sobota, 5 marca 2016

„Historie kobiet z Gułagu. Dusza wciąż boli” pod red. Siemiona Wileńskiego

Historie kobiet z Gułagu. Dusza wciąż boli, pod red. Siemiona Wileńskiego, PWN, Warszawa 2011, 672 s.

Prawie wszystkie autorki wspomnień były aresztowane i więzione w latach 30-tych XX wieku. W swoich relacjach opowiadają o sobie, ale znacznie częściej o losach swych towarzyszy z więzień i obozów. To wspólne przeżywanie tragicznego losu, sprzeciw wobec bezdusznego systemu, niszczącego wspólnotę ludzi, jest źródłem wielkiej siły moralnej. 
Potworna selekcja okresu stalinowskiego - pisze w swoich wspomnieniach Wiera Szulc - stworzyła, zdawałoby się, nowy gatunek ludzi: pokornych, odrętwiałych, pozbawionych inicjatywy, milczących. Dlatego trzeba, by nasi współcześni usłyszeli głos nielicznych ocalałych przedstawicieli pokolenia początku wieku, którzy zachowali do naszych czasów ideały prawdziwego człowieczeństwa, pomimo koszmaru niesprawiedliwego sądu, tortur i poniżenia, głodu i niewyobrażalnych wyrzeczeń.
Wszystkie wspomnienia wchodzące w skład tego zbioru zostały napisane bez autocenzury i bez nadziei na szybką publikację. Wiele z nich pisano potajemnie, za drutem kolczastym.

Wstyd się przyznać, ale pomimo tego, że pisałam pracę magisterską o Stalinie i Trockim (ich walce o schedę po Leninie), do tej pory nie miałam okazji czytać właściwie niczego, co związane byłoby z łagrami, do których zsyłano wszelki niepożądany element. Owszem, czytałam „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego, wiele się też mówiło o „Archipelagu GUŁag” Sołżenicyna, ale dostępność do książki była znikoma, a potem wkroczyło życie i temat odłożyłam na czas nieokreślony. Aż w końcu książka pod redakcją Siemiona Wileńskiego niejako sama weszła mi w oczy w podkowiańskiej bibliotece. I choć mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać, to okazało się, że było to mniej niż więcej.
„Historie kobiet z Gułagu” są zbiorem dwudziestu trzech wspomnień kobiet, które trafiły do różnych łagrów, najczęściej w drugiej połowie lat trzydziestych, kiedy nastąpiło apogeum stalinowskich represji. Wyjątkiem są wspomnienia Berty Babiny-Newskiej i Zajary Wiesołej. Babina-Newska opisała swój pierwszy pobyt na Łubiance, w roku 1922. Żył wówczas jeszcze Lenin, Stalin dopiero planował objęcie władzy, a w więzieniach siedzieli głównie socjaldemokraci, którzy dla Wodza Rewolucji i spółki nie byli dość czerwoni. W więzieniu, w osobnych celach umieszczano małżeństwa, przynoszono wszystko, co mogło uczynić życie znośniejszym, a nawet przyjemniejszym. Jej wspomnienia w niczym nie przypominają relacji kobiet uwięzionych w kilkanaście lat później, kiedy tortury fizyczne i psychiczne były na porządku dziennym i nikt nawet nie marzył o tym, żeby przemieszczać się po więzieniu i udzielać towarzysko. Z kolei Wiesołaja trafiła do więzienia w 1949 r., z artykułu 7 mówiącym o kategorii osób, wobec których stosowane są „środki ochrony społecznej”, czyli ni mniej ni więcej, chodziło o to, żeby dziewczynę zamknąć, bo mogła odczuwać „nastroje antyradzieckie”. Tylko mogła!
Są jeszcze w „Historiach...” dwa nietypowe wspomnienia. Co prawda Jelena Władimirowa i Anna Barkowa trafiły do GUŁagu już za Stalina, ale swym zapiskom nadały formę wierszy. I nie wiem, czy to wina tłumacza (bo przecież poezję trzeba czuć, mieć w duszy i dopiero wówczas zmagać się z przekładem), czy mojej niewrażliwości na poezję, czy też po prostu te strofy nie są aż tak dobre, by poruszyć serce. Barkowej krytyk Anatolij Łunczarski wieszczył wielką karierę. Niestety, do mnie te wiersze nie przemówiły.
Przemówiły natomiast wspomnienia Olgi Adamowej-Slozberg, pierwsze w książce, ukazujące życie kobiety od momentu aresztowania z artykułu 58, do chwili jej rehabilitacji w 20 lat później. Opisuje Adamowa-Slozberg i moskiewskie więzienia, i Sołowki, i wyjazd na Kołymę, ukrywanie się w Moskwie, bo z powodu tzw. minusa nie miała prawa mieszkać w określonych miastach mocarstwa, kłopoty w relacjach z dziećmi, szczególnie z synem, który przez bardzo długi czas wierzył, że skoro kogoś aresztowano, to sobie na to zasłużył. Sama Adamowa-Slozberg była początkowo przekonana, że aresztowanie jest pomyłką, że wszystko się wyjaśni i szybko wróci do dwójki dzieci. Wspomina swoje oburzenie, kiedy jako świeża jeszcze aresztantka, dziwiła się, jak współwięźniarka może zajmować się jakimś błahym kołnierzykiem, skoro nie widziała swojego synka od trzech lat. Odpowiedź była niczym wiadro zimnej wody: „Przeżyje pani i dziesięć, i będzie się pani troszczyła i o jedzenie, i o ubranie, będzie pani walczyć o miskę w łaźni i o ciepły kąt w baraku. I niech pani sobie zapamięta: wszyscy cierpią dokładnie tak samo. Na przykład pani dzisiaj w nocy jęczała i wierciła się na łóżku, nie dając spać innym, a Soni (miała pryczę naprzeciw mojej) me pozwalali spać przez dziesięć nocy, wciąż ją przesłuchiwali, dopiero teraz dali odpocząć jedną noc. Mnie także pani obudziła, do samego rana nie mogłam już zasnąć, myślałam o swoim synku, którego zdaniem pani, nie kocham tak mocno, jak pani swojego – i było mi bardzo ciężko na duszy.”[1]
I faktycznie, Adamowa-Slozberg przekonała się, że człowiek może wiele wytrzymać, kopanie rowów w pięćdziesięciostopniowym mrozie, kilkukilometrowy marsz z temperaturą bliską czterdziestu stopniom, marne jedzenie, tęsknotę za rodziną.
W GUŁagach cierpieli wszyscy – mężczyźni, kobiety i istoty zupełnie niewinne – dzieci. Jewgienija Ginzburg trafiwszy do obozu opiekowała się grupą starszaków, dla których nikt nie miał czasu, nikt nie okazywał im serca. Czterolatki nie umiały mówić, porozumiewały się ze sobą monosylabami, czasami wypowiadały pojedyncze słowa. Sytuacja młodszych była wręcz katastrofalna: „W grupie niemowlęcej maluchy przez cały dzień po prostu leżą w swoich łóżeczkach. Nikt nie weźmie ich na ręce, choćby zachrypły od krzyku. Dzieci nie wolno brać na ręce, zakaz jest. Wolno tylko zmieniać pieluszki – oczywiście, jeśli ich wystarczy. W grupie dla raczkujących dzieci całe dnie spędzają w zatłoczonych kojcach, pełzają na brzuszkach, trzeba tylko pilnować, żeby się nie pozabijały i oczu sobie nie wydłubały.”[2] Im dłużej Ginzburg opowiada, tym większą budzi grozę: „Łóżeczka niemowląt stoją ciasno jedno koło drugiego. Dzieci jest tak dużo, że gdy przewijamy je wszystkie po kolei, to zajmuje nam to co najmniej półtorej godziny. Tymczasem wszystkie mają odparzone pupy, są wychudzone, zanoszą się od krzyku. Jedne piszczą cichutko i żałośnie, nawet nie licząc na to, że ktoś zareaguje na ich płacz. Inne wrzeszczą na całe gardło, rozpaczliwie i zuchwale walczą o swoje prawa. A jeszcze inne już w ogóle nie krzyczą, tylko cichutko jęczą jak dorośli.”[3] I nie był to wyjątek. W swoich wspomnieniach Hella Fiszer również pisze: „W mojej grupie jest około dwadzieściorga dzieci, od dwóch do czterech lat. Mówią mało i źle. Najwyraźniej nikt nie dba tu o ich rozwój umysłowy. Bawią się bez zapału. Słuchanie, nawet bardzo króciutkich wierszy, bardzo je męczy.”[4] I na koniec relacja Chawy Wołowicz: „Na przykład karmienie, przy którym byłam kiedyś obecna. Niania przyniosła z kuchni parującą kaszę. Rozłożyła ją na miseczki, wyciągnęła z łóżeczka pierwsze dziecko z brzegu, założyła mu rączki do tyłu, przewiązała je ręcznikiem do tułowia i zaczęła napychać malucha gorącą kaszą jak indyka, łyżka po łyżce, tak szybko, że dziecko nie nadążało łykać kaszy! Moja obecność - w końcu osoby postronnej - nie wywierała na niej żadnego wrażenia. To znaczy, że taka „racjonalizacja" była uprawomocniona. Takie traktowanie było przyczyną tego, że mimo stosunkowo wysokiej liczby urodzeń w żłobku nigdy nie brakowało wolnych miejsc. Trzysta zgonów dzieci rocznie jeszcze przed wojną! A ile ich było podczas wojny!”[5]
Przyznaję, że przez lata moja empatia malała, wiem, że świat nigdy nie był i nadal nie jest przyjaznym miejscem, bo człowiek to najgroźniejsza, najgłupsza i najbardziej okrutna bestia. Czytając wspomnienia Ginzburg, Fiszer i Wołowicz czułam narastającą gulę w gardle. Pamiętałam, że mimo upływu lat, sytuacja w Związku Radzieckim wcale nie uległa zbytniej poprawie. Owszem, nie ma już łagrów, ale osierocone dzieci nadal trzymane są w warunkach urągających wszelkim normom.
Wracając do tematu: od aresztowania nie chroniły ani koneksje rodzinne, ani fakt, że ktoś był cudzoziemcem. Weronika Znamieńska była siostrzenicą Gienricha Jagody, który osobiście podpisał nakazy aresztowania całej rodziny. Natomiast wspomniana już Hella Fiszer była w Czechosłowaczką. Ariadna Efron była córką Mariny Cwietajewej, w „Historiach...” opublikowano jej listy do Borysa Pasternaka (autora m.in. „Doktora Żywago”) – jej opiekuna. Właśnie w tych listach oraz w dzienniku spisywanym „na gorąco” Julii Sokołowej najbardziej daje się odczuć niemoc, zwątpienie i strach przed dniem jutrzejszym będącym wielką niewiadomą.  Sokołowa skupia się na tym, że nie może zdobyć pieniędzy, że jako „żona wroga” nie może zdobyć pracy, że w spokojniejszy dzień udało się jej zrobić przepierkę, że znów nie ma siły, aby wyjść z mieszkania. Niby banalne notatki, ale jakże ludzkie, jak bardzo przybliżające naturę kobiet obawiających się aresztowania i przyszłości.
„Historie kobiet z Gułagu” na pewno nie są lekturą łatwą i przyjemną. Na pewno są jednak lekturą konieczną. Opowieści o łagrach z punktu widzenia kobiet to istotny wkład w to, aby pamięć o zbrodniach Stalina nie została zapomniana, aby teraźniejsza pauperyzacja społeczeństwa rosyjskiego i co za tym idzie, gloryfikowanie komunizmu, z Józiem Słoneczko włącznie, nie przysłoniły prawdy o tamtych czasach.
Moja ocena: 6


[1] O. Adamowa-Slozberg, Droga, [w:] Historie kobiet z Gułagu. Dusza wciąż boli, pod red. Siemiona Wileńskiego, PWN, Warszawa 2011, s. 18-19.
[2] J. Ginzburg, Tutaj mieszkały dzieci, [w:] Historie kobiet z Gułagu..., s. 372.
[3] Ibidem, s. 375.
[4] H. Fiszer, W życiu powtarzaliśmy – „tak trudno jeszcze nie było”, [w:] Historie kobiet z Gułagu..., s. 444.
[5] Ch. Wołowicz, O przeszłości, [w:] Historie kobiet z Gułagu..., s. 548.

Źródła zdjęć:
1. http://www.labirint.ru/screenshot/goods/338728/15/
2. http://www.liveinternet.ru/users/5124893/rubric/3790233/
3. https://ru.wikipedia.org/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz