którym człowiek pragnie się zwrócić i których potrzebuje o wiele bardziej niż podziwu.
Moja ocena: 5

* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Kiedy byłem dziełem sztuki;
Z samobójstwem jest jak ze spadochroniarstwem: pierwszy skok jest najlepszy. Powtórka osłabia emocje, recydywa zniechęca.

Schmitt Éric-Emmanuel; Kiedy byłem dziełem sztuki;
Sława lepiej pasuje zmarłym, to wypożyczony strój, żywi wyglądają w nim śmiesznie.

środa, 26 marca 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Oskar i pani Róża”

Éric-Emmanuel Schmitt, Oskar i pani Róża, Znak, Kraków 2010, 78 s.

Czy w ciągu dwunastu dni można poznać smak życia i odkryć jego najgłębszy sens? Dziesięcioletni Oskar nie wierzył, że to możliwe, aż do spotkania z tajemniczą panią Różą, która ma za sobą karierę zapaśniczki i umie znaleźć wyjście z każdej sytuacji... Piękna, mądra i niepozbawiona humoru opowieść o tym, jak pokonać strach, odnaleźć wiarę i nie poddać się w obliczu nieszczęścia. Ta książka da Wam siłę i nadzieję, a kto wie?, może nawet zmieni Wasze życie...

Mojego życia nie zmieniła. Nie sprawiła, że nagle przestałam być ateistką i uwierzyłam w Boga, nie odkryłam też najgłębszego sensu, jakie niesienie ze sobą istnienie. Żyjemy i umieramy. Ale życie nie jest sprawiedliwie i często zdarza się tak, że ci, których kochamy najbardziej, którzy życia jeszcze nie posmakowali, nie zetknęli się z troskami i radościami, które przynależą do kolejnych etapów dojrzewania; ci, których chcielibyśmy chronić za wszelką cenę i którzy wedle prawidłowości powinni odchodzić po nas, zaburzają rytm cyklu życia i z powodu śmiertelnej choroby odchodzą zbyt wcześnie.
Wiele osób przed śmiercią odkrywa Boga. Czasami jest to zwykła asekuracja (a co, jeśli naprawdę coś tam jest?), czasem – wiara daje im siły, by dotrwać z godnością do tego, co nieuniknione. Oskar poznaje Boga za sprawą wolontariuszki, która niesie pomoc nietypową – kreuje swoją przeszłość tak, aby była atrakcyjna dla małych pacjentów i stara się przekazać im jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Jest niczym kameleon, tworzy siebie i tylko jej wiara, którą zaszczepia innym, jest prawdziwa.
Długo zastanawiałam się, kto inny mógłby być adresatem listów Oskara? W chwilach ważnych, smutnych i doniosłych, ludzie szukają odpowiedzi i pociechy w religii. Muszą w coś wierzyć. Bóg jest zatem wyborem naturalnym.
Opowiadanie Schmitta, chociaż chwilami zahacza o ckliwość i stanowczo zbyt dużo w nim religii, ma w sobie pewien optymizm i prawdę. Pogodzenie się z tym, że wszelkie nadzieje medycyny zawiodły, że dziecko umrze – nie jest łatwe. Chyba żaden rodzic nie chciałby się znaleźć w takiej sytuacji. „Oskar i pani Róża” ukazuje, że ucieczka od prawdy nie przyniesie nic dobrego, tym bardziej jeśli jest mało czasu. I właśnie czas jest tym, co trzeba wyzyskać do końca, wycisnąć zeń wszystko, co się da. Nie bać się łez, ale i nie płakać bez końca. Po prostu żyć i cieszyć się chwilą obecną.
Jest to również opowiadanie o przyspieszonym dojrzewaniu. Oskar poznaje, czym jest miłość i rozstanie. Pisząc swe listy do Boga, stara się jednocześnie zrozumieć dlaczego choruje i pogodzić się z tym. I oswoić z tym rodziców. Mądre, dobre dziecko. I nie, nigdy nie zrozumiem, dlaczego świat nie byłby taki piękny, gdyby nie chore dzieci. Świat mógłby sobie doskonale poradzić bez takiego „piękna”. Schmitt umie dobierać słowa, o czym przekonałam się już wielokrotnie. Nie ze wszystkim, co pisze, się z nim zgadzam. Ale „Oskara i panią Różę” warto przeczytać, aby docenić fakt, że żyjemy, że możemy snuć plany, że możemy kochać dzieci i poświęcać im jak najwięcej czasu.
Moja ocena: 5

czwartek, 27 lutego 2014

Éric-Emmanuel Schmitt „Przypadek Adolfa H.”

Éric-Emmanuel Schmitt, Przypadek Adolfa H., Znak, Kraków 2012, 480 s.

W swojej najnowszej powieści Éric-Emmanuel Schmitt kreśli podwójny portret tytułowego bohatera. Naszym oczom ukazują się na zmianę: Hitler-dyktator i Hitler-artysta, zakompleksiony despota i spełniony, szczęśliwy mężczyzna. Historia prawdziwa przeplata się z historią, która mogła się zdarzyć...
Dlaczego losy świata potoczyły się tak, a nie inaczej? Co sprawia, że człowiek raz wybiera dobro, a innym razem zło? Czy wszystkim rządzi przypadek? W napisanej z rozmachem i dużą swadą książce Schmitt stawia pytania o źródło i naturę zła. Każdy z nas ma w sobie jasną i ciemną stronę - i lepiej o tym nie zapominać.

Mogłabym zacząć (i zacznę!) tę recenzję wspominając o typowym dla mnie zaćmieniu umysłu. Sięgnęłam w bibliotece po powieść leżącą na wierzchu stosu książek zwróconych (tyle razy o tym już pisałam, że kiedyś będę musiała zrobić zdjęcie, coby zwizualizować ten szczególny stos, dzięki któremu trafiam na wszelkie niezaplanowane acz w większości ciekawe lektury), przeczytałam tytuł „Przypadek Adolfa H.” i kompletnie niezorientowana o jakim Adolfie może być mowa, zdecydowałam się na wypożyczenie.
Coś w umyśle błysnęło kiedy przyszłam do domu. Jak to mówią: lepiej późno niż później.
Schmitt rozpoczyna swą opowieść o Adolfie H. w dniu ogłoszenia wyników egzaminów do Akademii Sztuk Pięknych. W jednej wersji Adolf się do akademii dostaje, w drugiej – mamy dokładnie opisane prawdziwe życie faceta, który rozpętał II wojnę światową. Starannie, ze znawstwem i wielkim zapleczem historycznym Schmitt prowadzi czytelnika przez secesyjny Wiedeń, Wielką Wojnę, dwie pierwsze dekady po tym, kiedy Niemcy zamknęły za sobą drzwi z napisem „cesarstwo” i stały się republiką. I moim skromnym zdaniem jest to najlepsza część książki. Wciąż mamy porównanie pomiędzy Adolfem spełnionym artystycznie, szukającym sposobu na wyrażenie siebie za pomocą pędzla i płótna i Adolfem spełniającym się jako charyzmatyczny, nawiedzony żydfob.
Schmitt nie tylko skupia się na istocie zła, przyczynach jego narodzin i ludzkich pobudkach, bywa również przewrotny i ironiczny we fragmentach, kiedy tworzy alternatywną biografię Austriaka.
Los bywa nieprzewidywalny. O życiu człowieka może zadecydować rzut monetą, dobry lub zły humor innego człowieka, ból głowy czy zęba. Kiedy skupienie się na swoich problemach przesłania problemy innych, marginalizuje je i bezwiednie zmienia ich linię życia. Życie jakie proponuje Hitlerowi w jednym z przypadków Éric-Emmanuel Schmitt, to życie człowieka spełnionego, wartościowego i kochanego przez najbliższych. Mamy jednak równie precyzyjnie opisaną i wersję rzeczywistą: wstąpienie do NSDAP, nieudany pucz, więzienie, rosnącą popularność polityczną (i rosnącą paranoję). I okres wojny. Agresja, skupienie na sobie, napady szału... Zło w najczystszej postaci.
Rozdźwięk pomiędzy bohaterem spełnionym artystycznie i spełnionym dyktatorsko jest ogromny. Zamiar Schmitta był oczywisty: ukazać jasne i ciemne strony człowieka. Mnie zastanawiało jednak, czy aby na pewno dostanie się do Akademii Sztuk Pięknych zmieniłoby znacząco biografię Hitlera? Czy gdzieś po drodze nie pojawiłyby się wątpliwości, nie doszedł do głosu psychopata?
Hitler postrzegany jest jako mierny pacykarz. Nie znam się na malarstwie, ale czytać powieść Schmitta nie poznawszy obrazów głównego bohatera to jak słuchać muzyki przy wyłączonym dźwięku. Przejrzałam zatem pliki z akwarelami i szkicami, w takich wypadkach internet jest nieoceniony, nieprawdaż? Patrząc na to, co malował młody Adolf, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie był ani gorszy, ani lepszy od setek obecnych malarzy ulicznych. Budynki, które kreślił, odznaczały się wręcz hiperrealistycznym oddaniem detalu. Prawdopodobnie lepszym byłby Hitler architektem (miał takie ciągoty, niespełnione z powodu braków w nauce) niż artystą. Nie czuł za to przyrody, malowane przezeń kwiaty przypominają prace powstające na lekcjach plastyki w szkole podstawowej. Ale jedna akwarela mi się spodobała. Pochodzi z okresu wiedeńskiego i jest dołączona do niniejszej recenzji.
Wracając do „Przypadku Adolfa H.” – z perspektywy Polski to czy Hitler został artystą, czy Führerem i tak wychodziło na jedno. Była przegrana. To tyle jeśli chodzi o naszą ojczyznę. Abstrahując od epizodu polskiego, powieść Schmitta polecam. Nie tylko jako wariację pisarza na temat tego, co by było gdyby, ale też jako przystępnie napisaną biografię jednego z największych zbrodniarzy XX wieku.
Moja ocena: 5.5

* * *

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Seksualność jest jednym ze sposobów naszego istnienia z innymi. Albo istnienia bez nich. Tak czy owak, objawia nasze otwarcie i nasze zamknięcie się na innych.

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Poważni ludzie robią błąd, traktując poważnie jedynie tych, którzy są do nich podobni.

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Emocja... Emocja, która dodaje siły ideom. Emocja, która tworzy przemoc. Emocja, która zawsze stawia nas po stronie ofiar, ale która właśnie z tego powodu tworzy nowe ofiary.
Chociaż emocja pozwala czasami dojść do nowych myśli, emocja nie jest sprawiedliwa. Wystrzegać się emocji w polityce...

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Dopóki nie rozpoznamy, że łajdak i zbrodniarz kryją się w głębi nas samych, będziemy żyć w pobożnym kłamstwie. Kim jest łajdak? Kimś, kto w swoich oczach nigdy się nie myli. Kim jest zbrodniarz? Kimś, kogo czyny lekceważą istnienie innych. W sposób nieuchronny te dwie siły ciążenia istnieją we mnie, mogę im ulec.

Schmitt Éric-Emmanuel; Przypadek Adolfa H.; [Pamiętnik autora];
Przypisywać złu jedną przyczynę to nie myśleć, lecz karykaturować, upraszczać, raczej popadać w oskarżenia, niż próbować wyjaśnić.

środa, 12 lutego 2014

Delphine de Vigan „Ukryte godziny”

Delphine de Vigan, Ukryte godziny, Sonia Draga, Katowice 2010, 320 s.

Mathilde jest samotną matką trójki dzieci. Po śmierci męża przed ośmiu laty odzyskała równowagę w firmie, w której była cenionym pracownikiem, dopóki przełożony nie zaczął jej szykanować i odsuwać od pracy. Mimo to Mathilde codziennie rano wsiada kolejno do dwóch autobusów, potem do metra i przyjeżdża do firmy, gdzie już nikt niczego od niej oczekuje.
Thibault, lekarz pogotowia po trzydziestce, codziennie jeździ tam, gdzie dyspozytor zleci wizytę – tkwi godzinami w korkach, wlecze się za ciężarówką, szuka miejsca do zaparkowania, spotyka wielu ludzi, którzy prócz niego nikogo innego nie widują. Lepiej niż ktokolwiek inny zna drobne ludzkie dolegliwości i wielkie nieszczęścia, przytłaczające tempo życia miasta i ogrom królującej w nim samotności.
Czy tej dwójce samotnych ludzi uda się spotkać, czy tylko miną się w anonimowym wielkomiejskim tłumie?

Gdybym dawała tytuły recenzjom, tę zatytułowałabym „Na wskroś francuska powieść z iście francuskim końcem”. Ale jakoś nie potrafię wymyślać dobrych tytułów, zatem niech ten (sama mam wątpliwości czy jest chociażby znośny) służy za wprowadzenie w klimat powieści.
„Ukryte godziny” to opowieść o życiu. Nie ma tu intrygi, tajemnicy, romansu. De Vigan nie stara się skusić czytelnika rozrywką, odwrotnie – proponuje przyjrzenie się zwykłemu dniu dwojga zwykłych ludzi, ich codziennym kłopotom, troskom i anonimowości w wielkim mieście. Ukazuje czytelnikowi świat znajomy, czasami niewiarygodnie bliski, bo któż nie przeżywał chwil zwątpienia, samotności czy odrzucenia?
Podoba mi się język, jakim posługuje się autorka. I podobają mi się pytania, jakie stawia swoim bohaterom a przy okazji i czytelnikom. Jest w tej książce ukazana miłość w sposób niebanalny, w odniesieniu do przeszłości, rozliczenie się z tym, co było i co jest. Nie można porywać się na wielkie zmiany mając określone obowiązki i powinności. Można tylko dzień po dniu wypełniać je należycie.
Polecam. Tym bardziej że „Ukryte godziny” czyta się niby szybko, ale są chwile, kiedy lektura zwalnia, nadchodzi zastanowienie i zaduma.
Moja ocena: 6

* * *

Vigan Delphine de; Ukryte godziny;
W związku miłosnym jest pewien rodzaj wrodzonego niewyczerpanego okrucieństwa.

Vigan Delphine de; Ukryte godziny;
Pytania pojawiają się wtedy, gdy jest po wszystkim.

Vigan Delphine de; Ukryte godziny;
Być może związek uczuciowy sprowadza się do braku równowagi; gdy tylko czegoś chcemy, gdy na coś czekamy, już przegraliśmy.

wtorek, 14 stycznia 2014

André Gide „Symfonia pastoralna”

André Gide, Symfonia pastoralna, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1986, 84 s.

W niewielkiej szwajcarskiej wiosce pastor przygarnia małą bratanicę zmarłej kobiety. Dziewczynka jest niewidoma. Mijają lata, Gertruda wyrasta na piękną dziewczynę, która zmienia, dotąd wyłącznie ojcowskie, uczucia pastora. Zazdrosny, sprzeciwia się on wzajemnej miłości wychowanicy i swego syna. Tymczasem Gertruda zostaje poddana operacji i odzyskuje wzrok...

Gide skupił się w „Symfonii pastoralnej” na religii i odcieniach miłości. Ukazał, że nawet natchniony sługa boży nie jest wolny od ziemskich pokus i przywar, i będąc z jednej strony dobroczyńcą, z drugiej – stał się mimowolnym oprawcą. Źle pojęta dobroć, urok rozkwitającej młodości, kalectwo i początkowa czystość intencji połączyły się z istotą religii, poszukiwaniem Boga i fizycznym pożądaniem. Doprowadziło to do rozdźwięku moralnego, rodzinnego i religijnego, a zarazem do upadku głównego bohatera zarówno jako ojca, jak i pastora, jako człowieka, jak i męża.
W tym opowiadaniu raczej, wszystkiego coś osiemdziesiąt stron, niż powieści, Gide stawia tak istotne, nawet teraz, pytanie: gdzie zaczyna się zdrada? W myślach? W czynach? Czy uznając się za tego, który służy Bogu, ma się moralne prawo do oceniania innych i wpływania na ich życie? Co doprowadza do zaślepienia zdrowego rozsądku?
Pastor spisujący swe wspomnienia jest bezgranicznie szczery, ale jednocześnie wciąż się usprawiedliwia, odsuwa od siebie poczucie winy starając się obdzielić nim i innych bohaterów opowieści. Sama zaś opowieść wydawałaby się łzawym melodramatem, gdyby nie fakt, że Gide potrafił ubrać ją w styl moralitetu raczej niż romansu.
Polecam.
Moja ocena: 4.5

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Michel Houellebecq „Mapa i terytorium”

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium, W.A.B., Warszawa 2011, 384 s.

Jed Martin, debiutujący artysta, odnosi olbrzymi sukces za sprawą zdjęć przedstawiających mapy, po czym powraca do swojej pierwotnej twórczości, czyli do malarstwa. Wstęp do katalogu wystawy jego obrazów ma napisać światowej sławy pisarz, Michel Houellebecq - typ niezbyt przystępny, zdecydowanie za dużo pijący i strasznie zaniedbany. Między artystami zawiązuje się nić przyjaźni. Gdy kilka lat później pisarz zostaje zamordowany, Martin decyduje się pomóc w wyjaśnieniu przerażającej zbrodni.

Houellebecq pozostawia za sobą pornografię i obsceniczność. I dobrze, bo nie ma kontrowersji na siłę, jest za to kawał dobrej, francuskiej prozy. Od pierwszej do ostatniej strony nie ma ekscesów, szaleństw czy erotyki. Opowieść toczy się wartko, słowa dobrane są z pietyzmem, czyniąc lekturę odprężającą.
Tym razem Houellebecq skupia się na sztuce i jej twórcach dając wyraźny sygnał, że sztuka współczesna zabrnęła w ślepy zaułek i nawet odpowiednio sfotografowana mapa może być dziełem. Aż dziw bierze, że pisarz nie pokusił się o ginekologiczne ukazanie narządów płciowych w kontekście szeroko pojętego artyzmu, ale wszystko już było i tylko samotność artysty pozostała bez zmian. I przede wszystkim „Mapa i terytorium” jest powieścią o samotności, wyalienowaniu i wypaleniu.
Nie doszukiwałabym się w powieści jakichś podtekstów, tylko dlatego że Houellebecq wprowadził do książki samego siebie. Jego brutalna śmierć mająca wnieść wątek kryminalny jest zaledwie tłem dla wydarzeń z życia głównego bohatera. Pisarz kreuje swą ponurą, rozczarowaną tak życiem, jak i twórczością postać pragnąc za wszelką cenę usunąć się jak najdalej w cień od złudnego świata pełnego blasku fleszy. Nie chcąc zabić się w życiu realnym, unicestwia się na kartkach książki, ukazując przy tym, jak bardzo nietrwały i niepewny jest ludzki żywot.
Podoba mi się ten „nowy” Houellebecq, który zamiast babrać się w pornografii, kieruje swe myśli bardziej ku istotnym problemom ludzi, a takimi są niewątpliwie samotność i wszystko co do niej przynależy.
Moja ocena: 5

wtorek, 10 grudnia 2013

Arnaud Delalande „Bajki pisane krwią”

Arnaud Delalande, Bajki pisane krwią, Albatros A. Kuryłowcz, Warszawa 2011, 398 s.

Rok 1774, czasy panowania Ludwika XV. W wersalskiej Galerii Zwierciadlanej odkryte zostają zwłoki brutalnie zamordowanej młodziutkiej Rosette oraz liścik adresowany do przyjaciela Casanovy Viravolty, awanturnika pracującego niegdyś dla Republiki Weneckiej. Dlaczego morderca zostawił przy zwłokach jedną z bajek La Fontaine’a oraz różę? Skąd pomysł nawiązania do Bajkarza, którego sam Viravolta zabił niegdyś w pojedynku? Morderca zapowiada dziesięć zabójstw, ale wkrótce okazuje się, że dziewczyna z Galerii Zwierciadlanej nie była jego pierwszą ofiarą – pod nóż poszło już kilku agentów i informatorów z tajnej służby króla.

Pietro Viravolta jest bardziej bondowski niż sam Bond. Czytając „Bajki pisane krwią” co pewien czas przemykało mi po głowie: „My name is Orchidea. Czarna Orchidea!” I jako agent ma nawet swego osiemnastowiecznego Q – Augustina Mariénne! Jest to kalka tak widoczna, że aż żenująca, przynajmniej dla mnie – czytelnika. Delalande w swym naśladownictwie idzie dalej. Ma aspiracje aby być nie tylko nowym Ianem Flemingiem. Ni stąd ni zowąd pragnie by „Bajki pisane krwią” stały się nowymi „Nędznikami” i poświęca całe akapity na dziwaczne przemyślenia o Paryżu i na szczegółowe, pseudopoetyckie widoki miasta z wyżyn katedry Notre Dame. Ale i to nie wystarcza autorowi i niczym Dan Brown stara się wcisnąć między wersy różne fakty i ciekawostki podane jednak w tak drętwiej formie, że nużą raczej niż uzupełniają obraz osiemnastowiecznego Paryża.
Chociaż zarys fabuły brzmi zachęcająco, wykonanie zawodzi na całej linii. Akcja się rozłazi, Delalande przynudza i chcąc wiele zdziałać, miota się od pomysłu do pomysłu na czym cierpi logika. Ani to thriller historyczny, ani powieść płaszcza i szpady. Takie flaki z olejem.
Lepiej trzymać się z daleka.
Moja ocena: 1.5

czwartek, 5 grudnia 2013

Nicolas d’Estienne d’Orves „Sieroty zła”

Nicolas d’Estienne d’Orves, Sieroty zła, W.A.B., Warszawa 2009, 586 s.

Niemcy, rok 1995. Pewnego majowego dnia czterech mężczyzn popełnia samobójstwo. Wszyscy mają odcięte prawe dłonie, a na plecach tatuaże z numerami i napisami „SS”. Takie samo znamię miała kobieta, której nadpalone zwłoki znaleziono osiem lat wcześniej we Francji. W pamiętniku napisała, że jej ojciec nazista spłodził z różnymi kobietami pięcioro dzieci. Miały być one modelowymi przedstawicielami najwyższej rasy. Tymczasem przesyłka z odciętymi dłońmi trafia do Norwega Vidkuna Vennera, który jednocześnie dowiaduje się, że został adoptowany przez swojego ojca. Badająca tę sprawę dziennikarka Anaïs odkrywa prawdziwą tożsamość Vennera…
W Sierotach zła Nicolas d’Estienne d’Orves po mistrzowsku rozwija inteligentnie sensacyjną intrygę z gatunku historical fiction. Brawurowo splata różnorodne wątki, prowadząc je do zaskakującego finału.

Tak się zastanawiam, jak często w domu pana Nicolasa d’Estienne d’Orves mówiło się o drugiej wojnie światowej i o dość dwuznacznej postawie Francji? Bo mówiło się na pewno, skoro jego stryjecznym dziadkiem był Honoré d’Estienne d’Orves jeden z założycieli francuskiego Ruchu Oporu. Poza tym znajomość faktów (przynajmniej z francuskiej perspektywy) i przygotowanie do tematu wojennego daje się zauważyć u autora „Sierot zła” już od pierwszych stron. To tak na marginesie.
Po boleśnie prawdziwym prologu, d’Estienne d’Orves podsuwa czytelnikom dość dziwną hipotezę wyjściową. Nie zmienia to faktu, że powieść czyta się szybko, bo napisana jest składnie i logicznie. A co najważniejsze – wciąga! W większości książek sensacyjnych czy też thrillerów z logiką bywa ciężko. Tymczasem mimo pewnej kuriozalności i niemalże apokaliptycznej wizji wieńczącej powieść, wszystko do siebie pasuje i układa się w zgrabną całość.
D’Estienne d’Orves przypomina najmniej chlubne fakty tak w dziejach Niemiec, jak i na przykład Watykanu. Holocaust, obozy koncentracyjne, obojętność (a później dziwnie pojęta pomoc) Stolicy Piotrowej – wszystko to jest niby znane, powtarzane tyle razy, a jednak Francuz nie popada w rutynę, nie stara się bezmyślnie powtarzać tego, co już wiemy. Pisze z werwą i takim uczuciem, jakby odkrywał nazizm na nowo przed czytelnikiem. A że puścił przy tym wodze fantazji? Niech mu wyjdzie na zdrowie, bo stworzył przy tym przerażającą wizję, która idealnie wpasowałaby się w spiskową teorię dziejów. Tyle że tym razem spiskowcami nie byliby Żydzi lecz spadkobiercy Guntrama Pflauma i Maxa Sollmanna.
Sceptykom przypominam, że historical fiction rządzi się swymi prawami i skoro Quentin Tarantino mógł zmasakrować oficjeli III Rzeszy z Hitlerem na czele w swoich „Bękartach wojny”, to dlaczego d’Estienne d’Orves nie miał przedstawić swojej wersji związanej z Lebensborn? Więcej nie powiem nic. Bo przecież cała radość w odkrywaniu intrygi osobiście. Zatem zapraszam do lektury.
Moja ocena: 4.5

czwartek, 17 października 2013

Jean Christoph Grangé „Purpurowe rzeki”

Jean Christoph Grangé, Purpurowe rzeki, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2003, 400 s.

W skutych lodem skałach nieopodal miasteczka uniwersyteckiego Guernon, położonego we francuskich Alpach, zostają odnalezione okaleczone zwłoki mężczyzny. Podczas śledztwa, które prowadzi delegowany z Paryża komisarz Pierre Niemans, mają miejsce kolejne morderstwa. W tym samym czasie inny policjant, Karim Abdouf, w oddalonym o 150 km Sarzac próbuje wyjaśnić zagadkę profanacji grobu chłopca, który zginął przed laty w wypadku samochodowym. Ktoś włamał się do grobowca, ktoś systematycznie usuwa wszelkie zachowane fotografie dziecka...

Oglądałam kiedyś „Purpurowe rzeki” i zawahałam się, czy wypożyczyć książkę, skoro mimo upływu lat wciąż pamiętałam kim jest morderca. Wypożyczyłam.
Czytanie szło gładko, bo i Grangé pisze nieskomplikowanie. Pierre Niémans, chociaż opisany sugestywnie, i tak miał rysy Jeana Reno. Nie szkodzi. Lubię Jeana Reno. I w sumie na tym skończyły się podobieństwa do filmu, którego fragmenty gdzieś się tam telepały we wspomnieniach.
Książka jest bardziej rozbudowana. Pojawia się cały korowód drugo- i trzecioplanowych postaci, które dorzucają jedną lub dwie wskazówki. Atmosfera klaustrofobicznie usytuowanego uniwersytetu, groza lodowców, hieny cmentarne, skini, kibole – Grangé prezentuje całą gamę tak francuskiej geografii, jak i francuskich subkultur.
Początkowo narracja przebiega dwutorowo, Niémans szuka sprawcy odrażającego morderstwa, a policjant arabskiego pochodzenia – Karim Abdouf – szuka osób, które dokonały włamania do szkoły i do grobowca. W pewnym momencie ich ścieżki się łączą i dwóch twardzieli (w tym jeden z kynofobią) węszy za każdą poszlaką nie przebierając w środkach, jeśli chodzi o przesłuchiwanie podejrzanych. Faktycznie brutalności w „Purpurowych rzekach” nie braknie, ale nie razi to jakoś specjalnie. Sam pomysł na intrygę, chociaż wydaje się (kiedy już po wszystkim) trochę przekombinowany, wciąga, zmusza do myślenia i sprawia, że powieści nie da się ot tak, po prostu odłożyć. Jak się ją czyta, to już do końca. Tajemnica goni tajemnicę, morderca nie szaleje i wspina się na wyżyny intelektualne (i nie tylko).
A jeśli chodzi o koniec – jak już wspomniałam, pamiętałam kto zabił, ale powieść kończy się o wiele bardziej dramatycznie i dynamicznie niż film z Reno i Casselem. Prawdziwy majstersztyk grozy.
Dla mnie – bomba.
Moja ocena: 5