Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lette Kathy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lette Kathy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2013

Kathy Lette „Radość w zarodku”

Kathy Lette, Radość w zarodku, Zysk i S-ka, Poznań 2003, 277 s.

Dla nowego mężczyzny swojego życia Madeleine gotowa jest poświęcić wszystko. Alexander, król telewizyjnej dżungli, jest mistrzem w uprawianiu samochodowej miłości na najwyższym biegu, choć najczulej hołubi sam siebie. Zanim jednak Madeleine odkryje, że jej bohater to kolos na glinianych nogach, test ciążowy wykaże, że... wpadła. Czy Alexander stanie na wysokości zadania?

„Daily Mail” zachwalał prozę Lette jako dostarczającą mnóstwa radości, szczerą do bólu, prezentującą humor inteligentny, przyprawiony smakowitą pikanterią. Dałam się złapać na ten „inteligentny humor”. Niestety.
Książka jest napisana sprawnie, ale główna bohaterka jest jeszcze bardziej naiwna niż Bridget Jones. Prezentuje zaś humor nie tyle inteligentny, co rodem z antypodów, a zatem dla mnie zupełnie niezrozumiały. Inteligentny humor acz nieco surrealistyczny prezentowała w swych wczesnych kryminałkach Joanna Chmielewska, tymczasem z „Radości w zarodku” wieje nudą. Ironiczne spojrzenie na „wyższe sfery” Londynu jest może i trafne, ale zobrazowane bez polotu i lekkości pióra, co czyni powieść gliniastym zakalcem. A ja nie lubię zakalców. Podobnie wtórne i tylko z założenia dowcipne są opisy kolejnych faz porodu. Że boli? Że faceci tego nie pojmują? Znane i oklepane.
Poza tym, ile można czytać o wiarołomnych facetach i kobietach, które wierzą, że są w stanie ich zmienić? Że facet zmieni dla nich swoje przyzwyczajenia, zostawi żonę, środowisko, w które wrósł i tak dalej i bez końca. No ludzie, za stara jestem, żeby wierzyć w takie bujdy.
I to tyle, jeśli chodzi o „Radość w zarodku”. Radość poczułam skończywszy książkę z poczuciem, że koniec marnowania cennych wieczornych chwil na taki chłam.
Moja ocena: 1.5

poniedziałek, 6 września 2010

„W łóżku z...” (różni autorzy)

Książka reklamowana jako „bezwstydnie szczere erotyczne opowiadania znanych pisarek” to nic innego jak „gniot i łóżkowe fantazje-odpady producentek romansów”. Pośród autorek, które zapobiegliwie pochowały się pod (dziwacznymi) pseudonimami, nie znalazło się żadne znane mi nazwisko. Może dlatego, że romansów z reguły nie czytam, bo szkoda mi na nie czasu.
Same opowiadania nie tyle są „bezwstydnie szczere”, co „nudząco przewidywalne”. Kobieta czuje ekstazę kiedy penis faceta dźga jej pochwę. I tak przez ponad 200 stron. Żadnego zaskoczenia, żadnej finezji, raczej grafomaństwo do bólu oczu i mózgu.
Tego nie można nazwać literaturą, czy nawet produktem dla kucharek. To jest po prostu wielka pomyłka i zarabianie na naiwności zdesperowanych blond niuń, które marzą o „wspólnym orgazmie” ze swoim facetem.
Moja ocena: 0.5
Ale przynajmniej się mogliśmy z M. pośmiać, on siedział i robił wykresy, a ja mu cytowałam co głupsze „kąski” (tutaj je sobie daruję). Skutecznie zniechęciliśmy się do jakiejkolwiek aktywności erotycznej.
A już przy opowiadaniu „Pamiętasz Paryż?” Patch O’Gilby, M. stwierdził, że dostaje choroby morskiej, od tych powtórzeń, zaprzeczeń i bełkotu pseudomodernistycznego. Pokuszę się o kilka przykładów:
„Pomieszczenie od frontu, gdzie kiedyś przychodzili klienci, z białymi kafelkami na ścianach i podłodze i oknami w stylu art nouveau – tam jada się śniadanie. Tam jadłyśmy i my, trzy kolejne dni, ale czwartego już nie. Nie czwartego. Śniadanie podawano na papierowym talerzu. Sama ci je podawałam na takim talerzu.” (s. 219) – łopatologia stosowana.
„Trzy noce. Cztery dni. Trzy razy byłyśmy tam razem. Za każdym razem tylko jedną noc, z wyjątkiem tej ostatniej, tamtej, kiedy to nie śpiąc, dotrwałyśmy do rana.” (s. 220) – M. stwierdził, że brzmi to jak zadanie matematyczne.
„… namalowane usta Pierotta i Pieretty czy sztuczne łzy.” (s. 220) – słyszałam o Colombinie, ale o Pieretcie???
„Pierwszej nocy była burza. Może nie burza, ale padało. I trochę wiało. Bardzo wiało. Chciałam, żeby wiało, błyskało się i zacinało deszczem.” (s. 221) – jestem ciekawa tej burzy :)
„Martwiłaś się, że jesteś dla mnie za ciężka. Że za dużo ważysz. Że jest mi z tobą niewygodnie, tam, tu i tam. Ale nie było. Nawet wtedy, kiedy było.” (s. 222) – to w końcu było, czy nie było???
I ciekawostka z opowiadania „Wstyd x dwa” Bunny Princess:
„Jeden syn oglądał mecz Chelsea z ojcem.” (s. 199) – fajnie mieć ojca, który gra sam vs. całej jedenastce Chelsea ;)