sobota, 6 kwietnia 2013

Meg Gardiner „Klub Tajemnic”

Meg Gardiner, Klub Tajemnic, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2010, 416 s.

Amerykański debiut Meg Gardiner, znanej w Wielkiej Brytanii autorki powieści sensacyjnych, znakomity, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji thriller rekomendowany przez Stephena Kinga. San Francisco jest wstrząśnięte domniemanym samobójstwem prokurator Callie Harding. Prowadzone przez kobietę BMW, wbrew wszystkim prawom fizyki, staranowało barierę na moście i zakończyło swój krótki lot wbite w jadącego ulicą poniżej minivana. Jo Beckett, lekarz psychiatra, zajmująca się psychologiczną autopsją ofiar i sprawców przestępstw, zostaje oddelegowana do zbadania tej sprawy. Uparta i wybitnie inteligentna kobieta szybko odkrywa, że pozornie przypadkowe zdarzenie jest w rzeczywistości kolejnym w ciągu niewyjaśnionych samobójstw wśród najbogatszych i najbardziej uznanych ludzi w mieście. Wraz z oficer SFPD, Amy Tang, Beckett wpada na trop Klubu Tajemnic, nieformalnej organizacji zrzeszającej anonimowych przedstawicieli elit, a do jej członków należeli między innymi, nieżyjący już projektant mody oraz znany sportowiec. Jo, która wciąż nie może się pogodzić z niedawną śmiercią męża, usiłuje za wszelką cenę rozwikłać tajemnicę i dojść motywów kierujących grupą, jednak sytuacja zaczyna ją przerastać. Gdy kobieta otrzymuje list, w którym ktoś wyjawia, że zna jej mroczną, skrywaną od lat tajemnicę, Jo zaczyna się lękać o własne życie...

Każdy ma tajemnice, ale ilu z nas chowa w szafie naprawdę okropne szkielety, sekrety tak ohydne, że zniesmaczyłyby i skompromitowały nas jako ludzi, a otoczenie odwróciłoby się od nas z odrazą? Tytuł sugeruje opowieść o tajemnicach, a te wszak mogą być niewinne, wstydliwe zaledwie, czy wręcz romantyczne. Polski wydawca się nie popisał, bo w oryginale jest Klub Brudnych Sekretów i o takowe chodzi.
Początek powieści jest obiecujący: trzęsienie ziemi, dziwne wyzwanie. Potem samobójcza jazda samochodem i samozagłada. Wkracza do akcji doktor Beckett, która jako psycholog nieboszczyków ma wyrokować czy denat postanowił sam rozstać się ze światem, czy też ktoś mu pomógł. Trzeba przyznać, że Gardiner pomysły ma ciekawe. Im dalej w treść jednak, tym gorzej. W pewnej chwili Klub Brudnych Sekretów zaczyna przerastać autorkę i nie potrafi podać naprawdę wymyślnych, wstydliwych tajemnic. Akcja gmatwa się, plącze, co kilkanaście rozdziałów cofamy się w czasie, żeby poznać przesłodzony, wyidealizowany związek doktor Beckett, mnożą się nieścisłości.
„Klub Tajemnic” nie zapada głęboko w pamięć. Ale jako powieść do poduszki, do podróży – jest idealna. Raczej nie uśpi czytającego czy nie znudzi podróżnika. Gardiner napisała w sumie trzy powieści, gdzie główną bohaterką jest Jo Beckett, czwarta jest w przygotowaniu. Można mieć tylko nadzieję, że Albatros wyda kiedyś kolejne książki, aby można było dokonać porównania czy pisarstwo Gardiner naprawdę się rozwija, czy też pochwała Stephena Kinga na okładce książki pozostaje tylko pustym zdaniem.
Moja ocena: 3.5

Steve Hamilton „Zimny dzień w Raju”

Steve Hamilton, Zimny dzień w Raju, Amber, Warszawa 2008, 240 s.
 
Poruszający do głębi kryminał o przeszłości, która powraca i chwyta teraźniejszość za gardło Nosi kulę tuż przy sercu. A w sercu obraz tamtej nocy. Kiedy siedział naprzeciwko szaleńca i nie zrobił nic. Szaleniec strzelił. Zabił jego partnera, a jego trafił o centymetr nad sercem. Od tamtej pory Alex nie jest już policjantem. Nie robi nic ważnego. Na próżno szuka spokoju w małym miasteczku wśród lasów Michigan. Po czternastu latach przyjmuje jednak zlecenie jako prywatny detektyw. I w pierwszym śledztwie morderca - jego morderca - powraca. A przecież od lat siedzi w najbardziej strzeżonym więzieniu. Kto więc osacza Alexa, telefonuje, przysyła listy i róże? Kto usiłuje nawiązać przerażającą chorobliwą więź z Alexem? I kto zabija, jak twierdzi... dla Alexa?

Początek jest nudnawy, potem akcja się rozkręca. „Zimny dzień w Raju” nawiązuje do klasyki kryminału i to jest niewątpliwy plus. Do ostatniej strony Hamilton skrywa przed czytelnikami tajemnice. Z kolei Alex McKnight ma prawie wszystkie cechy rasowego detektywa: jest po przejściach, nieco zgorzkniały, ma swój kodeks honorowy. Niestety chwilami bywa zbyt naiwny i łatwowierny.
Ale jeśli znajdę kolejną część opowiadającą o Aleksie McKnighcie, to chętnie przeczytam. I dowiem się, kto znowu okazał się po prostu złym człowiekiem, pchniętym do złych czynów z czysto prozaicznych powodów.
Moja ocena: 3

Cecelia Ahern „Podarunek”

Cecelia Ahern, Podarunek, Świat Książki, Warszawa 2010, 320 s.
 
Lou, biznesmen, mąż i ojciec dwojga małych dzieci, żyje głównie pracą. Zaniedbuje rodzinę i wciąż ma tyle obowiązków, że najchętniej przebywałby w dwóch miejscach jednocześnie. Na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem spotyka tajemniczego żebraka, Gabe'a, którego postanawia zatrudnić w swojej firmie. Wkrótce Lou odkrywa, że Gabe posiada umiejętność... bycia w dwóch miejscach jednocześnie! Czy to faktycznie możliwe? Sympatyczna powieść o tym, co w życiu naprawdę najważniejsze.

Zacznijmy od tego, że jest to właściwie powieść sezonowa, najlepiej się ją czyta przed Bożym Narodzeniem – wprowadza w klimat świąt, zwraca uwagę na ludzkie emocje i uczucia, oraz ma iście gwiazdkowy morał (o czym za chwilę).
Cecelia Ahern wplata w swoje książki bajkowe, nierealne światy. Raz ukazuje krainę gdzie mieszkają osoby zaginione, to znów opisuje niewidzialnego przyjaciela. Tym razem trafiło na tajemniczego żebraka o imieniu Gabe, który dzień po dniu wkracza coraz bardziej w życie Lou Sufferna – pracoholika, wiarołomnego męża, miernego ojca, niezbyt dobrego syna i niezbyt miłego brata.
Lou jest wytworem kapitalizmu – zapatrzony w swoją pracę, walczący o awans, ludzi, którzy nie gonią za kasą, uważa za gorszych od siebie. Rodzina? Kiedyś, później. Tymczasem zbliżają się święta, czas magii, spełnionych życzeń i zadumy. Lou otrzymuje od Gabe’a niecodzienny przedświąteczny prezent. Sam zainteresowany nie jest początkowo zachwycony zmianami w swoim życiu, które podarunek powoduje i koniecznością przewartościowania tego, w co wierzy i czego pragnie. Jednak z czasem...
„Podarunek” jest powieścią lekką, ciepłą i przyjemną, wpasowującą się idealnie między świąteczne reklamy Coca-Coli i „To właśnie miłość”. Nie jest przesłodzona, nie ma w niej typowego happy endu, za to Ahern przypomina o czymś istotniejszym niż konieczność szczęśliwego zakończenia. Przypomina o tym, że czasu nie da się cofnąć, czasu nie da się kupić nawet za największe pieniądze, czasu nie da się zmagazynować i wykorzystać później. Jednym słowem, Ahern na nowo przypomina Horacjańskie: „Carpe diem!”
I na koniec, czy tylko mnie Gabe kojarzył się z archaniołem Gabrielem?
Moja ocena: 3

Yann Martel „Historia rodziny Roccamatio”

Yann Martel, Historia rodziny Roccamatio, Znak, Kraków 2004, 188 s.
 
Yann Martel po raz kolejny dowodzi siły swojej wyobraźni i talentu do snucia opowieści, których nie sposób zapomnieć. Tym razem daje również olśniewający pokaz różnorodności. W „Historii rodziny Roccamatio” zawierają się cztery głęboko poruszające opowieści, jedna bardziej niezwykła od drugiej. Pomysłowość Martela i przyjemność, z jaką bawi się językiem, dorównują tylko jego darowi do stwarzania postaci, które stają się czytelnikowi bardzo bliskie.

Nie cierpię opowiadań, omijam je w bibliotekach i księgarniach takim łukiem, jak obżartuch omija siłownię. Praprzyczyną jest zapewne zmuszanie niewinnych licealistów do czytania takich koszmarków jak „Rozdziobią nas kruki, wrony”. Ale są wyjątki. Martela chwyciłam w bibliotece bez namysłu i dopiero w domu przekonałam się, że zamiast rzetelnej powieści, trzymam w dłoni opowiadania. Nic to, zaczęłam czytać.
W książce znajdują się cztery opowiadania: „Historia rodziny Roccamatio”, „Gdy usłyszałem koncert Johna Mortona ku czci szeregowca Donalda J. Rankina na smyczki i dysonujące skrzypce”, „Ostatnie godziny: warianty”, „Wytwórnia luster VITA AETERNA. Lustra na całą wieczność”.
Każde opowiadanie jest jednocześnie inne i na wskroś Martelowskie. „Historia rodziny Roccamatio” jest przewrotnym tytułem. Nie dowiadujemy się właściwie nic o sadze rozpoczynającej się u progu XX wieku, poznajemy za to wybrany fakt z każdego roku i poznajemy relacje narratora z przyjacielem chorym na AIDS. Choroba spada na niego nagle i zabawa w tworzenie sagi ma odwrócić uwagę Paula od coraz szybciej zbliżającej się śmierci.
„Gdy usłyszałem koncert...” opowiada o muzyku-sprzątaczu tworzącym genialną muzykę. Nie zależy mu na sławie, wystarcza mu granie kilka razy do roku z innymi muzykami. Na co dzień sprząta biura i to mu wystarcza.
Zastanawialiście się kiedyś, jak mogą wyglądać ostatnie godziny skazanego na śmierć? Martel przedstawia kilka wariantów i chociaż nazwisko skazańca pozostaje to samo, jego reakcje, wybór ostatniego dania i śmierć są diametralnie różne. Jakby dyrektor więzienia za każdym razem pisał o innym człowieku.
Opowiadanie ostatnie – „Wytwórnia luster...” najbardziej skojarzyło mi się z prozą Vonneguta, zahaczało o fantastykę.
Warto poświęcić kilka godzin, oderwać się od rzeczywistości i zagłębić w Martelowskim świecie niezwykłych sprzątaczy i niezwykłych maszyn do robienia luster. Zobaczyć historię z innej perspektywy i przeczytać o chorobie, która przytrafiła się nie komuś z „grupy podwyższonego ryzyka”, ale zwyczajnemu, młodemu człowiekowi.
Moja ocena: 4.5

Craig Silvey „Jasper Jones”

Craig Silvey, Jasper Jones, Rebis, Poznań 2011, 400 s.
 
W małym australijskim miasteczku pewnego letniego wieczoru trzynastoletniego Charliego Bucktina wyciąga z domu miejscowy rozrabiaka Jasper Jones. Chłopcy odkrywają w buszu ciało nieżyjącej dziewczynki i postanawiają na własną rękę wykryć sprawcę potwornej zbrodni. Rozwój wypadków jest nieoczekiwany, wręcz szokujący… Silvey z ogromną wrażliwością i wyczuciem kreśli postacie nastolatków, ich sprawy, przeżycia i pierwsze miłosne zauroczenia, a zarazem szczerze i dosadnie opisuje świat dorosłych, naznaczony dyskryminacją i rasizmem, w którym młodym ludziom przyszło dorastać i się z nim zmierzyć. „Jasper Jones” konfrontuje cechy głęboko ludzkie z okrucieństwem i zakłamaniem, tak jak robili to Mark Twain, Harper Lee i Jerome David Salinger. To jedyne w swoim rodzaju połączenie „Zabić drozda” i „Buszującego w zbożu”.

Rzecz gustu. Od razu powiem, że mnie „Jasper Jones” nie zachwycił. Podobieństwo do „Zabić drozda” w pewnych scenach i rozwiązaniach wręcz zakrawa o plagiat. Nieudolny plagiat. To, co u Harper Lee było świeże, wnosiło coś do powieści, u Silvey’a wydaje się wydumane i napisane na siłę. Co więcej, odzierając „Jaspera Jonesa” z elementów nieprzystosowania i specyfiki małego australijskiego miasteczka, zostaje nam niestety zwykła zagadka kryminalna. Osobowość Jonesa nie jest na tyle silnie zarysowana, aby go porównać do Twainowskiego Hucka Finna czy Salingerowskiego Holdena Caulfielda. Ot, typowy „kozioł ofiarny”, „czarna owca” jaką można znaleźć w każdym społeczeństwie i każdym środowisku. Parias lokalny.
Nie przekonuje też trzynastoletni Charlie ani jego wietnamski przyjaciel Jeffrey pragnący za wszelką cenę upodobnić się do swego sportowego idola – Douga Waltersa. Charlie jest postacią banalnie dwuwymiarową i denerwującą.
Po lekturze nie pozostają w pamięci kwestie, które w założeniu miały być ważne: kryzys małżeński, rasizm, alkoholizm. Pozostaje tylko wspomnienie, że Silvey opisał zagadkę zaginięcia i śmierci młodej dziewczyny i wplątał w to wątek pierwszej miłości. A to stanowczo zbyt mało, aby mnie ta książka zachwyciła.
Moja ocena: 2.5

czwartek, 24 stycznia 2013

John Ajvide Lindqvist „Ludzka przystań”

John Ajvide Lindqvist, Ludzka przystań, Amber, Warszawa 2010, 384 s.
 
Słoneczny zimowy dzień. Anders i jego sześcioletnia córeczka Maja podziwiają ze szczytu latarni morskiej idylliczny krajobraz. Wszędzie dokoła rozciąga się tylko śniegi Anders nie dostrzega tego, co pokazuje mu Maja. Dziewczynka schodzi, żeby przyjrzeć się z bliska temu, co widzi, i… znika. Nikt nie potrafi zrozumieć, co się stało. I nikt nie potrafi wyjaśnić, jak to możliwe, że ślady dziecka na śniegu nagle się urywają. Zrozpaczony ojciec przysięga sobie, że odnajdzie córeczkę – choćby w piekle…

Trochę zimy w środku zimy, czyli thriller Lindqvista. Spodobał mi się od pierwszych stron, a im dalej – tym było lepiej. Nie jest to może literatura z najwyższej półki, ale dobra rozrywka – tak. Powieść naszpikowana emocjami, smutkiem, nieprzystosowaniem, śniegiem, legendami. Bezpośrednio po przeczytaniu „Ludzkiej przystani” zanotowałam: „Klaustrofobiczny klimat w zaśnieżonym wydaniu.” Samo w sobie najbardziej przerażające jest zniknięcie dziecka, nagle urwane ślady na śniegu, niewiedza i bezsilność rodziców. I ich jakże różne reakcje – z jednej strony ucieczka w zapomnienie i dobrowolne pogodzenie się ze stratą, z drugiej – ucieczka w alkohol i pragnienie odzyskania dziecka za wszelką cenę.
Chwilami powieść staje się nierówna i przekombinowana, a jednocześnie Lindqvist stara się jak najdokładniej zanalizować swych bohaterów – ich charaktery i pobudki działania. Nie wszystkim się spodoba, ale może to i dobrze.
Moja ocena: 4

Jodi Picoult „Świadectwo prawdy”

Jodi Picoult, Świadectwo prawdy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, 440 s.
 
W oborze na farmie amiszów w Pensylwanii znaleziono zwłoki noworodka. Lokalna społeczność jest w szoku o odebranie dziecku życia zostaje oskarżona jego domniemana matka, osiemnastoletnia Katie Fisher, niezamężna dziewczyna z rodziny amiszów. Sprawę Katie przyjmuje Ellie Hathaway, adwokatka z wielkiego miasta. Po raz pierwszy w swojej karierze spotyka się z wymiarem sprawiedliwości rządzącym się innymi zasadami niż ten, który zna na wylot. Zagłębiając się w świat amiszów, musi znaleźć sposób, aby dotrzeć do swojej klientki i porozumieć się z nią w jej języku. Praca nad tą zawikłaną sprawą prowadzi ją także w głąb własnego ja, a kiedy jeszcze pojawi się w jej życiu mężczyzna z przeszłości, Ellie stanie oko w oko ze swoimi najtajniejszymi lękami i pragnieniami.

Tym razem Picoult podejmuje temat odmienności religijnej i jej hermetyzmu kontra pragnienie życia „jak inni”. Czytając o losach Katie Fisher nie mogłam jej polubić. I nie potrafiłam jej usprawiedliwić. Jakakolwiek zamknięta wspólnota, która izoluje się od świata, a jednocześnie twierdzi, że ma patent naprawdę i Boga, przyprawia mnie o dreszcz zgrozy. Mogę zrozumieć pragnienie życia po swojemu, ale zrywanie wszelkich kontaktów z dziećmi, które zrywają z hermetyzmem i niewiedzą, pragną się uczyć i żyć w świecie gdzie elektryczność nie jest dobrem zakazanym, jest dla mnie przejawem skrajnej nietolerancji.
Katie Fisher żyje w rozdarciu i na skraju dwóch światów. Obarczona swoją amiszową tradycją nie czuje się dobrze ani pod dachem rodziców, ani w „normalnym świecie”. Do tego dochodzą pierwsze doświadczenia seksualne, pierwsze zauroczenie i niechciana ciąża. Cichy poród kończy się tragedią i powiem szczerze, śmierć dziecka przesłoniła mi problemy panny Fisher. Wszystko odeszło na drugi plan.
„Świadectwo prawdy” powinno być lekturą obowiązkową dla dorastających, niedoświadczonych dziewcząt. Powieść chociaż osadzona jest w dość niezwykłych realiach, to jednak podejmuje problemy, z którymi borykają się nie tylko młode amiszki. Dziewczęta podobne do Katie Fisher można spotkać w sumie wszędzie, wystarczy, że wychowują się w zamkniętych enklawach i nie znają ani siebie, ani potrzeb swego ciała, ani nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów.
Moja ocena: 4

James Siegel „Wykolejony”

James Siegel, Wykolejony, Świat Książki, Warszawa 2004, 302 s.
 
Życie Charlesa Schine`a toczy się po niezwykle ustabilizowanych torach. Znajduje szczęście u boku żony i córki, jest dyrektorem kreatywnym w wielkiej agencji reklamowej w Nowym Jorku. Codziennie dojeżdża do pracy tym samym pociągiem. Rutyna i bezpieczeństwo. I oto pewnego dnia, kiedy spóźnia się na swój pociąg i jedzie następnym, poznaje w przedziale piękną kobietę. Nawiązują namiętny romans, a Charles dostaje to, o czym w gruncie rzeczy marzył – jego życie się odmienia – znika nuda. Jeszcze nie wie, że jest to jazda po bocznym torze i że jak ćma ślepo zmierza w sam środek ognia, by za chwilę pogrążyć się w koszmarze.

Ujmijmy to tak: sięgnęłam po książkę, bo spodobał mi się film z Clivem Owenem. Po przeczytaniu książki, zastanowiło mnie jedno: jak z takiego gniota mógł powstać całkiem interesujący film?
Akcja w powieści jest schematyczna do bólu. Sam zaś sposób pisania Siegela chwilami ociera się o wulgarność i grafomanię.  Przeczytać i zapomnieć. Ewentualnie zamiast tracenia czasu na czytanie (w tym przypadku), obejrzeć film.
Omijać szerokim łukiem.
Moja ocena: 1

Tomasz Szarota „Okupowanej Warszawy dzień powszedni”

Tomasz Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, Czytelnik, Warszawa 1988, 651 s.
 
Książka poświęcona życiu codziennemu w Warszawie pod okupacją niemiecką od 1 października 1939 do 31 lipca 1944 roku. Książka nie jest historią miasta w tym okresie, lecz obrazem dnia powszedniego społeczeństwa Warszawy. Mówi o warunkach bytowania ludności i sytuacji materialnej poszczególnych grup społecznych, o rozporządzeniach władz okupacyjnych, o nastrojach panujących w mieście, o sposobach radzenia sobie przez warszawiaków z codziennymi trudnościami, o zajęciach i formach spędzania wolnego czasu. Przynosi wiele informacji szczegółowych, m.in. o cenach, wysokości zarobków, systemie kartkowym, programach teatrzyków i kin oraz wielu innych elementach życia jawnego i konspiracyjnego. Osobna część książki poświęcona jest okupantom: władzom, wojsku i życiu niemieckiej ludności cywilnej w Warszawie w tym okresie.

Niestety nie miałam możności przeczytania najnowszej wersji książki Szaroty. W miejskiej bibliotece znalazłam chyba ostatnie peerelowskie wydanie. Nie brak tam licznych „jedynie słusznych” komentarzy. Można to jednak przełknąć, bo w sumie najważniejsze są fakty, które Szarota przytacza co chwilę. O kartkach w czasie wojny wiedzą wszyscy, podobnie jak o podłej jakości chleba kartkowego. Nic w tym dziwnego, skoro chleb był pieczony na mące z drzewa. Przydziały kartkowe z 1941 r. wyglądały następująco: Niemcy – 2613 kalorii, Polacy – 669, a Żydzi – 184 kalorie. Ratowano się od śmierci głodowej na różne sposoby. Na czarnym rynku dochodziło do szmuglu, kupowania „w ciemno” transportów od żołnierzy niemieckich (np. w maju 1943 r. Warszawa została w ten sposób zarzucona żółwiami). Najczęściej w menu pojawiały się różne kombinacje: kapusty, brukwi, dyni i cebuli. Daniem zasadniczym stała się zupa.
Istotną kwestią były namiastki, które bardzo szybko stały się normą. Patrząc z perspektywy czasu, ciekawym się wydaje, że używanie oliwy zamiast tłuszczów zwierzęcych uważano za marną namiastkę. Najbardziej znanym „produktem zastępczym” była sacharyna używana zamiast cukru.
Cały rozdział poświęcił Szarota modzie okupacyjnej, przy okazji rozprawiając się z mitem oficerek i bryczesów, które były pozornym wyznacznikiem konspiracyjności. Kosztowały 5 tysięcy złotych (dla porównania: masło lub słonina kosztowały ok. 200 zł za kilogram). Chodzono zatem głównie w drewniakach. Dokonała się również kolejna zmiana obyczajów: latem kobiety chodziły z odkrytą głową i bez pończoch będących towarem deficytowym.
Szarota opowiada też, jak narodziły się riksze (pomysł wcale nie przyjął się tak od razu), tramwaje stały się miejscami komentowania sytuacji codziennej i działań wojennych.
Istotna była rola kultury. Jawne teatrzyki proponowały bezwartościową szmirę, istniał zatem teatr konspiracyjny. Iwaszkiewiczowskie Stawisko stało się azylem dla wielu twórców, pomieszkiwali tam Baczyński, Dygat, Miłosz. Wiele czytano i równie wiele drukowano.
II wojnę światową na lekcjach historii poznajemy zazwyczaj od strony walk i „wielkiej polityki”. Życie codzienne i przetrwanie są spychane na margines. Szkoda, bo właśnie poznanie dnia powszedniego z całym jego ubóstwem, strachem i bohaterstwem o wiele bardziej przybliża istotę wojny.
Polecam.
Moja ocena: 5

Jodi Picoult „Drugie spojrzenie”

Jodi Picoult, Drugie spojrzenie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, 504 s.
 
Nie musisz wierzyć w duchy, by poczuć ich obecność. Jodi Picoult przekonuje, że na tym świecie istnieje nie tylko to, co można zobaczyć oczami...
Comtosook, Vermont, Stany Zjednoczone. Firma deweloperska zamierza wybudować galerię handlową w miejscu pochówku Indian Abenaki. Mimo ich gwałtownych protestów, zaczyna się budowa. W tym samym czasie miasteczko nawiedza seria niewyjaśnionych zdarzeń: z nieba spadają płatki róż, w powietrzu unosi się zapach owoców leśnych, a ziemia zamarza chociaż jest środek lata.
Do pracy przystępuje Ross Wakeman, łowca duchów, starający się nawiązać kontakt ze zmarłą narzeczoną, którą wciąż kocha miłością prawdziwą i wierną aż... za grób. Badając paranormalne zjawiska na spornym terenie, Ross poznaje tajemniczą Lię, która na nowo budzi w nim ochotę do życia. Jednak to, co odkrywa Wakeman wykracza daleko poza wszystko, co mógłby sobie wymarzyć zarówno na tym, jak na tamtym świecie.

To pierwsza powieść Picoult, w której połowa akcji nie dzieje się na sali sądowej. I tym samym czytało mi się ją cudownie wręcz. Klimaty ma „Drugie spojrzenie” niczym z horrorów Kinga: doskonale zarysowane psychologicznie postaci, duchy, dziwne zjawiska i... wstydliwa tajemnica amerykańskich wyznawców czystości rasy. Zanim Hitler postanowił doprowadzić do eksterminacji europejskich Żydów i innych „podludzi”, niektórzy Amerykanie także wprowadzali w czyn idee „nadludzi”. To właśnie w Stanach Zjednoczonych postanowiono wprowadzić ruch eugeniczny na nowe tory i zamiast ulepszać gatunki zwierząt, postanowiono ulepszać genetycznie człowieka, „oczyszczając” go ze złych genów: alkoholizmu, zboczeń, czy domieszek krwi indiańskiej. Jak wiele krzywdy uczynili tak zwani naukowcy i jak rzutowało to na ludzi, ukazuje powieść Picoult.
Dodajmy do tego opowieść o istocie miłości i samotności, opowieść o dwojgu niezwykłych dzieciach i ich równie niezwykłych matkach i próbę rozwiązania tajemnicy sprzed lat i mamy naprawdę świetną lekturę na wakacje, albo na długie zimowe wieczory.
Moja ocena: 4

 * * *

Picoult Jodi; Drugie spojrzenie;
Są takie dni, kiedy budzę się i dosłownie wszystko w środku każe mi nałożyć maskę i iść przez życie jako inna osoba.