Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja/ZSRR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja/ZSRR. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2016

Mariusz Wilk „Wołoka”

Mariusz Wilk, Wołoka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, 255 s.

Książka, przełamująca stereotypy myślenia o Rosji. Fascynujący dziennik podróży przez Wyspy Sołowieckie, miejsce gdzie historia rosyjskiego mistycyzmu miesza się z ponurą historią łagrów. Świat pomiędzy wspaniałym Monastyrem, a więziennymi barakami łagrów. Oddalona od cywilizacji kraina cudów, wpisana na listę UNESCO. Pełne, kolorów, zapachów i dźwięków opisy przeprawy przez Kanał Białomorski, soczyste spostrzeżenia obyczajowe i nieprawdopodobne historie ludzi, którzy pozostają tam, ponieważ sowiecka Rosja o nich zapomniała, a nowa Rosja nie chce o nich pamiętać. Wołoka to szlak, ścieżka, którą idzie się po raz pierwszy, podróż w dziewicze rejony. Niezwykle żywa relacja, podbudowana odkrytymi przez autora źródłami historycznymi, które odkrywał i studiował w bibliotekach monastyrów.

Dawno mnie nie było, acz nie z typowych o tej porze roku powodów. Moja starsza córka przekonała mnie, że nie samymi książkami się żyje i ostatnio trochę przystopowałam z czytaniem na rzecz słuchania muzyki (albo inaczej rzecz ująwszy: delektuję się każdą linijką nowego przekładu „Rękopisu znalezionego w Saragossie” i słucham muzyki). Ale dziś wracam do tego, co czytałam w zeszłym roku. „Wołoka” Mariusza Wilka jest tak napisana, że wymyka się wszelkim recenzjom. To się po prostu doskonale czyta!
Napisałam powyższy akapit i wena mnie opuściła, za to nadszedł czas na własną włóczęgę. I posmakowanie tego, o czym pisał Wilk. Jaka ze mnie wędrowniczka, taki i mój wyjazd był, ale spróbowanie życia z dala od miasta i ludzi, wydeptywanie własnej tropy i rozgwieżdżone niebo nade mną pomogło mi dogłębniej zrozumieć ucieczkę autora od „cywilizacji” i jego zachwyty nad dziką przyrodą, spokojem i wędrówkami.
„Wołoka” napisana jest specyficznym językiem, stylem niemalże archaicznym, wypełniona przestarzałymi wyrazami,. A przecież czyta się opowieść Wilka jednym tchem i o znudzeniu nie ma tu mowy. Wysypy Sołowieckie jawią się w tej prozie nie tylko jako ponury fragment historii Związku Radzieckiego i miejsce śmierci setek tysięcy ofiar megalomanii Stalina, ale i jako miejsce zainteresowania dawnych odkrywców, miejsce spokojne acz wcale nie nudne. Widać, że Wilk wsiąkł w tę Rosję C (a może i D, E, F – Bóg jeden wie, jak wielkie są różnice pomiędzy mentalnością i stylem życia mieszkańców Moskwy i mieszkańców Wysp Sołowieckich), wybrał samotnię i przyrodę i opisuje je ze swadą, znawstwem i humorem. Mimochodem rzucane anegdoty (jak ta o Aleksandrze Dumas i jego „rozłożystej klukwie”) to nie tylko przerywniki w dywagacjach autora, ale i nauka, z której wynosimy wiedzę. A anegdoty są potrzebne, bo poza spokojem i gadulstwem, w „Wołoce” nie brak i smutku, i śmierci. Po raz kolejny Wilk udowadnia, że prawdą jest powiedzenie: „Rosja to stan umysłu”, otępionego alkoholem, smutkiem, biedą, umysłu, który coraz trudniej jest pojąć.
Tym bardziej więc warto sięgnąć po „Wołokę”, gdzie Wilk pisze o wszystkim i niczym, rozpoczyna jedną opowieść, by zboczyć w drugą, potem trzecią (jak sam twierdzi: „Zacząłem o miodzie, a skończyłem na Rzplitej”), a potem nawraca, prostuje i konkluduje.
Moja ocena: 5.5
Tym razem zdjęcie moje.

niedziela, 22 maja 2016

Mariusz Wilk „Wilczy notes”

Mariusz Wilk, Wilczy notes, Noir Sur Blanc, Warszawa 2012, 219 s.

„Wilczy notes” to pierwsza książka Mariusza Wilka o Rosji (ukazała się w 1998 r.). Dokładnie – o Sołowkach, wyspach na Morzu Białym. W carskiej Rosji zsyłano tam więźniów politycznych, ZSRR tę tradycję kontynuowało, tworząc na Sołowkach jeden ze sławniejszych gułagów. Dla Wilka Sołowki są kwintesencją Rosji. Tutaj można wzrokiem objąć procesy, które tam, w Rosji, zachodzą na ogromnych obszarach i dlatego są trudno uchwytne. Na Sołowkach widać Rosję w miniaturze, jak na dłoni: jest i władza, i cerkiew, i kultura w muzeum, maleńki biznes i swojska mafijka, jest i szpital, i szkoła muzyczna, i bycza ferma, i prywatne krowy, i przedsiębiorstwo leśne, i nieduża fabryczka agar-agaru, jest milicja i areszt, jeno sąd bywa rzadko, czasami przylatuje. (…) Tylko służby komunalne są w zaniku, za to nieźle rozwinięto kłusownictwo. Kipią wreszcie na Sołowkach namiętności damsko-męskie, trwają swary polityczne w bani, zaś legendarne ruskie pijaństwo przybrało apokaliptyczne rozmiary. Wystarczy więc usiąść na przyzbie domu, plecami się oprzeć o drewnianą ścianę, rozgrzaną wiosennym słońcem, myśli puścić, niechaj same się marszczą, i patrzeć, i słuchać, i milczeć.

Powinnam była wiedzieć cokolwiek o Sołowkach sięgając po „Wilczy notes”, ale biję się w piersi – nie wiedziałam, że właśnie tam powstały pierwsze, carskie jeszcze kazamaty. Cóż, nigdy nie mówiłam, że jestem wszechwiedząca. Za to miałam przyjemność poznać Sołowki od przyjemniejszej strony, już z czasów, kiedy już po stalinowskich łagrach pozostało właściwie tylko wspomnienie. Ponadto Mariusz Wilk tak zakochał się w tej części Rosji, że postanowił tam się osiedlić, wżyty w tamtejsze środowisko, opisuje je nie jako dziennikarz, lecz osoba stamtąd.
Trudno jest przyporządkować „Wilczy notes” to jakiegokolwiek gatunku, bo są fragmenty typowo reporterskie, ale i podróżnicze, są też długie cytowania zapisków cudzoziemców o Sołowkach, a wszystko to napisane językiem specyficznym, z licznymi rusycyzmami i odniesieniami do tamtejszej rzeczywistości. Pisze Wilk nie tylko o okolicy, w której zamieszkał, ale i o swych wyprawach myśliwskich, wyprawach za krąg polarny, gdzie rządzą żywioły nieujarzmione, a cywilizacja (w naszym rozumieniu) wydaje się być fantazją.
Cytowany przez Irinę Adelgejm (w „Posłowiu”) Józef Czapski twierdził, że można pisać o kraju, w którym się mieszkało mniej niż sześć tygodni albo więcej niż dziesięć lat. Wilk wybrał opcję trudniejszą, ale cóż, miłość (w tym przypadku miłość do przyrody, natury i tej „oazy Północy”) nie wybiera. Zakochany w podbiegunowym zakątku Rosji, tej kwintesencji nie – wielkiego Imperium, lecz kraju ludzi zwyczajnych – przekazuje swój zachwyt w tekście. Nie ma mafii, wielkich fortun, z którymi tak często kojarzona jest obecna Rosja, są za to piękne opisy przyrody, zespalanie się z naturą (kapryśną, to przyjazną, to wrogą człowiekowi, ukazującą mu jego miejsce na świecie) i ucieczka od codziennego zabiegania, którego jesteśmy mniej lub bardziej mimowolnymi uczestnikami żyjąc w miastach, uwiązani do pracy, nękani wszechobecnym hałasem, smogiem i wszystkimi tymi „dobrodziejstwami” cywilizacji, które prowadzą do zrujnowania planety.
Bardzo dobrze się czyta.
Moja ocena: 5

Zdjęcie autorstwa Wojciecha Śmieji ze strony: http://www.new.org.pl/2288,post.html

sobota, 5 marca 2016

„Historie kobiet z Gułagu. Dusza wciąż boli” pod red. Siemiona Wileńskiego

Historie kobiet z Gułagu. Dusza wciąż boli, pod red. Siemiona Wileńskiego, PWN, Warszawa 2011, 672 s.

Prawie wszystkie autorki wspomnień były aresztowane i więzione w latach 30-tych XX wieku. W swoich relacjach opowiadają o sobie, ale znacznie częściej o losach swych towarzyszy z więzień i obozów. To wspólne przeżywanie tragicznego losu, sprzeciw wobec bezdusznego systemu, niszczącego wspólnotę ludzi, jest źródłem wielkiej siły moralnej. 
Potworna selekcja okresu stalinowskiego - pisze w swoich wspomnieniach Wiera Szulc - stworzyła, zdawałoby się, nowy gatunek ludzi: pokornych, odrętwiałych, pozbawionych inicjatywy, milczących. Dlatego trzeba, by nasi współcześni usłyszeli głos nielicznych ocalałych przedstawicieli pokolenia początku wieku, którzy zachowali do naszych czasów ideały prawdziwego człowieczeństwa, pomimo koszmaru niesprawiedliwego sądu, tortur i poniżenia, głodu i niewyobrażalnych wyrzeczeń.
Wszystkie wspomnienia wchodzące w skład tego zbioru zostały napisane bez autocenzury i bez nadziei na szybką publikację. Wiele z nich pisano potajemnie, za drutem kolczastym.

Wstyd się przyznać, ale pomimo tego, że pisałam pracę magisterską o Stalinie i Trockim (ich walce o schedę po Leninie), do tej pory nie miałam okazji czytać właściwie niczego, co związane byłoby z łagrami, do których zsyłano wszelki niepożądany element. Owszem, czytałam „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego, wiele się też mówiło o „Archipelagu GUŁag” Sołżenicyna, ale dostępność do książki była znikoma, a potem wkroczyło życie i temat odłożyłam na czas nieokreślony. Aż w końcu książka pod redakcją Siemiona Wileńskiego niejako sama weszła mi w oczy w podkowiańskiej bibliotece. I choć mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać, to okazało się, że było to mniej niż więcej.
„Historie kobiet z Gułagu” są zbiorem dwudziestu trzech wspomnień kobiet, które trafiły do różnych łagrów, najczęściej w drugiej połowie lat trzydziestych, kiedy nastąpiło apogeum stalinowskich represji. Wyjątkiem są wspomnienia Berty Babiny-Newskiej i Zajary Wiesołej. Babina-Newska opisała swój pierwszy pobyt na Łubiance, w roku 1922. Żył wówczas jeszcze Lenin, Stalin dopiero planował objęcie władzy, a w więzieniach siedzieli głównie socjaldemokraci, którzy dla Wodza Rewolucji i spółki nie byli dość czerwoni. W więzieniu, w osobnych celach umieszczano małżeństwa, przynoszono wszystko, co mogło uczynić życie znośniejszym, a nawet przyjemniejszym. Jej wspomnienia w niczym nie przypominają relacji kobiet uwięzionych w kilkanaście lat później, kiedy tortury fizyczne i psychiczne były na porządku dziennym i nikt nawet nie marzył o tym, żeby przemieszczać się po więzieniu i udzielać towarzysko. Z kolei Wiesołaja trafiła do więzienia w 1949 r., z artykułu 7 mówiącym o kategorii osób, wobec których stosowane są „środki ochrony społecznej”, czyli ni mniej ni więcej, chodziło o to, żeby dziewczynę zamknąć, bo mogła odczuwać „nastroje antyradzieckie”. Tylko mogła!
Są jeszcze w „Historiach...” dwa nietypowe wspomnienia. Co prawda Jelena Władimirowa i Anna Barkowa trafiły do GUŁagu już za Stalina, ale swym zapiskom nadały formę wierszy. I nie wiem, czy to wina tłumacza (bo przecież poezję trzeba czuć, mieć w duszy i dopiero wówczas zmagać się z przekładem), czy mojej niewrażliwości na poezję, czy też po prostu te strofy nie są aż tak dobre, by poruszyć serce. Barkowej krytyk Anatolij Łunczarski wieszczył wielką karierę. Niestety, do mnie te wiersze nie przemówiły.
Przemówiły natomiast wspomnienia Olgi Adamowej-Slozberg, pierwsze w książce, ukazujące życie kobiety od momentu aresztowania z artykułu 58, do chwili jej rehabilitacji w 20 lat później. Opisuje Adamowa-Slozberg i moskiewskie więzienia, i Sołowki, i wyjazd na Kołymę, ukrywanie się w Moskwie, bo z powodu tzw. minusa nie miała prawa mieszkać w określonych miastach mocarstwa, kłopoty w relacjach z dziećmi, szczególnie z synem, który przez bardzo długi czas wierzył, że skoro kogoś aresztowano, to sobie na to zasłużył. Sama Adamowa-Slozberg była początkowo przekonana, że aresztowanie jest pomyłką, że wszystko się wyjaśni i szybko wróci do dwójki dzieci. Wspomina swoje oburzenie, kiedy jako świeża jeszcze aresztantka, dziwiła się, jak współwięźniarka może zajmować się jakimś błahym kołnierzykiem, skoro nie widziała swojego synka od trzech lat. Odpowiedź była niczym wiadro zimnej wody: „Przeżyje pani i dziesięć, i będzie się pani troszczyła i o jedzenie, i o ubranie, będzie pani walczyć o miskę w łaźni i o ciepły kąt w baraku. I niech pani sobie zapamięta: wszyscy cierpią dokładnie tak samo. Na przykład pani dzisiaj w nocy jęczała i wierciła się na łóżku, nie dając spać innym, a Soni (miała pryczę naprzeciw mojej) me pozwalali spać przez dziesięć nocy, wciąż ją przesłuchiwali, dopiero teraz dali odpocząć jedną noc. Mnie także pani obudziła, do samego rana nie mogłam już zasnąć, myślałam o swoim synku, którego zdaniem pani, nie kocham tak mocno, jak pani swojego – i było mi bardzo ciężko na duszy.”[1]
I faktycznie, Adamowa-Slozberg przekonała się, że człowiek może wiele wytrzymać, kopanie rowów w pięćdziesięciostopniowym mrozie, kilkukilometrowy marsz z temperaturą bliską czterdziestu stopniom, marne jedzenie, tęsknotę za rodziną.
W GUŁagach cierpieli wszyscy – mężczyźni, kobiety i istoty zupełnie niewinne – dzieci. Jewgienija Ginzburg trafiwszy do obozu opiekowała się grupą starszaków, dla których nikt nie miał czasu, nikt nie okazywał im serca. Czterolatki nie umiały mówić, porozumiewały się ze sobą monosylabami, czasami wypowiadały pojedyncze słowa. Sytuacja młodszych była wręcz katastrofalna: „W grupie niemowlęcej maluchy przez cały dzień po prostu leżą w swoich łóżeczkach. Nikt nie weźmie ich na ręce, choćby zachrypły od krzyku. Dzieci nie wolno brać na ręce, zakaz jest. Wolno tylko zmieniać pieluszki – oczywiście, jeśli ich wystarczy. W grupie dla raczkujących dzieci całe dnie spędzają w zatłoczonych kojcach, pełzają na brzuszkach, trzeba tylko pilnować, żeby się nie pozabijały i oczu sobie nie wydłubały.”[2] Im dłużej Ginzburg opowiada, tym większą budzi grozę: „Łóżeczka niemowląt stoją ciasno jedno koło drugiego. Dzieci jest tak dużo, że gdy przewijamy je wszystkie po kolei, to zajmuje nam to co najmniej półtorej godziny. Tymczasem wszystkie mają odparzone pupy, są wychudzone, zanoszą się od krzyku. Jedne piszczą cichutko i żałośnie, nawet nie licząc na to, że ktoś zareaguje na ich płacz. Inne wrzeszczą na całe gardło, rozpaczliwie i zuchwale walczą o swoje prawa. A jeszcze inne już w ogóle nie krzyczą, tylko cichutko jęczą jak dorośli.”[3] I nie był to wyjątek. W swoich wspomnieniach Hella Fiszer również pisze: „W mojej grupie jest około dwadzieściorga dzieci, od dwóch do czterech lat. Mówią mało i źle. Najwyraźniej nikt nie dba tu o ich rozwój umysłowy. Bawią się bez zapału. Słuchanie, nawet bardzo króciutkich wierszy, bardzo je męczy.”[4] I na koniec relacja Chawy Wołowicz: „Na przykład karmienie, przy którym byłam kiedyś obecna. Niania przyniosła z kuchni parującą kaszę. Rozłożyła ją na miseczki, wyciągnęła z łóżeczka pierwsze dziecko z brzegu, założyła mu rączki do tyłu, przewiązała je ręcznikiem do tułowia i zaczęła napychać malucha gorącą kaszą jak indyka, łyżka po łyżce, tak szybko, że dziecko nie nadążało łykać kaszy! Moja obecność - w końcu osoby postronnej - nie wywierała na niej żadnego wrażenia. To znaczy, że taka „racjonalizacja" była uprawomocniona. Takie traktowanie było przyczyną tego, że mimo stosunkowo wysokiej liczby urodzeń w żłobku nigdy nie brakowało wolnych miejsc. Trzysta zgonów dzieci rocznie jeszcze przed wojną! A ile ich było podczas wojny!”[5]
Przyznaję, że przez lata moja empatia malała, wiem, że świat nigdy nie był i nadal nie jest przyjaznym miejscem, bo człowiek to najgroźniejsza, najgłupsza i najbardziej okrutna bestia. Czytając wspomnienia Ginzburg, Fiszer i Wołowicz czułam narastającą gulę w gardle. Pamiętałam, że mimo upływu lat, sytuacja w Związku Radzieckim wcale nie uległa zbytniej poprawie. Owszem, nie ma już łagrów, ale osierocone dzieci nadal trzymane są w warunkach urągających wszelkim normom.
Wracając do tematu: od aresztowania nie chroniły ani koneksje rodzinne, ani fakt, że ktoś był cudzoziemcem. Weronika Znamieńska była siostrzenicą Gienricha Jagody, który osobiście podpisał nakazy aresztowania całej rodziny. Natomiast wspomniana już Hella Fiszer była w Czechosłowaczką. Ariadna Efron była córką Mariny Cwietajewej, w „Historiach...” opublikowano jej listy do Borysa Pasternaka (autora m.in. „Doktora Żywago”) – jej opiekuna. Właśnie w tych listach oraz w dzienniku spisywanym „na gorąco” Julii Sokołowej najbardziej daje się odczuć niemoc, zwątpienie i strach przed dniem jutrzejszym będącym wielką niewiadomą.  Sokołowa skupia się na tym, że nie może zdobyć pieniędzy, że jako „żona wroga” nie może zdobyć pracy, że w spokojniejszy dzień udało się jej zrobić przepierkę, że znów nie ma siły, aby wyjść z mieszkania. Niby banalne notatki, ale jakże ludzkie, jak bardzo przybliżające naturę kobiet obawiających się aresztowania i przyszłości.
„Historie kobiet z Gułagu” na pewno nie są lekturą łatwą i przyjemną. Na pewno są jednak lekturą konieczną. Opowieści o łagrach z punktu widzenia kobiet to istotny wkład w to, aby pamięć o zbrodniach Stalina nie została zapomniana, aby teraźniejsza pauperyzacja społeczeństwa rosyjskiego i co za tym idzie, gloryfikowanie komunizmu, z Józiem Słoneczko włącznie, nie przysłoniły prawdy o tamtych czasach.
Moja ocena: 6


[1] O. Adamowa-Slozberg, Droga, [w:] Historie kobiet z Gułagu. Dusza wciąż boli, pod red. Siemiona Wileńskiego, PWN, Warszawa 2011, s. 18-19.
[2] J. Ginzburg, Tutaj mieszkały dzieci, [w:] Historie kobiet z Gułagu..., s. 372.
[3] Ibidem, s. 375.
[4] H. Fiszer, W życiu powtarzaliśmy – „tak trudno jeszcze nie było”, [w:] Historie kobiet z Gułagu..., s. 444.
[5] Ch. Wołowicz, O przeszłości, [w:] Historie kobiet z Gułagu..., s. 548.

Źródła zdjęć:
1. http://www.labirint.ru/screenshot/goods/338728/15/
2. http://www.liveinternet.ru/users/5124893/rubric/3790233/
3. https://ru.wikipedia.org/

środa, 16 lipca 2014

Laurence Rees „Kaci i ofiary”

Laurence Rees, Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, 208 s.

„Kaci i ofiary” to wstrząsające portrety zbrodniarzy i bohaterów ludzi, którzy w sposób szczególny zapisali się na kartach historii II wojny światowej. Laurence Rees przeprowadził setki wywiadów ze sprawcami najstraszniejszych wojennych okrucieństw i zbrodni, a także z ich ofiarami oraz tymi, których heroiczna postawa ocaliła ludzkie istnienia. Przedstawia trzydzieści pięć najbardziej niezwykłych postaci.

Gdyby nie rozdziały poświęcone Amerykanom i Japończykom biorącym udział w II wojnie światowej, „Kaci i ofiary” stanowiliby doskonały suplement wcześniejszej książki Reesa: „Auschwitz. Naziści i «ostateczne rozwiązanie»”. Jest tak między innymi dlatego że pojawiają się w „Katach i ofiarach” osoby już znane, takie jak Oskar Groening, Samuel Willenberg czy Lucille Eichengreen. Tym razem Rees skupił się na jednym zagadnieniu: możliwościach masowego zabijania i upokarzania cywilów nie spotykanych na taką skalę przed II wojną światową. Nie ma w „Katach i ofiarach” historii politycznej, jest za to trzydzieści pięć opowieści ludzi, którzy stali po obu stronach konfliktu i albo brali mniej lub bardziej czynny udział w zabijaniu, albo widzieli śmierć lub cierpienie najbliższych nie mogąc nic na to poradzić.
Historycy opisując dramat Holocaustu tak katów, jak i ofiary pozostawiają najczęściej anonimowymi, sprowadzając je do liczb lub uogólnień. Rees natomiast przedstawia swoich rozmówców z imienia i nazwiska, cytuje ich wypowiedzi dodając od siebie okoliczności przeprowadzania wywiadu, otoczenie i nastawienie przepytywanego do wydarzeń z początku lat czterdziestych z perspektywy czasu.
Ludzie uczestniczący w masowym zabijaniu czy to po stronie reżimów, czy po stronie aliantów nawet po latach nie czują wyrzutów sumienia z powodu tego, że zabijali lub byli świadkami zabijania. Pilot amerykańskiego myśliwca Paul Montgomery uczestniczył w zrzucaniu bomb zapalających na japońskie miasta. Kobiety i dzieci płonęły żywcem, przez Osakę, Tokio i Nagoi przechodziły fale ognia. Montgomery „przyznał, że tam w dole, w ognistej nawałnicy, «musiały być kobiety i dzieci», ale «toczyła się wojna, a ja dostałem taki rozkaz»”. Oskar Groening (esesman zajmujący się w Oświęcimiu liczeniem pieniędzy odebranych ludziom przed wysłaniem ich do komór gazowych) z kolei, „kiedy zapytano go, dlaczego naziści uważali za usprawiedliwione zamordowanie ponad 200 000 dzieci w Auschwitz, potrafił wyjaśnić spokojnie: «Dzieci nie są w tym momencie wrogiem - powiedział. - Wrogiem jest krew, która płynie w ich żyłach - groźba, że wyrosną na Żydów, którzy mogliby się stać niebezpieczni. I dlatego dzieci też były eliminowane».” Wiedząc jaka była cena Lebensraumu Führera, surrealistyczne wydają się wypowiedzi Karla Boehma Tettelbacha o Hitlerze, jako „czarującym gospodarzu” i człowieku „przyjacielskim” i „normalnym” czy słowa Kristiny Söderbaum, gwiazdy filmowej Trzeciej Rzeszy: „Szczerze mówiąc po wojnie próbowałam czytać o tych wszystkich strasznych rzeczach, które Hitler zrobił. Ale to takie trudne, widzi pan, bo on miał takie cudowne niebieskie oczy. A poza tym zawsze był dla mnie bardzo miły.”
Jak te słowa mają się do obozów zagłady? Jak mają się do wspomnień Tomasza Blatta, który został wraz z rodziną wywieziony do Sobiboru i cudem uniknął śmierci? Chciał żyć, przeżyć za wszelką cenę, nawet jeśli w odruchu obronnym musiał wykształcić w sobie znieczulenie na wszystko, łącznie z tym, że widział, jak matka, ojciec i młodszy brat zostają zabrani do komór gazowych. Lucille Eichengreen, która rozmawiała z Laurence’em Reesem w Krakowie, dokąd przyjechała z wizytą, opowiadała o swoim pobycie w łódzkim getcie. Została tam wysłana wraz z matką i młodszą siostrą transportem z Hamburga. Miała szesnaście lat. Była świadkiem tego, jak przywódca getta Chaim Rumkowski wykorzystywał swe stanowisko nie w celu pomocy innym, ale aby dogodzić swoim chuciom i kaprysom. Przeżycie za wszelką cenę to jedno, lecz deprawacja i zepsucie nijak mają się do solidarności narodowej.
Co istotne, bardzo pomocny przy zduszaniu jakichkolwiek wyrzutów sumienia był rasizm stosowany przez propagandę. Dla Niemców Żydzi byli „podludźmi”, Rosjanie, Polacy i inni Słowianie niewiele lepsi, dla Japończyków Chińczycy byli „gorsi od psów”, Amerykanom tłumaczono, że Japończycy to „skośnookie małpy”. Wszyscy oni wydawali się przekonani, że zabijają istoty gorsze; inaczej, mniej intensywnie odczuwające ból, radość, życie?
O Holokauście napisano wiele, istotne są zatem u Reesa te fragmenty, które ukazują konflikt na innej szerokości geograficznej. Kultura i mentalność Japończyków wydają się zupełnie obce nam, Europejczykom. Zapoznając się z opowieściami mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni, targały mną różne emocje, poczynając od mdłości (przeżycia wojenne Kena Yuasy i eksperymenty medyczne na Chińczykach), poprzez zdumienie (Hiroo Onoda i odmowa kapitulacji niemalże do połowy lat siedemdziesiątych XX wieku) czy współczucie (Kenichiro Oonuki, który zmuszony do wzięcia udziału w misji kamikadze przeżył, bowiem został zmuszony do lądowania). Już sam styl ćwiczenia żołnierzy japońskich wprawiłby w osłupienie większość oficerów wojsk europejskich. Upokarzanie i degradowanie człowieka będące na porządku dziennym w Armii Cesarskiej sprawiało, że jakiekolwiek ludzkie odruchy zanikały w szeregowych żołnierzach, a cała złość i skumulowana nienawiść znajdowały ujście w walkach z wrogiem i gnębieniu słabszych.
„Kaci i ofiary” to opowieści o cierpieniu, gwałtach, braku lojalności, odczłowieczeniu i ludzkiej nikczemności. Rosjanie zabijający uciekających rodaków, żołnierze zabijający dzieci i gwałcący kobiety, Japończycy uczący się używania bagnetów na żywych tarczach, molestowanie seksualne, głupota i naiwność ludzi, którzy okres wojenny spędzili w bezpiecznym miejscu, rytualny kanibalizm, zdrada Brytyjczyków... Rees ukazuje, jak mroczną istotą jest człowiek i jak nisko może upaść postawiony w ekstremalnej sytuacji. Nic zatem dziwnego, że autor nie stara się dokonać analizy podsumowującej to, czego musiał wysłuchać. Zamiast tego kończy swą książkę pytaniami:

„Problem z dzisiejszym życiem polega na tym - powiedział mi jeden z byłych nazistów - że ludzie, którzy nigdy nie zostali wystawieni na próbę, chodzą i wygłaszają sądy o ludziach, którzy zostali wystawieni na próbę”. A chociaż ta opinia nie powstrzymała mnie przed potępieniem działań tego człowieka podczas wojny, jego słowa kazały mi się poważnie zastanowić przed postawieniem pytania: „Co ja bym zrobił?”
W końcu każdy z nas musi sam zdecydować, jak zmieniające się okoliczności mogą wpłynąć na nasze postępowanie. Może straszliwe przeciwności losu wydobyły z nas najlepsze cechy, a może ujawniłyby najgorsze. Jak myślicie? Co wy byście zrobili?.1

Ja nie wiem. I nade wszystko pragnę, aby nie znaleźć się w takiej sytuacji. A książkę Reesa oczywiście polecam.
Moja ocena: 6

1 L. Rees, Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 186.

czwartek, 12 czerwca 2014

Jacek Hugo-Bader „Biała gorączka”

Jacek Hugo-Bader, Biała gorączka, Czarne, Wołowiec 2011, 393 s.

"Biała gorączka (obłęd opilczy) jest efektem długiego ciągu alkoholowego, nazywanego po rosyjsku zapojem. Jej objawy to bezprzedmiotowy strach, halucynacje i agresja. Postsowiecki świat opisany przez Hugo-Badera to rzeczywistość w delirium tremens... W takie obszary turyści się nie zapuszczają, nie rekomendują ich też biura podróży. To przestrzeń włóczęgów wszech maści. Świetna proza!" Mariusz Wilk

Gdzieś na trzecim roku studiów zaczęło się rodzić w mojej głowie marzenie, coby pojechać do Rosji, zobaczyć moskiewskie stacje metra, petersburską kolebkę rewolucji październikowej, a przede wszystkim – przejechać się koleją transsyberyjską i zobaczyć Bajkał. Wyprawa ta była w sferze marzeń przez długie lata, a po lekturze „Białej gorączki” Jacka Hugo-Badera zrozumiałam, że tak już zostanie, że nie chcę nigdzie jechać, nic zwiedzać, niczego poznawać. Nie chcę patrzeć na symboliczne nagrobki zmarłych w wypadkach Rosjan. Że jeżdżą strasznie, pamiętam z autopsji, bo na Podlasiu dużo kiedyś bywało samochodów zza wschodniej granicy, a kierowcy jeździli jak po kursie kamikadze. Nie chcę jechać do Moskwy i patrzeć na dziesiątki bezdomnych dzieci i dziesięć razy tyle bezpańskich psów, nie chcę przekonywać się jak na Dworcu Jarosławskim wegetują bomżychy. I na Syberię też już mnie nie ciągnie, ani nad Bajkał, ani nigdzie.
Reportaże Hugo-Badera z jego wypraw do Rosji to zupełnie inna twarz imperium niż ta, jaką ukazywał Kapuściński. To tygiel narodów mających przeważnie jedno zajęcie: picie, najczęściej samogonu doprawianego tabletkami na uspokojenie. Ewenkowie, Buriaci, Czukcze fatalnie znoszą alkohol, a bieda nie pomaga. To tygiel narodów spragnionych mistycznych doznań i odkupienia. Stąd również mnogość mesjaszy i ślepej wiary w samozwańcze reinkarnacje Chrystusa. Już Dostojewski pisał o rosyjskiej melancholii i mistycyzmie. Po ponad stu latach Rosjanie nadal lgną do religii, a narody niesłowiańskie nadal mają swoich szamanów i szamanki. Jest to również kraj, gdzie żyją miliony ćpunów, zakażonych wirusem HIV, gdzie seks i gwałt to tematy tabu, a kobieta stała się koniem pociągowym, który ma nie tylko harować poza domem przez cały dzień, ale w domu też nie ma od kogo oczekiwać pomocy. Znamy to, bo ten komunistyczny punkt widzenia roli kobiety odziedziczyły wszystkie kraje będące w zasięgu władzy Stalina.
Nie ogranicza się Hugo-Bader do samej Matuszki Rosji. Rozmawia z wdowami po górnikach na Ukrainie, poznaje biedę w Mołdawii słynącej z przebogatych ziem i winnic. Ukazuje cały chaos postkomunistycznego państwa, gdzie garstka oligarchów żyje w niebiańskim bogactwie, a większość żyje poniżej poziomu ubóstwa. Hugo-Bader zabiera nas pomiędzy byłych hipisów, bezdomnych, naukowców, byłych więźniów siedzących za nic. Nie są to reportaże, które zrobiłyby furorę w „Elle” czy „Cosmopolitanie”, nie ma portretów ludzi sukcesu. A jednak oderwać się od pisania Hugo-Badera nie sposób. Przeżywa się wraz z nim i wypadki podczas samotnej jazdy, i rozmowy z podwożonymi, i chwile grozy nad świętym morzem Syberii. Poznaje ludzi. I cieszy się człowiek, że nie musi być tam, na mrozie i w niepewności czy go nie napadną, nie uszkodzą, że siedzi bezpiecznie w domu i może przeczytać relację człowieka, który przeżył to w imię Wielkiej Przygody i w imię takich leniuchów, strachajłów jak ja na przykład.
Świetne teksty, genialne oko i ucho. Ja chcę więcej Hugo-Badera. I niebawem zabieram się za jego „Dzienniki kołymskie”, które chciałam sobie odłożyć co prawda na jesień, ale się okazało, że w tym miesiącu to pozycja Dyskusyjnego Klubu Książki (taka i ironia mojego losu, gdybym sobie książki nie kupiła, to pewnie i w DKK by jej nie było, ani do biblioteki by rychło nie wróciła). Moje tegoroczne odkrycie. Moja radość. Polecam!
Moja ocena: 6

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ryszard Kapuściński „Rwący nurt historii”

Ryszard Kapuściński, Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku, Znak, Kraków 2007, 209 s. [34 s. fot.]

Zbiór wypowiedzi i zapisków Kapuścińskiego na temat historii, globalizacji i poszczególnych regionach świata: Afryki, Ameryki Łacińskiej, Europy i Rosji. Wybór i układ rozdziałów został zaakceptowany przez Ryszarda Kapuścińskiego. Można tę książkę traktować jako uzupełnienie jego znakomitych dzieł reporterskich albo jako punkt wyjścia do rozważań o współczesnym świecie, bogatym i wielowymiarowym.

„Rwący nurt historii” wyszedł już po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego. Wyboru tekstów z wywiadów, artykułów i wykładów dokonała Krystyna Strączek, osiem rozdziałów z dziewięciu pisarz i reporter zdążył jeszcze przeczytać i zaakceptować. Uzupełnieniem rozdziału o Azji, miała być rozmowa przeprowadzona z Kapuścińskim. Niestety do tego nie doszło.
W tej książce znajdziemy wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego na temat świata i problemów, które go nurtowały: dekolonizacji, globalizacji, istoty islamu czy imperializmu rosyjskiego. Zagadnienia związane z kontynentem afrykańskim czy Ameryką Łacińską były Kapuścińskiemu szczególnie bliskie, ale we fragmentach zamieszczonych w „Rwącym nurcie historii” uwidacznia się jego wiedza o miejscach i wydarzeniach, do których jeździł i które obserwował. Z wykształcenia był historykiem i prawdopodobnie na studiach nabrał nawyku zgłębiania tematu, którym się zajmował. W książkach i wypowiedziach owocowało to nie tylko błyskotliwymi obserwacjami, ale również znajomością zaplecza historycznego, a co się z tym wiąże: politycznego, ekonomicznego i społecznego. Co ważniejsze – potrafił posługiwać się tą wiedzą, zarówno w rozmowach z ludźmi, od których chciał się czegoś dowiedzieć, jak i z tym, którym chciał coś przekazać.
Istotną zaletą książki są fotografie Ryszarda Kapuścińskiego ilustrujące treści zawarte w książce. Po raz pierwszy miałam okazję nie tylko poznać opinię reportera, ale również zobaczyć świat poprzez pryzmat jego obiektywu.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

* * *

Kapuściński Ryszard; Rwący nurt historii;
Życie w teraźniejszości wynika z kryzysu naszej wyobraźni i granic pojemności naszego umysłu. Dawniej wiedza była wiedzą własnej historii. Dziś jesteśmy atakowani przez taką masę informacji, że sięgnięcie do tego, co było wczoraj, czy zaglądanie do tego, co będzie jutro, jest właściwością wyjątkowych jednostek. Przeciętny umysł jest zbyt zmęczony, by wszystko przetrawić. Wobec tego wybiera tylko to, co mu się bezpośrednio podsuwa. Na dziś.

Kapuściński Ryszard; Rwący nurt historii;
Historia jest nadrzędna, ale nie jest tworzona zgodnie z wolą człowieka. Z reguły ludzie są raczej stawiani w sytuacji, kiedy nie wiedzą, co tworzą. Oto paradoks historii.

Kapuściński Ryszard; Rwący nurt historii;
Wojna we współczesnym świecie zaczyna się od zmiany języka w propagandzie.
Kiedy śledzimy język, to, jak on się zmienia, jak zaczynają pojawiać się pewne słowa, okazuje się, że raptem, nie wiadomo skąd, pojawiają się takie słowa, jak: wróg, nieprzyjaciel, zniszczyć, zabić... A zatem zaczyna pojawiać się język agresji, język nienawiści. Inaczej mówiąc, to, co się nazywa hate speech. Jeszcze nie ma żadnej wojny, nie ma w ogóle jej śladu, w ogóle nic się o tym nie mówi. Natomiast zaczyna się zmieniać język komunikacji.

Kapuściński Ryszard; Rwący nurt historii;
Historia zna wiele przypadków, kiedy stadion piłkar­ki zmieniał przeznaczenie. Pinochet podczas przewrotu w Chile przekształcił stadion w Santiago w obóz koncentracyjny, gdzie ludzie nie dostawali nawet wody. Widziałem to na własne oczy.
Stadion jest bardzo wygodnym miejscem do zamienienia go na więzienie. Zamyka się te parę wejść i koniec. Wiele dyktatur wpadało na ten pomysł. Choćby Amin. Dzisiaj do egzekucji wyzyskuje się stadion między innymi z kibicami. Robi się przewrót i trzeba zamknąć w parę godzin parę tysięcy ludzi. Gdzie ich umieścić? O wyborze stadionu decydują względy praktyczne, a nie symboliczne.

środa, 23 kwietnia 2014

Ryszard Kapuściński „Imperium”

Ryszard Kapuściński, Imperium, Czytelnik, Warszawa 1993, 336 s.

Bestseller 1993 roku, tłumaczony na całym świecie. „Imperium” to bodaj najwybitniejsze dokonanie indywidualnego, pełnego inwencji stylu reportażu Kapuścińskiego, niemożliwego do naśladowania, a będącego niedościgłym wzorem dla największych dziennikarzy dzisiejszych czasów. Uchwycony na gorąco, w pełnych znaczeń przybliżeniach i detalu proces rozpadu Związku Radzieckiego - ostatniego imperium kończącego się stulecia

„Imperium” to ostatnia książka przeczytana w 2013 roku. I z pewnością jedna z najlepszych i w dorobku Ryszarda Kapuścińskiego, i spośród tych, jakie mi przyszło czytać w ubiegłym roku.
Pierwsza część książki odnosi się do lat sprzed upadku ZSRR. Jest dość krótka. Z punktu widzenia reportera najważniejszy jest tekst o rodzinnym Pińsku z okresu II wojny światowej. Fragmenty tego reportażu przywoływał również Artur Domosławski w swojej biografii Kapuścińskiego, dodatkowo wytykając swemu mistrzowi nieścisłości.
Naprawdę fascynujące opowieści zaczyna snuć Kapuściński dopiero w części poświęconej czasom, kiedy Związek Radziecki zaczynał się chwiać. Opisy Workuty, Magadanu i Kołymy są sugestywne i przejmujące. Nie czytałam nigdy Sołżenicynowskiego „Archipelagu GUŁag” i pewnie trochę czasu minie, nim go przeczytam. Opowieści Kapuścińskiego dotyczą tylko okolicy Magadanu i to w czasie, kiedy po gułagach pozostały już tylko niszczejące budynki. Ale talent reportera potrafił ożywić te mury, a dywagacje na temat moralności zdawały się ożywiać duchy dawno zmarłych: strażników i więźniów. I jest jeszcze ten wszechogarniający mróz, bezkresna biel będące naturalnym murem chroniącym przed ucieczką skazanych i będące też dodatkową torturą. Wspaniale napisane.
Pisał również Kapuściński o Górnym Karabachu. Konflikt, bojówki i cierpienia cywilnej ludności, to tematy, w których reporter poruszał się biegle. Sposób w jaki się dostał w upragnione miejsce przypomina inne sensacyjne opowieści Kapuścińskiego. Tym razem jednak nie ma spalonej słońcem Afryki, lecz wojna gdzieś w zakątku upadającego Imperium. Napisane z werwą i rozmachem, lepsze od niejednej powieści. Ta wnikliwość w obserwowaniu i opisywaniu ludzi, ich emocji i poczynań zawsze wyróżniała autora. Niebezpieczeństwo go pociągało. I umiał to opisać. Bo któż inny potrafiłby uczynić sensacyjną wyprawę za mury Kremla? Bezczelność z jaką tam Kapuściński powracał, chociaż zewsząd napotykał milczących strażników, zjawiających się znikąd i potem rozpływających się w niebycie.
Jest u Kapuścińskiego i historia starsza, i ta najnowsza. Jest ukazana mentalność niektórych Rosjan, ich nacjonalizm i wiara, że świat powinien przepraszać Rosjan za Rewolucję Październikową. A z drugiej strony: do Mauzoleum Lenina wciąż stoją kilometrowe kolejki, żeby na własne oczy zobaczyć zmumifikowane zwłoki Wodza.
Czyta się „Imperium” wspaniale. Wyczuwa się w zdaniach rosyjskie klimaty, problemy ostatniego tak wielkiego mocarstwa na świecie. Kolosa na glinianych nogach, który za nic miał życie ludzkie nie tylko skazując setki tysięcy na pobyt w gułagach, ale i prowadząc dziwaczną politykę ekonomiczną, rabunkową gospodarkę przyczyniającą się do wyniszczania dobrych gruntów i do głodowania kolejnych milionów.
Polecam. I tylko szkoda, że po raz kolejny w tekście nie ma żadnych fotografii. Kapuściński udokumentował swoje wyjazdy do ZSRR, ale są tylko wzmianki o uwiecznianiu pewnych twarzy czy sytuacji.
Moja ocena: 6

* * *

Kapuściński Ryszard; Imperium;
Taka jest bowiem szatańska natura wszelkiego zła – że bez naszej wiedzy i zgody potrafi nas ono zaślepić i wcisnąć w swój kaftan.

Kapuściński Ryszard; Imperium;
Między Rosjaninem i jego Imperium istnieje silna i żywa symbioza, losy mocarstwa to coś, czym się Rosjanin prawdziwie i głęboko przejmuje. Dziś także!

Kapuściński Ryszard; Imperium;
Doświadczenie uczyło, że ilekroć jacyś ludzie brali mnie na ryzykowną, niepewną, nieprawdopodobną wyprawę, nie należało zadawać pytań. Jeżeli pytasz, to znaczy – nie ufasz im, nie jesteś pewien, boisz się. A przecież mówiłeś, że chciałeś. Decyduj się – jesteś gotów na wszystko czy nie? Poza tym – nie ma czasu! Jest zbyt późno na rozterki, na wahania, na alternatywy!

Kapuściński Ryszard; Imperium;
Wielu bossów partyjnych pisze we wspomnieniach, że o tym, iż szykowano ich upadek, wnioskowali stąd, że telefony na ich biurku odzywały się coraz rzadziej, aż zamilkły na dobre. Oznaczało to koniec kariery, degradację, dymisję, a kiedyś – zagładę.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Igor Kostin „Czarnobyl. Spowiedź reportera”

Igor Kostin, Czarnobyl. Spowiedź reportera, Albatros. Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2006, 239 s.

Dwadzieścia lat po wybuchu reaktora w Czarnobylu, skutki tej tragedii są wciąż odczuwalne. Nazwany przez Washington Post „człowiekiem-legendą”, Igor Kostin 26 kwietnia 1986 roku przeleciał nad elektrownią zaledwie kilka godzin po tym, jak rozpętało się tam piekło. Jedyne zdjęcie, jakie udało mu się wtedy zrobić, obiegło cały świat. Los Kostina połączył się nierozerwalnie z losem Czarnobyla. Wstrząśnięty rozmiarami zdarzenia, reporter pozostał na miejscu, by obserwować ewakuację, rozmawiać z ludźmi, którzy mieli kontakt z radioaktywnymi odpadami (większość z nich potem zmarła). Jego książka to niezwykłe świadectwo katastrofy, spisane i sfotografowane przez jej świadka i uczestnika. Zawiera wiele unikatowych zdjęć.

Do tej pory kwestia zagrożenia po wybuchu reaktora w Czarnobylu jest sporna. Igor Kostin pisze o niebezpieczeństwo nie tylko dla Ukrainy i Białorusi, ale dla połowy Europy również. Z drugiej strony badania różnych niezawisłych naukowców znacznie minimalizują zagrożenie wynikłe z katastrofy, do której doszło w kwietniu 1986 r. Niezależnie od tych ustaleń, pewnym jest, że awaria elektrowni stała się wielką tragedią.
Igor Kostin to fotoreporter, który od początku dokumentował poczynania ludzi mających ograniczyć straty do minimum. To on zrobił zdjęcie uszkodzonego reaktora tuż po wypadku. Chociaż zużył cały film, zachowała się tylko pierwsza klatka, reszta – została naświetlona. Kostin towarzyszył likwidatorom – ludziom usuwającym resztki uranu, ubranym w nieodpowiednie kombinezony, które właściwie wcale nie chroniły przed promieniowaniem. Była to armia „robotów biologicznych”, żołnierzy radzieckich. Obiecano im żołd kilkukrotnie wyższy od normalnego, jeśli zdecydują się pracować przy samym reaktorze. Pracowali tylko jeden dzień, potem dostawali dyplom, 100 rubli i zwolnienie z wojska. Jak napisał w komentarzu do swych zdjęć Kostin: „Życie jednego człowieka nie ma w ZSRR żadnej wartości”.
Są również zdjęcia „dachowych kotów” – dozymetrystów, którzy szli w miejsca najbardziej napromieniowane, gdzie poziom radioaktywności wynosił do 10 tysięcy rentgenów. W tej bezpośrednio najgroźniejszej strefie przebywali po 40 sekund, chronieni ciężkimi kombinezo- nami z elementami ołowiu.
Wszystko musiało być robione ręcznie, bo sprzęt elektroniczny po prostu w tamtym miejscu „wariował” i przestawał działać. Kostin udokumentował budowę sarkofagu, znalazł się również w środku, pod tonami betonu, aby zobaczyć (i sfotografować) resztki reaktora. Ciemność wokół sylwetki fotografowanego i świadomość przebywania w takim miejscu przyprawia o dreszcze.
Kostin umieścił w książce również zdjęcia z opuszczonej Prypeci. Mieszkańcy mieli dwie godziny na zebranie swojego dobytku. Rzędy autokarów wywoziły ich z daleka od miejsca, w którym mieli spędzić spokojne i wygodne życie. Są również zdjęcia opuszczonych wiosek i poszczególnych chat, cmentarzy samochodów rozciągających się na wiele kilometrów, lasów zielonych i pięknych, do których nie można wejść, bo na granicy zadrzewienia stoi znak z ostrzeżeniem przed promieniowaniem.
Fotografie Kostina są pełne dynamizmu. Każda opowiada jakąś historię, ukazuje czyjeś życie. „Czarnobyl. Spowiedź reportera” nie jest laurką napisaną pod komunistyczne władze ZSRR. Owszem, Kostin wychwala dzielność żołnierzy i wszystkich tych, którzy pomagali w usunięciu skutków awarii, ale przy tym w gorzkich słowach pisze, jak potem zostali pozostawieni samym sobie, nie udzielono im żadnej pomocy ani medycznej, ani finansowej. Fotografie te, to ważny wkład w zrozumienie tego, jak bardzo zakłamane były elity ZSRR i jak ofiarni byli zwykli zjadacze chleba.
Moja ocena: 6