poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Ałbena Grabowska „Stulecie Winnych”

Ałbena Grabowska, Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli, Zwierciadło, Warszawa 2014, 329 s. 
Ałbena Grabowska, Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli, Zwierciadło, Warszawa 2015, 296 s. 
Ałbena Grabowska, Stulecie Winnych. Ci, którzy wierzyli, Zwierciadło, Warszawa 2015, 325 s.

Opowieść o losach rodziny Winnych z podwarszawskiego Brwinowa rozgrywa się na tle dramatycznych wydarzeń XX wieku. Życiorysy nietuzinkowych bohaterów z tytułowego klanu, autorka umiejętnie splotła z losami autentycznych osób. Porywające emocje, zaskakujące losy, meandry polskiej historii - wszystko to czytelnik znajdzie w „Stuleciu Winnych”.

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie fakt, że pojawia się w niej Brwinów, który stał się moją przystanią dość nieoczekiwanie i chociaż różnie się w życiu toczy, mogę powiedzieć, że zawsze to jakaś zmiana i nie żałuję, że tak się stało. Kilka lat temu miałam etap biegania wszędzie z aparatem, wtedy też poznałam Brwinów bliżej. Niby nic ciekawego, ot, podwarszawska sypialnia. Ale polubiłam i miasteczko, i ludzi. Bardzo ładnie o Brwinowie pisze Grzegorz Przybysz, który od lat pracuje nad monografią miasta, jej fragmenty można znaleźć tutaj. Z pracy pana Przybysza korzystała i pani Grabowska, chociaż z różnym skutkiem. Bo wprawdzie przyznaję, że „Stulecie Winnych” czyta się przyjemnie, to Brwinowa w książce nie czuć. Nie wystarczy wymienić nazwy ulic, aby oddać atmosferę tchnącą z budynków czy nastroje między ludźmi. Osoby mieszkające tutaj, z którymi rozmawiałam o „Stuleciu Winnych” dość krytycznie podchodzą do powieści i wychodzi na to, że jestem jedną z nielicznych, którym się ta książka podobała. Powiem więcej: uważam ją za ciekawszą od innej trylogii o podobnym czasowym rozmachu – „Cukierni pod Amorem”.
W każdej części „Stulecia...” bohaterkami są kolejne bliźniaczki z rodziny Winnych. Pierwsza para rodzi się w przededniu I wojny światowej, druga – w dniu wybuchu II wojny, trzecia – w kilka miesięcy po grudniowych wydarzeniach w Gdańsku. Losy rodziny wpisane są w historyczne wydarzenia i trzeba przyznać, że autorka starała się nie tylko ukazać dramat tamtych lat, ale i chwile lepsze, szczęśliwsze. Bohaterowie nie tylko walczą i kochają, potrafią być również dowcipni. Właśnie ta równowaga pomiędzy dramatem a komedią życia usposobiła mnie do książki przychylnie. Bo ileż można pisać tylko o bohaterstwie, które, owszem jest ważne, ale ukazane na przestrzeni lat i chwil zwykłego życia staje się tym istotniejsze i wyraźniejsze. Chwilami saga zahacza o realizm magiczny, chwilami staje się powieścią gangsterską, chwilami zaś, za sprawą braku rzetelnej redakcji staje się piórnonsensem, bo: wybory prezydenckie były w 1990 roku, a nie w 1992; SLD powstał w 1999 roku, sześć lat wcześniej istniała SdRP, a o SLD nikt nie słyszał. Największym jednak kuriozum jest samoświadomość czterolatki z objawami anoreksji. Pomieszanie dat i wydarzeń w końcowej części trzeciego tomu to jawny dowód na to, w jakim pośpiechu powstawała ostatnia część i jak po macoszemu została opracowana. Skutecznie zmniejsza to przyjemność czytania i irytuje.
„Stulecie Winnych” nie jest jakąś wybitną powieścią, ale pomimo potknięć, nadaje się idealnie na podróż czy posiedzenie w ogródku. Zbliża się długi majowy weekend, a że książkę czyta się szybko, jest szansa na przeczytanie chociaż jednego tomu. Tak już na koniec – najlepsza, najbardziej dopracowana wydaje się druga część, gdzie losy Winnych opowiedziane są od II wojny światowej do wydarzeń z marca ’68 roku.
Moja ocena: 4

Antoni Czechow „Święta noc i inne opowiadania”

Antoni Czechow, Święta noc i inne opowiadania, Czytelnik, Warszawa 1985, 464 s.

Zbiór 41 opowiadań z lat 1883–1898.

Ja zazwyczaj nie robię postanowień na dany rok, wystarczy mi wyzwań, które przynosi ze sobą każdy kolejny dzień. Ale na początku roku postanowiłam omijać z daleka wszelkie nowości książkowe. Prawie wszędzie widzę wpisy o książkach przedpremierowych, egzemplarzach recenzenckich lub zapowiedziach. I fajnie. Ale jest jeszcze tyle książek, których do tej pory nie przeczytałam. W tym roku sięgam po takie pozycje, które czekały na swoją kolej już nawet nie miesiące, a lata całe. Opowiadania Czechowa przywiozłam jeszcze z Białegostoku, mam je co najmniej dziesięć lat, bo chciałam je w całości przeczytać po lekturze „Końskiego nazwiska”. I wreszcie się udało. Czytałam na zmianę z „Gwałtem na Melpomenie”, „Zazdrosnymi” i „Magią rzeczywistości”, bo większość utworów Czechowa jest zwięzła i krótka i tak różnorodna, że trudno czytać wszystko za jednym podejściem. Należy raczej każdą opowieść smakować oddzielnie, dać sobie chwilę do namysłu i zastanowienia.
Wybór przygotowany w połowie lat osiemdziesiątych przez wydawnictwo „Czytelnik” ukazuje przekrojowo, jak zmieniało się postrzeganie świata przez Czechowa wraz z upływem czasu i dojrzewaniem. Najwcześniejsze opowiadania charakteryzują się humorem i satyrą. Nie są długie, ale tak jak swego czasu powiedział sam autor: „sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość jest siostrą talentu”, zawierają w sobie wszystko co najważniejsze. I chociaż śmieszą, to potem nachodzi czytelnika refleksja, że obraz rodaków ukazany w opowiadaniach nie jest bynajmniej pochlebny. „Śmierć urzędnika”, „Zły chłopiec” czy „Żywa chronologia” to szkice o ludziach pełnych ułomności, służalczych, zaślepionych lub rozwiązłych. Z jednej strony koniec XIX wieku to wiktoriańska moralność wysoko zapiętego kołnierzyka, a z drugiej – powieści rosyjskie, gdzie kobietom daleko do ideałów, za to pełne są namiętności. Im późniejsze są opowiadania prezentowanie w tomie, tym wyraźniej widać odejście Czechowa od humoresek i satyry, i skupienie się na ukazaniu ludzkich przywar, smutków i nieszczęść. Najdłuższe – „Pojedynek” i „Moje życie” to już bardziej minipowieści z fabułą nakreśloną oszczędnie, skupioną na ludzkich emocjach. To dzieje miłości nieszczęśliwej, bierności i cudzołóstwa i życia wbrew konwenansom. Zaskakuje u Czechowa nie tylko oszczędność słów, ale i trafność obserwacji. Powstały te opowiadania, kiedy autor nie miał jeszcze czterdziestu lat, w tym wieku Dostojewski dopiero przygotowywał się do napisania swoich największych powieści i tak się zastanawiam, jak potoczyłaby się kariera Czechowa, gdyby nie przerwała jej nagła śmierć. Pisarz umarł mając 44 lata i chociaż młodym może się wydawać, iż była to już późna starość, z mojej perspektywy – był on właśnie w kwiecie wieku, w okresie, który mógł zaowocować jeszcze lepszymi opowiadaniami, może i powieścią...
Chcąc poznać bardziej realistyczny niż tragiczny (to domena Dostojewskiego) portret społeczeństwa rosyjskiego, warto sięgnąć po „Świętą noc i inne opowiadania”. Nie trzeba czytać wszystkich, nie trzeba czytać po kolei. Warto jednak zapoznać się z tym, co w rosyjskiej duszy gra – tytułowa „Święta noc” pełna uduchowienia, poetyki i religijności, za czym tęskni, czego pragnie.
Polecam. Moja ocena: 5.5

Andrzej Stasiuk „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”

Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Czarne, Wołowiec 2013, 174 s.

Zbiór felietonów i innych krótkich form.

Pierwsze moje spotkanie ze Stasiukiem i nie powiem, dość obiecujące. Autor pisze o ludziach, podróżach: opowieści o Ułan Bator, Kirgistanie i Bałkanach sąsiadują z opowieściami o Bieszczadach i Licheniem, innych narodach, ich obyczajach. Czyta się „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” szybko, z przyjemnością, bo Stasiuk pióro ma lekkie i nawet pisząc o pogodzie, potrafi wyłuskać to, co najbardziej istotne i najbardziej reprezentatywne dla polskiej aury. 
Czułam tę Polskę Stasiukową, choć daleka byłam od zachwytów Licheniem i religijnością, prostym pięknem i zadumą nad ludem, który wybudował tę świątynię. I równie daleko mi do zachwytów nad architektonicznymi potworkami wyrastającymi przy drogach, tandetą zalewającą nas zewsząd, może jest to swojskie, niestety, ale nie potrafię zachwycać się badziewiem i tandetą tylko dlatego, że mają „klimat”. Stasiukowi się to podoba, umie to ująć w słowa i chwała mu za to, a zgadzać się z nim nie muszę.
Czasami co prawda Stasiuka ponosi fantazja: jadąc drogą 816, rzeczywiście mamy po prawej dawną granicę ze Związkiem Radzieckim. Ale z obozami zagłady rzecz ma się już inaczej. Taka nadinterpretacja, żeby pasowało do opowieści irytowała mnie zawsze. Poza tym rodzi pytanie, gdzie jeszcze Stasiuk popuścił wodze fantazji, żeby tekst ładnie brzmiał. Polskie realia da się jeszcze sprawdzić, ale te bałkańskie czy azjatyckie końce świata? Ile w tym wyobraźni, a ile rzeczywistości? Trochę szkoda, bo te wędrówki autora po bezdrożach aż zachęcają, żeby wrzucić plecak na siedzenie obok i ruszyć jego śladem drogą 816 i nie trzeba aż do Stanów jechać, żeby odnaleźć przygodę na szosie. Zobaczyć Sobibór (bo Bełżec i Treblinka są równie daleko od DW 816, jak Lublin czy Biała Podlaska), zobaczyć Polskę nie kiczowatą, ale dawną, miejscami „drewnianą i słomianą”, nie mijać innych samochodów co chwila – chciałabym. I kto wie, może się uda... I dlatego się cieszę, że Stasiuka przeczytałam. Bez fajerwerków, ale i bez rozczarowania. Wyniosłam z tej książki coś dla siebie – że koniec świata można znaleźć na upartego wszędzie.
Moja ocena: 4

* * *
Stasiuk Andrzej; Marzec;
Przed warsztatami samochodowymi stoją kolejki aut, bo wszyscy zmieniają zimowe opony na letnie. Po dwóch dniach słońce znika, przychodzą mrozy i śnieżyce, a ci, co się pospieszyli, lądują w rowach, na skrzyżowaniach wjeżdżają sobie w tyłki albo na latarnie i przeklinają, przeklinają ten tak zwany klimat umiarkowany, który jest w istocie klimatem nieobliczalnym, klimatem schizofrenicznym i przeklętym. Właściwie wszystkie klęski tej części kontynentu można by zwalić na klimat.
Piękne kobiety zbyt wcześnie pozbywają się ciężkich palt, ciepłych pończoch, szalików, czapek, tych wszystkich upokarzających kobiecość elementów stroju, i zaziębiają się, i potem umierają na zapalenie płuc. Mężczyźni pozostają ze swoją żałobą i piją, piją na umór czystą wódkę, by nie załamać się psychicznie i nie zamarznąć na śmierć.

Stasiuk Andrzej; Maj;
Niedawno w rozmowie ktoś mi uświadomił, że żyjemy w kraju, który nie doświadcza przyrodniczej nudy. „Pomieszkałbyś w tropikach”, powiedział. Pół roku z niebu leje się woda. Przez drugie pół monotonny, obojętny skwar. Wyobraziłem sobie to więzienie aury i teraz tym chętniej chwalę ojczyznę za jej zmienność, nieprzewidywalność i następstwo pór, które zawsze przychodzą zbyt wolno albo zbyt długo trwają, ale w porównaniu z tropikiem jest ich wielka rozmaitość.

Stasiuk Andrzej; Najsłynniejsi Łemkowie świata;
Małe narody muszą mieć więcej legend. Pojawiły się niepostrzeżenie, nikt ich nadejścia nie zauważył, nikt też nie widział, skąd przybyły. Gdy już wkroczyły na arenę dziejów, to zazwyczaj obcy wymyślali ich przeszłość, miejsce pochodzenia i trasę wędrówki. Dlatego powinny mieć jak najwięcej własnych legend. Żeby zrównoważyć niedostatek własnej historii.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Andrzej Zieliński „Skandaliści w koronach”

Andrzej Zieliński, Skandaliści w koronach. Łotry, rozpustnicy i głupcy na polskim tronie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, 248 s.

Naginanie historii do własnych potrzeb, jej upiększanie, a nawet jej fałszowanie ma w Polsce bardzo długą tradycję. Naszych królów i ich czyny idealizowali nadworni kronikarze, łącznie z Gallem Anonimem, Wincentym Kadłubkiem czy Janem Długoszem, a w czasach, gdy traciliśmy niepodległość, ku pokrzepieniu serc i dusz, nieodmiennie przywoływano dawnych władców z całą długą listą ich wspaniałych zalet i bohaterskich czynów. Nawet w podręcznikach historii nader często poprawiono wizerunki królów, wstydliwie kryjąc za zasłoną milczenia wszystko, co zdaniem autorów nie zasługiwało na pamięć, bo nie pasowało do budującej wizji naszych dziejów.

„Skandalistów w koronach” uznałam swego czasu za jedną z najlepszych książek przeczytanych w 2015 roku. A że lubię czytać seriami, czy to według autorów, czy tematycznie, jak trafiła mi się druga książka Andrzeja Zielińskiego „Sarmaci, katolicy, zwycięzcy” postanowiłam ją przejrzeć pomimo miażdżących recenzji na LC. I z przykrością muszę przyznać, że straciłam zaufanie do autora i serce do napisania entuzjastycznej recenzji „Skandalistów”, bo chociaż nasze ziemie przed wiekami faktycznie były terenami, przez które przeszła większość wszelkich nacji i trudno dojść o kolejność tych wędrówek, to błędów rzeczowych z późniejszych dziejów wybaczyć nie potrafię. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy sprawdzałabym w innych książkach, czy to co napisali Henryk Samsonowicz czy Janusz Tazbir nie zawiera błędów. A rewelacje pana Zielińskiego sprawdzać trzeba, więc nie sądzę, abym jeszcze kiedyś do niego wróciła. Ale recenzję „Skandalistów w koronach” napisać muszę, bo właśnie nadeszła jej kolej.
Korzystał Zieliński z bogatej bibliografii i przybliżył czytelnikom mniej znane fakty z całej przedrozbiorowej historii Polski. Napisał to językiem przystępnym, przy okazji wytykając zamierzchłym kronikarzom stronniczość, niewiedzę bądź konfabulację. Przed oczyma czytelnika przesuwa się korowód postaci znanych z lekcji historii, a przecież ukazanych z zupełnie innej strony! Moją uwagę najbardziej przykuła osoba Kazimierza Wielkiego, może dlatego że z lekcji zapamiętałam same banały o nim, o jego przedsiębiorczości i dokonaniach, a dopiero później, już na studiach, okazało się, że władcą Kazimierz Wielki był niepospolitym, ale prywatnie – karłem moralnym i erotomanem niemożebnym, który tak dogadzał swoim chuciom, że i od gwałtu nie stronił.
Ciekawie też opowiada Zieliński o Jagiellonach, chociaż posiłkowanie się książką Iwony Kienzler przy pisaniu o Jagielle to jak sięgnięcie do źródeł w rodzaju Wikipedii, co znacząco nadwątla moje zachwiane zaufanie w autora. Z drugiej jednak strony, dobrze jest poznać postać pierwszego władcy z dynastii jagiellońskiej z innej perspektywy niż tej walecznej czy żalu nad niewykorzystanymi szansami. W ogóle Zieliński opisuje odmienny, niż zapamiętany ze szkoły wizerunek Jagiellonów, to postaci pełne namiętności, ambicji i niewyjaśnionych sekretów. Władysław Warneńczyk to nie tylko król, który zginął w bitwie z Turkami, ale i władca o niejednoznacznej orientacji i... w sumie nie do końca wyjaśnionej śmierci.
Zieliński ukazuje drugie, nieco wstydliwe i na pewno nieoficjalne oblicze polskiej historii. Nie ma w „Skandalistach w koronach” bohaterów bez skazy, są za to ludzie folgujący swym zachciankom, szczególnie erotycznym, myślącym bardziej o sobie, ewentualnie najbliższych, niż o narodzie, którym przyszło im przewodzić.  I w sumie, dopiero znając mankamenty ich charakteru, można zrozumieć, dlaczego historia Polski jest taka a nie inna i uświadamia ludziom, że przeszłość nie składa się tylko z dat bitew i rozejmów/pokojów, ale tworzyli ją ludzie z krwi i kości. Polskie średniowiecze jawi się jako epoka krwawa i obfita w zdrady i bratobójcze walki. Nie jest li tyko nudnym ciągiem znanych faktów, uzmysławia, że błędy i nadużycia nie rozpoczęły się w Rzeczypospolitej wraz z intrygami magnatów, które były tylko skutkiem stosowanej od kilkuset lat polityki sobiepaństwa. Zieliński pisze barwnie, porusza tematy, o których szkolne podręczniki milczą, wystarczy wspomnieć chociażby osobę króla Bolesława II Zapomnianego, o którego istnienie spór toczy się do dzisiaj. Przy okazji przypomina, że nie tylko w Rosji czy we Francji władcy umierali od skrytobójczego sztyletu czy strzału, a nieco zapomniane już powiedzenie „plecie jak Piekarski na mękach” wywodzi się właśnie od szlachcica, który porwał się na Zygmunta III Wazę.
W tej chwili daleka jestem od zachwytów nad książką Andrzeja Zielińskiego, ale nadal uważam, że jest lekturą, która może skłonić do zainteresowania polską historią i jednocześnie dowodem na to, że nauka o przeszłości nie musi być wypranym z emocji kalendarium.
Moja ocena: 5

Źródła portretów:
1. Kazimierz Wielki: http://www.poczet.com/wielki.htm
2. Władysław Warneńczyk: http://www.poczet.com/warnenczyk.htm 

środa, 6 kwietnia 2016

Cezary Łazarewicz „Sześć pięter luksusu”

Cezary Łazarewicz, Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich, Znak, Kraków 2013, 236 s.

Na początku był niewielki sklepik. Miał pomóc Jabłkowskim podnieść się po spektakularnym bankructwie seniora rodu. Krok po kroku, wspólnymi siłami, udało się stworzyć imperium, w którym skupiło się życie handlowe i towarzyskie przedwojennej stolicy.
Historia imperium Jabłkowskich to opowieść niczym z „Lalki” Bolesława Prusa. Fascynująca podróż przez ubiegłe stulecie — od narodzin kapitalizmu, przez bezprawne odebranie kamienicy przez komunistów aż po trwającą do dziś walkę o odzyskanie majątku.

Zacznę od końca: byłam kiedyś w Trafficu i tak jak lubię księgarnie, tak mi się tam nie podobało. Działo się to przed świętami, chciałam kupić prezenty, ale odrzuciła mnie pretensjonalność i nowobogackość w wystroju sklepu. Pomimo wielkiego wyboru książek dla dzieci i dorosłych, atmosfera mi nie odpowiadała do tego stopnia, że nie kupiłam nic.
Sam budynek jednak mi się spodobał. A potem, kilka lat później, kupiłam książkę Cezarego Łazarewicza „Sześć pięter luksusu”, przeczytałam i... musiałam wszystko przemyśleć. Przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś innego. Historia rodziny Jabłkowskich opisana jest bowiem w manierze typowej dla dziennikarzy „Twojego Stylu” i „Elle” z lat, kiedy czytałam te magazyny: bohaterowie mają tam wystawiane pomniki ze spiżu, są tak nieskazitelni i wspaniali, że bliżej im do herosów niż zwykłych ludzi. Obfitość pozytywów, ochów i achów nad pomysłami marketingowymi, nad wyborem i kształceniem personelu i psychologią subiekta skutecznie zakłóca obiektywny odbiór tekstu. I nie chodzi mi o to, żeby ukazać jakieś grzeszki czy sekrety właścicieli Domu Towarowego, bo taniej sensacji nie lubię. Ale i za biografiami odlewanymi z samych zachwytów też nie przepadam.
Irytująco też działało na mnie używanie czasu teraźniejszego. „Najważniejsze jest drugie piętro...”, „Zwiedzanie sklepu zacznijmy od piwnicy...”, „Józef jest człowiekiem XIX wieku” – ta stylistyka, że wszystko dzieje się tu i teraz, te krótkie akapity, jakby przeznaczone dla czytelników nie potrafiących skupić się dłużej na lekturze, to nastawienie na opowieść tylko w czerni i bieli – mnie drażniło cholernie. I właśnie fragmenty, kiedy Łazarewicz oddawał głos swoim rozmówcom, kiedy oni wspominali, jak było i co było – czyta się najprzyjemniej. Szkoda, bo i sama opowieść, i historia rodziny Jabłkowskich jest niebanalna. I nawet fragmenty, jak traktować należało klienta, coby był zadowolony i nie wyszedł z pustymi rękoma, też ciekawe. Tyle że przez manierę pisania nadpsute. A przecież można się u Łazarewicza dowiedzieć, że specjaliści od marketingu nie pojawili się wczoraj, już w pierwszej połowie XX wieku starano się klienta oczarować i uwieść, aby dał się skusić na kupno i zostawił pieniądze w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich. Wybór miał ogromny, bo 44 sklepy podzielone były dodatkowo na działy, których było w sumie 300 i żeby się w tym wszystkim rozeznać, klient dostawał przy wejściu drukowany przewodnik. Cytuje też autor wyimki z biuletynów dla pracowników, gdzie określano między innymi kto komu pierwszy się kłania, kto komu pierwszy mówi „dzień dobry” i kto komu pierwszy podaje rękę. Zasady savoir vivre pozostały nadal aktualne, ale coraz częściej się o nich zapomina. Szkoda.
Ale przyznać trzeba, że Łazarewicz odrobił pracę domową, naszkicował realia roku 1913, kiedy zaczęły rosnąć fundamenty budynku przy Brackiej 25. Przybliżył realia Warszawy przed Wielką Wojną, historię rozwoju firmy, czasy II wojny światowej i okres „dożynania” w początkach PRL. W majestacie prawa firmę właściwie rozkradziono, bo młode państwo socjalistyczne bardzo niechętnie patrzyło na jakąkolwiek prywatną inicjatywę, a cóż dopiero na właścicieli wielkiego domu towarowego? A i potem nie było lepiej, po zmianach w 1989 roku Jabłkowscy przez ponad dwadzieścia lat walczyli o swoje i chociaż niby wszystkie sądy i racje były za nimi, to wystarczył jeden zwinny hochsztapler, aby budynek przy Brackiej 25 wciąż był punktem sporu. I tu wykazał Łazarewicz, że nie jest (po prawdzie nigdy nie był) dziennikarzem li tylko spisującym z innych książek, ale i potrafi sam ruszyć na łowy. Dotarł do totumfackiego hochsztaplera i opisał machlojki „biznesmenów” forsujących „dziki kapitalizm”. I to jest chore, że na takich bandytów właściwie nie ma mocnych, bo tak kombinują i kołują, że każdy uczciwy się w gąszczu tej grandy pogubi.
Kiedy Łazarewicz wydawał książkę w 2013 roku, los kamienicy przy Brackiej 25 wciąż był niepewny mimo wyroków na korzyść Jabłkowskich. Po kolejnych trzech latach można przeczytać, że Jabłkowscy robią w końcu remont budynku. Ponownie chcą otworzyć Dom Towarowy.
Podobało mi się, że Łazarewicz nie stronił od trudnych pytań, nie zadowolił się stanem zastanym i potrafił drążyć, dopóki nie uzyskał odpowiedzi. Podobało mi się również to, że pojawiły się w książce wypowiedzi ludzi związanych z Domem Towarowym jeszcze przed wojną. „Sześć pięter luksusu” to piękna opowieść o pięknej kamienicy. Gdyby tylko nie te manieryzmy i pochwały... gdyby i przeszłość potraktował autor równie subiektywnie, byłaby to książka rewelacyjna.
2. http://warszawyhistoriaukryta.blogspot.com/2014/12/bracka-25-dom-towarowy-braci-jabkowskich.html

środa, 30 marca 2016

Diane Ducret „Kobiety dyktatorów”

Diane Ducret, Kobiety dyktatorów, Znak, Kraków 2012, 359 s.

Miłość, szaleństwo czy żądza władzy? 
Tylko Claretta nie opuściła mężczyzny, który jeszcze niedawno był uwielbiany przez miliony Włochów. Stojąc przed plutonem egzekucyjnym, wyszeptała: „Jesteś zadowolony, że zostałam z tobą do końca?”.
Dla Jiang Quing śmierć męża miała być dopiero początkiem wielkiej kariery - była bardzo bliska przejęcia władzy w komunistycznych Chinach. Wiedziała, że gra o najwyższą stawkę.

Piętnastoletnia Catherine po prostu nie miała wyboru - czuły na kobiece wdzięki dowódca środkowoafrykańskiej armii wypatrzył ją, gdy szła do szkoły. Tytułem cesarzowej cieszyła się tylko przez kilka lat - dopóki zazdrosny małżonek nie oskarżył jej o romans z francuskim prezydentem.

Co łączy te nieprawdopodobne, ale prawdziwe kobiece losy? Niebezpieczna miłość, chwila szaleństwa czy nieokiełznana żądza władzy? Dlaczego pokochały zbrodniarzy i despotów? Jaką odegrały rolę w dziejach najmroczniejszych reżimów XX wieku?

Za każdym pomnikiem dyktatora stoi człowiek i rzadko kiedy człowiek ten, będąc na samym szczycie aparatu państwowego, jest tam zupełnie sam. Władza jest równie silnym afrodyzjakiem jak pieniądze czy uroda i chyba nie ma w tym nic dziwnego, że kobiety lgną do tych, którzy władzę sprawują. Tak było i za czasów starożytnych, i za czasów oświecenia, i później. Wiek XX wraz z całym rozwojem techniki i wysypem dyktatur (szczególnie w pierwszych dekadach) nie był inny. Nawet Hitler nie mógł przemawiać cały czas (choć wydaje się, że to go bardziej kręciło niż towarzystwo kobiet), kto wie, kim byłby Stalin, gdyby Kato Swanidze nie umarła tak wcześnie, Mussolini zaś lawirował i łączył władzę z miłością z mistrzostwem godnym południowca.
Diane Ducret postanowiła zebrać i opisać życiorysy dyktatorów skupiając się na ich życiu prywatnym i kobietach, które ich otaczały. Kolejno opisuje: Benito Mussoliniego, Włodzimierza Lenina, Józefa Stalina, Antonio Salazara, Jeana-Bédela Bokassę, Mao Zedonga, Nicolae Ceauşescu i Adolfa Hitlera. Pomysł i ciekawy, i pracochłonny. Niestety, efekt nie jest zadowalający. Razi przede wszystkim chaotyczność opisywanych wydarzeń, nadinterpretacja niektórych faktów. Brakuje przy skokach w czasie dat, które sprawiłyby całość bardziej strawną. To znaczy, daty są, najczęściej miesiąc i dzień, acz Ducret tak gania po całym życiu swych bohaterów, że taka kotwica w postaci roku nie obciążyłaby tekstu, tylko sprowadziła czytelnika w odpowiedni czas.
Bardzo istotne jest wprowadzenie, w którym autorka cytuje listy zakochanych kobiet do Hitlera. Ja wiem, że ten wariat odznaczał się niesamowitą charyzmą, ale wyznania dorosłych kobiet żenująco przypominają egzaltowane listy do idolów popkultury z późniejszych dekad. Inny jest tylko styl pisania, sedno pozostało to samo: uwielbienie i ofiarowanie siebie. Zbiorowo pogłupiały Niemki w latach trzydziestych. Bo jak inaczej nazwać takie słowa: „Drogi Führerze Adolfie Hitlerze! Pewna kobieta z Saksonii bardzo pragnie mieć z Panem dziecko. Oczywiście jest to pragnienie dość niezwykłe, i obsesyjnie prześladuje mnie myśl, że Pan nie powinien mieć dzieci.”[1], „Szanowny Panie Hitler, nie bardzo wiem, jak rozpocząć ten list. Przez wiele, wiele lat było mi trudno, dręczyły mnie niepokoje i problemy moralne, brak zadowolenia z siebie, potrzeba odnowy... Jednak wszystko to uległo zmianie, gdy zrozumiałam, że moją odnową jest Pan, Panie Hitler.”[2], „Drogi Adi! Pewnie będziesz za mną tęsknił odrobinę. Pragnę Ci jeszcze posłać fotografię, jako symbol mojej miłości. Zatem dołączam moje maleńkie zdjęcie. Przypominam na nim Madonnę na nieboskłonie.”[3] Czy wreszcie: „Mój Umiłowany, mój wierny, kochany, nasz wielki Führerze i genialny generale «Niech żyje zwycięstwo!», «Niech żyje zwycięstwo!», «Niech żyje zwycięstwo!».”[4] Podobne wyznania słały Włoszki do swojego „Duce”, ale i on był kochliwy, kłamał kobietom, zaprzeczał prawdom oczywistym, byle tylko sobie dogodzić.
Nawet Lenin, szowinista twierdzący, że nie zna kobiety, która przeczytałaby „Kapitalizm” Marksa czy umiała grać w szachy, szukał wytchnienia od „rewolucyjnej roboty” u Inessy Armand. Pożądanie do Nadieży Krupskiej szybko się wypaliło, acz pozostała ona u jego boku aż do jego śmierci. Mało natomiast wiadomo o kobietach Stalina, oficjalnie miał dwie żony, a potem już cicho jest o jego życiu erotycznym. Pierwszą żonę kochał tak bardzo, że pisał dla niej wiersze, a po jej śmierci, próbował skończyć ze sobą. I powiedział: „To było jedyne stworzenie zdolne zmiękczyć moje kamienne serce. Umarła, a razem z nią wszystkie ciepłe uczucia, jakie miałem dla ludzkich istot."[5] Braku uczucia doświadczyła druga żona Stalina, która wolała się zabić niż żyć u boku tyrana.
Ale nie tylko kobiety pełne poświęcenia i oddania łączą swe losy z tymi, którzy trzęśli całymi narodami. Jiang Qing – żona Mao i Elena – żona Nicolae Ceauşescu potrafiły doskonale wpasować się w życie na partyjnej górze i uszczknąć trochę władzy dla siebie. Jiang Qing pierwotnie miała być, jak jej poprzedniczki, też tylko zwykłą żoną i sekretarką, a jednak w końcu wywarła ogromny wpływ na „rewolucję kulturalną”, spiskowała i nie ukrywała, że chce być kimś więcej niż tylko żoną przywódcy Chin. Elena Ceauşescu to z kolei podręcznikowy wręcz przykład tego, jak miernota może osiągnąć szczyty: niedouczona i niekompetentna miała ostatnie zdanie odnośnie prowadzenia badań naukowych. Śmiano się za jej plecami z jej naukowych aspiracji i tytułu profesora, którego nigdy by nie zdobyła, gdyby nie była żoną przywódcy państwa. Co ciekawe, zarówno Qing, jak i Ceauşescu tak zżyły się przez lata z graną przez siebie rolą, że do końca nie potrafiły pojąć za co narody tak ich nie cierpią. Zdecydowanie rozdziały poświęcone tym kobietom są najlepsze w całej książce. Natomiast najsłabszy jest rozdział poświęcony kobietom Antonio Salazara, gdzie chaos sięgnął szczytu.
Ostatni rozdział poświęcony został Hitlerowi, temu narcyzowi, który tak zahipnotyzował Niemki i który nie potrafił poradzić sobie z własną seksualnością. Stłamszony katolickim wychowaniem uważał pozamałżeński seks za coś bardzo wstydliwego. A przecież nie tylko Ewa Braun była z nim do końca, również Magda Goebbels, która kochała bardziej go niż własnego męża.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego Ducret zdecydowała się dołączyć do tej części kacyka Bokassę. Geograficznie i mentalnie zupełnie nie pasuje do pozostałych postaci. Za jego rządami nie stała żadna „idea”, czerpał z życia garściami, ba! nawet się koronował na cesarza i miał tak rozdęte ego, że uważał się za boga seksu i uroku.
Wszyscy opisani dyktatorzy żyli w oderwaniu od rzeczywistości i udowodnili, że słowa: „władza deprawuje” są do gruntu prawdziwe. Pozostawili po sobie setki, czasami miliony trupów. Trzymali się stołka zamieniając życie kolejnych setek i milionów w piekło. I najdziwniejsze jest nie to, że rozkochiwali w sobie kobiety, bo zawsze się takie znajdą, ale to, że do tej pory są ludzie uważający Lenina, Stalina czy Mao za polityków wybitnych, za ojców narodów z prawdziwego zdarzenia.
„Kobiety dyktatorów” to dobry punkt wyjściowy do bliższego zapoznania się z sylwetkami niektórych kobiet i zrozumienia mechanizmu uroku dyktatury.
Moja ocena: 3.5


[1] D. Ducret, Listy miłosne w archiwum dyktatora, [w:] eadem, Kobiety dyktatorów, Znak, Kraków 2012, s. 14.
[2] Ibidem, s. 15.
[3] Ibidem, s. 17.
[4] Ibidem.
[5] Cyt. za: Eadem, Stalin – miłość, sława i dacza, [w:] eadem, Kobiety dyktatorów..., s. 129.

Źródła zdjęć:
1. Elena Ceauşescu: http://www.casapoporului.ro/article/17732/Elena-Ceausescu
2. Ewa Braun: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/100-rocznica-urodzin-ewy-braun/k1e6x

piątek, 25 marca 2016

Elisabeth Åsbrink „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”

Elisabeth Åsbrink, W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa, Czarne, Wołowiec 2013, 363 s.

Ingvar Kamprad z farmy Elmtaryd w Agunnaryd na południu Szwecji tuż po wojnie otworzył małą firmę meblową. Dziś to najbardziej znana na świecie szwedzka marka. Ale wtedy zatrudniał zaledwie kilka osób. Wśród nich swojego najlepszego przyjaciela — Ottona Ullmanna. Otto wyjechał z Austrii tuż po anszlusie, gdy stało się jasne, że pozostanie w kraju jest zbyt ryzykowne. Wyjazd do Szwecji, załatwiony z wielkim trudem przez rodziców, miał zapewnić chłopcu bezpieczeństwo w niepewnych czasach.

Z jednej strony jestem zła, bo wydawnictwo postanowiło wypromować książkę Åsbrink opisem niemającym nic wspólnego z treścią. Bo nie jest to książka ani o Ingvarze Kampradzie, ani o jego rodzinie, ani tym bardziej o tym, jak po wojnie zaczął rozkręcać firmę meblową. Antyżydowskie i prohitlerowskie uczucia potraktowane są marginalnie, niewiele więcej się o nich dowiadujemy ponad to, co już zostało napisane na tylnej okładce książki.
Z drugiej jednak strony Åsbrink na podstawie listów i dokumentów ukazała los jednej z żydowskich rodzin mieszkających w Austrii. Odsłoniła największą z możliwych prywatność cytując listy pozostających w hitlerowskim Wiedniu, a potem w kolejnych miejscach deportacji rodziców, którzy z każdą wysłaną wiadomością cieszyli się coraz bardziej, że los był łaskawy chociaż dla ich syna i mieli świadomość, że ich przyszłość jest coraz bardziej niepewna. To, co przedstawia Åsbrink nie jest żadną fikcją, nie wymyśliła tego autorka. To napisało życie. I jeśli listy w pewnym momencie przestały przychodzić, oznaczać to mogło właściwie jedno – że rodzina Ullmannów już nie istnieje.
W swojej książce Åsbrink porusza kwestie, o których do tej pory dużo się nie mówiło, bo i Szwedzi nie mają być z czego dumni: ich nastawienia do hitleryzmu, do idei głoszonych przez Hitlera, ich stosunku do Żydów. Szwecji podczas II wojny światowej udało się zachować neutralność. W kraju czuć jednak było wyraźne sympatie do poczynań Hitlera, rodziły się ruchy nazistowskie, a rząd oficjalnie zamknął granice nie chcąc, aby na tereny szwedzkie trafili niepożądani goście – Żydzi. Otto Ullmann trafił do Szwecji wraz kilkudziesięcioma innymi dziećmi za sprawą Szwedzkiej Misji dla Izraela. Od początku mieli stanowić raczej siłę roboczą niż stać się pełnoprawnymi członkami szwedzkiego społeczeństwa. Dodajmy do tego, że warunkiem wyjazdu było odżegnanie się od religii i przyjęcie chrztu. A ceną przeżycia była samotność.
Åsbrink stawia przed czytelnikiem wiele pytań, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Pyta o pobudki ratowania Żydów przez członków Misji (czyż nie chodziło raczej o wykorzenienie judaizmu niż ratowanie istnień ludzkich?), o postępowanie Ingvara Kamprada, który swe nazistowskie przekonania głosił jeszcze w latach pięćdziesiątych, jak bardzo można usprawiedliwiać go sytuacją rodzinną, przekonaniami wyniesionymi z domu? Jak to się miało do jego przyjaźni z Ottonem Ullmannem?
„W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa” to przede wszystkim opowieść o dziecku, które nagle musiało dorosnąć, zmienić swe nastawienie do życia, rozstać się z najbliższymi i czuć, jak umiera nadzieja na spotkanie z rodziną, której nikt nie chciał pomóc, bo należeli do nieodpowiedniej rasy. To także opowieść o strachu Szwedów przed obcymi, przed „inwazją” obcej krwi.
Moja ocena: 4

czwartek, 24 marca 2016

Paweł Smoleński „Oczy zasypane piaskiem”

Paweł Smoleński, Oczy zasypane piaskiem, Czarne, Wołowiec 2014, 262 s.

Temu reporterowi jeden konflikt i dwa kraje nie dają spokoju. Paweł Smoleński na nowo rusza w najbardziej zapalne tereny Palestyny i Izraela, w Jerozolimie, Gazie i wioskach na Zachodnim Brzegu niestrudzenie pyta, czy pokój jest wciąż możliwy. Patrzy na rosnący z każdym miesiącem mur separacyjny, czyta o kolejnych samobójczych zamachach, słucha o nienawiści. Próbuje zrozumieć, ale nikt nie ma złudzeń, że o jakiekolwiek porozumienie będzie bardzo trudno.

Smoleński próbuje uchodzić za eksperta od konfliktu palestyńsko-izraelskiego, kreuje się na osobę, która nie tylko rozumie ten konflikt, ale poprzez posługiwanie się językami hebrajskim i arabskim w stopniu komunikatywnym, potrafi również zgłębić problemy nurtujące tamten region.
Na próbach i czynieniu dobrego wrażenia się kończy. Bo wiedza Smoleńskiego jest żałośnie powierzchowna i fragmentaryczna. Przedstawiane fakty interpretuje on zgodnie ze stanem swojej (niepełnej) wiedzy i wyraża opinie na tematy, które zna pobieżnie, czyni to jednak z pewnością siebie osoby, która na temacie izraelskim zęby zjadła.
Tymczasem... myli on nie tylko osoby, o których się wypowiada, ale nawet nie do końca wie, gdzie szukać na ich temat wiadomości. Po szczegóły odsyłam do recenzji książki Smoleńskiego na Erec Israel, gdzie punkt po punkcie wytknięto dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” najważniejsze błędy, a dodatkowo udowodniono jego naiwność. Oficjalna postawa Hamasu, ich twarze ukazywane światu, a ich słowa do własnego narodu różnią się niczym dzień i noc. To co po angielsku zostało potępione, po arabsku zyskało ich całkowitą aprobatę. „Tym” był zamach z marca 2011 r., w którym zginęła trójka dzieci. Smoleński, podobnie jak większość kosmopolitycznych dziennikarzy, chociaż twierdzą, że są nastawieni proizraelsko, nadal widzą w Palestyńczykach tylko i wyłącznie ofiary. Ewentualnie ofiary, które muszą się bronić. Jak zwykle zaś wszystkiemu winni są Żydzi.
Dziwią mnie zachwyty nad książką Smoleńskiego, dziwi bezrefleksyjne przyjmowanie wszystkich tych bzdur, które napisał i przyklaskiwanie, że pisze dobrze, szczerze i rzetelnie. Czy ta rzetelność przejawia się w przekręcaniu faktów? Czy może w ich dopisywaniu, kiedy wiedzy nie starcza?
Nie uważam się za osobę nastawioną proizraelsko. Ale ostatnie miesiące ukazały jak mało wiemy o muzułmanach. Europa postanowiła przyjąć imigrantów. Oni „odwdzięczyli się” Niemcom gwałtami i molestowaniem. Pochylając się nad Palestyńczykami, żałując ich i broniąc, popatrzcie sobie, ich obrońcy, na zdjęcia uśmiechniętego mordercy, który dumny był z tego, że zabił troje dzieci (ponownie mam na myśli zamach z marca 2011 r.).
Nie ma mowy o porozumieniu, skoro górę nad zdrowym rozsądkiem bierze najgorszy z możliwych fanatyzmów: religijny. Skoro oszołomy zdolne są zabijać z imieniem swego boga na ustach. I nie ważne czy to Bóg chrześcijański, czy starotestamentowy, czy muzułmański. I tutaj kończę, bo kwestia moich przekonań nie ma nic wspólnego z książką Smoleńskiego.
Moja ocena: 0.5

środa, 23 marca 2016

Wilkie Collins „Tajemnica pałacu w Wenecji” aka „Nawiedzony hotel”

Willkie Collins, Tajemnica pałacu w Wenecji, Akapit, Katowice 1992, 175 s.

Zagadkowa kobieta staje się przyczyną zerwania zaręczyn Agnieszki Lockwood z jej dalekim kuzynem, lordem Montbarrym, a następnie zostaje jego żoną. To początek historii, w której losy obu kobiet są ze sobą splecione, a udział w akcji biorą nawet duchy. Nadprzyrodzone wydarzenia, szybkie tempo akcji i mnożące się tajemnice to główne atuty tej klasycznej prozy.

Po pierwsze – w 2015 roku Zysk i S-ka wydały tę minipowieść pod tytułem „Nawiedzony hotel”. Po drugie – nie należy się sugerować okładką (i serią) wydawnictwa katowickiego, ani też literówką w imieniu autora, bo jest to ten sam utwór. A po trzecie – nie jest to poziom „Kobiety w bieli”, jednak czyta się dobrze, choć początek przypominał mi nieco „Moją kuzynkę Rachelę” Daphne du Maurier, acz ta pani lubiła „inspirować się” cudzymi pomysłami, więc proszę się nie sugerować, bo „Tajemnica pałacu w Wenecji” aka „Nawiedzony hotel” powstał ponad 70 lat wcześniej.
Hrabina Narona od początku ukazana jest jako kobieta egzaltowana i nadwrażliwa. Nie przeszkadza jej to jednak zakręcić się wokół Herberta Westwicka – spadkobiercy tytułu Lorda Montbarry na tyle skutecznie, by odwieść go od planowanego ślubu ze skromną i spokojną Agnieszką Lockwood. Już jako Lady Montbarry wyjeżdża z mężem i bratem do Wenecji, gdzie niespodziewanie lord umiera. I tu zaczyna się druga część opowieści, gdzie kwestie towarzyskiego ostracyzmu schodzą na dalszy plan, a rodzina Westwicków przeżywa chwile przerażenia w nowo otwartym hotelu. Collins sięgnął do tradycji powieści grozy, zjawisk nadprzyrodzonych i połączył to z wątkiem romansowym i kryminalnym. Choć zazwyczaj zjawy pokazują się w starych zamczyskach, u Collinsa zjawiska paranormalne mają miejsce nie w jakiejś opustoszałej siedzibie, lecz w numerze hotelowym, gdzie wokół przewijają się może nie tłumy, ale jednak spore ilości gości. Jest to chyba pierwsza powieść, gdzie bohaterem jest właśnie hotel, miejsce równie wdzięczne do snucia intryg i na tyle anonimowe, by pozornie wydawać się nieszkodliwym.
Postacie kobiece zarysowane są wyraźnie: ciemnowłosa Dalmatynka, hrabina Narona, jest postacią demoniczną, typową femme fatale, z kolei Agnieszka Lockwood, przez całą powieść ukazywana jako stworzenie szlachetne i wspaniałomyślne, to typowy angielski słowik. Ale to mieści w konwencji i jest to do wybaczenia. Jeśli chodzi o sceny przerażające, są one tak literacko dopracowane, że bardziej zwraca się uwagę na styl niż na strach. Sama zbrodnia jednak godna jest zwichrowanych umysłów Lisy Gardner czy Sharon Bolton, choć uprzedzam, że koniec nie jest klasyczny i można poczuć pewien niedosyt. Ale powieść Wilkiego Collinsa to dobry przykład dobrej literatury popularnej końca XIX wieku. Więcej jest w „Tajemnicy pałacu...” położonego nacisku na opisy stanów psychologicznych poszczególnych osób niż scen mrożących krew w żyłach. Innymi słowy jest to horror iście w wiktoriańskim stylu.
Moja ocena: 4

Agatha Christie „Morderstwo na polu golfowym”

Agatha Christie, Morderstwo na polu golfowym, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008, 219 s.

Tajemniczy list z wezwaniem o pomoc, owszem, zrobił wrażenie na Herkulesie Poirocie. Jednak o wiele większe wywarł na nim skreślony niewprawną ręką dramatyczny dopisek o treści: „Na litość boską, niech pan przyjedzie”.
Detektyw wyrusza w podróż, jednak gdy dociera na miejsce, nadawca listu, pan Renauld, już nie żyje. Podejrzanych w tej sprawie nie brakuje - żona, syn, kochanka - jednak Poirot wątpi, by rozwiązanie było tak proste. Kolejna zbrodnia potwierdza jego obawy...

Tym razem mamy do czynienia ze zbrodnią bardzo dziwną, której przyczyny sięgają daleko w przeszłość. Jako że do zbrodni doszło na francuskiej ziemi, z Poirotem rywalizuje francuski gliniarz z Sûreté – Giraud. Poirot wierzy w „szare komórki”, Giraud – w dowody, a kapitan Hastings w końcu może czuć się szczęśliwy: obserwuje pracę „prawdziwego detektywa” i po raz kolejny się zakochuje, tym razem w tajemniczym Kopciuszku. I również po raz kolejny czytelnik ma okazję czytać o angielskiej rycerskości ocierającej się o skrajną naiwność. Ale cóż, Hastingsowi wiele można wybaczyć.
Christie podrzuca mylne tropy, kieruje podejrzenia ku wszystkim po kolei osobom dramatu i w pewnej chwili można się już zupełnie pogubić kto korzystał na śmierci milionera. Co tu dużo mówić, dobrze się czyta „Morderstwo na polu golfowym”, jak większość kryminałów Angielki. Konkretna, logiczna acz pogmatwana zagadka – w sam raz na chwile odpoczynku, na podróż, na wakacje albo na chwilę oderwania się od przedświątecznej krzątaniny.
Moja ocena: 4