poniedziałek, 9 czerwca 2014

John Leake „Pisarz, który nienawidził kobiet”

John Leake, Pisarz, który nienawidził kobiet. Podwójne życie seryjnego mordercy, Znak, Kraków 2011, 391 s.

Losy Jacka Unterwegera to pełna zaskakujących zwrotów akcji historia psychopaty, który oszukał wszystkich - od austriackiego prezydenta poprzez wiedeńskie elity intelektualne do licznych kobiet, które pokochały zresocjalizowanego mordercę. Nikt nawet nie przypuszczał, że popularny pisarz i celebryta prowadził podwójne życie.

Książkę kupiłam kiedyś w bibliotece. Zachęcał mnie opis, odrzucał tytuł, sugerujący jakąś Larssonowską podróbkę. Od kiedy Szwed wydał swoją trylogię „Millenium” namnożyło się powieści z zaimkiem przymiotnym „który/ która/ które” w tle.  Nie wiem, co za „spec” od marketingu postanowił nadać taki a nie inny tytuł biografii Jacka Unterwergera, ale moim zdaniem spartaczył sprawę. Gdyby nie recenzja na jednym z blogów, „Pisarz, który nienawidził kobiet” jeszcze długo leżałby odłogiem na półce i pokrywał się kurzem.
Z okładki nie krzyczy sugestywna reklama typu: „W środku 16 stron z brutalnymi zdjęciami”, bowiem Leake skupił się na faktach, a nie – epatowaniu tanim zwyrodnieniem. Przeprowadził rzetelne badania tak w Austrii, jak i w okolicach Los Angeles, mieście, które morderca odwiedził latem 1991 roku. Rozmawiał z dziesiątkami osób, które związane były ze sprawami morderstw lub też znały Unterwergera. „Pisarz, który nienawidził kobiet” jest książką dokumentalną, ale czyta się ją lepiej niż niejeden kryminał. Leake zadbał o szczegóły i o wykreowanie klimatu grozy opisując relacje Unterwergera z kobietami i wiarę społeczeństwa w możliwość resocjalizacji psychopaty. Ze zdjęć znalezionych w internecie patrzy na odbiorcę dosyć przystojna twarz o niemal dziecięcym uroku. Nic zatem dziwnego, że wiele kobiet dało się „złapać” na urok skruszonego grzesznika, który odbywając karę więzienia za morderstwo popełnione w 1974 r. napisał autobiograficzną powieść „Czyściec” (plus kilka książek dla dzieci), w której tak żonglował faktami ze swego życia, że zdobył poparcie elit intelektualnych Austrii, co w efekcie doprowadziło Unterwergera do przedterminowego (i nieregulaminowego) zwolnienia w 1990 r. W niedługi czas potem doszło do zamordowania kilku wiedeńskich prostytutek. Unterwerger jako niezależny reporter o wyjątkowych kompetencjach postanowił zrobić o tym reportaż. Był niesamowitym narcyzem i zręcznym manipulatorem, prawie wszyscy uwierzyli w jego „nawrócenie”. Nikt nawet początkowo nie pomyślał, aby połączyć morderstwa z nowo narodzonym celebrytą i „artystą”.
Latem 1991 roku Unterwerger wyjechał do Los Angeles, chciał skupić się na robieniu reportażu o wykrywalności zbrodni przez tamtejszą policję. Zdjęcie zrobione na lotnisku LAX ukazuje wyobrażenie psychopaty o kowbojskim stylu życia, który czuł się na poły Amerykaninem, bowiem ze Stanów Zjednoczonych pochodził jego ojciec, którego nie znał i nigdy nie widział. Wyglądał ekscentrycznie i wręcz śmiesznie, ale zdolności manipulatorskie mimo wszystko zjednywały mu ludzi.
Co ciekawe, była jedna osoba, która absolutnie nie wierzyła w przemianę Unterwergera – stary policjant z Salzburga, który od lat próbował powiązać go z niewyjaśnioną zbrodnią popełnioną w roku 1973. Schennera uznano za mało wiarygodnego człowieka, zajadłego wroga Unterwergera i systematycznie lekceważono jego doniesienia. Wplątała się w to wszystko polityka i pragnienie zatuszowania błędów popełnionych przez osoby wysoko postawione.
„Pisarz, który nienawidził kobiet” (jak mnie się ten tytuł nie podoba!) ukazuje cały mrok umysłu Austriaka, jego psychopatyczne skłonności zręcznie ukryte pod płaszczykiem uroku i niewinności. Jest to studium o tym, jak wyrozumiałość społeczeństwa z jednej strony i oczytanie w książkach psychologicznych z drugiej – może sprawić, że socjopata i człowiek pozbawiony jakichkolwiek zahamowań moralnych zamiast tkwić w odosobnieniu więzienia, nie tylko wychodzi na wolność, ale dodatkowo staje się niemalże gwiazdą.
Warte przeczytania i zastanowienia się nad łatwowiernością ludzką.
Moja ocena: 5.5

niedziela, 8 czerwca 2014

John Katzenbach „Opowieść szaleńca”

John Katzenbach, Opowieść szaleńca, Amber, Warszawa 2005, 423 s.

Brutalne morderstwo w szpitalu psychiatrycznym. Prokurator Lucy Jones zaczyna śledztwo - żmudne i bezowocne. Wkrótce przekonuje się, że ma własne powody, by doprowadzić je do końca. I że tylko z pomocą dwóch pacjentów może schwytać zabójcę, który pod maska szaleństwa skrywa zimny umysł bezwzględnego zbrodniarza..

Długo szukałam książki, której akcja działaby się w szpitalu psychiatrycznym i oddawała rzeczywiste szaleństwo tego miejsca. Czytając „Opowieść szaleńca” poczułam, że wreszcie coś takiego znalazłam.
Główny bohater – Mewa – jest schizofrenikiem, który pod wpływem impulsu wraca do wydarzeń sprzed lat i zaczyna je spisywać. Wraz z nawrotem wspomnień zatraca się ponownie w swojej paranoi, odwiedzają go duchy przeszłości i przypominają o mrocznych wydarzeniach, jakie miały miejsce w niedługim czasie po przybyciu Mewy do szpitala.
Katzenbach stworzył powieść mroczną, główny bohater to człowiek niestabilny umysłowo, acz nie pozbawiony inteligencji. Pomaga w śledztwie prowadzonym przez innego pacjenta i prokurator osobiście zaangażowaną w sprawę. Jednocześnie stara się przystosować do koszmarnych warunków panujących w dormitorium Amherst, sfrustrowanego psychologa, egomaniakalnego psychiatry i całej plejady wariatów obu płci. Nakreślone przez autora sylwetki nieszczęśliwych rezydentów szpitala niemalże dorównują tym, jakie opisał kilkadziesiąt lat wcześniej Ken Kesey w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Dbałość o psychologiczną wyrazistość postaci i oddanie ponurej atmosfery placówki są największymi zaletami „Opowieści szaleńca”, która nie jest typowym kryminałem. Pani prokurator działa właściwie po omacku, stosuje metody, które nie przynoszą wyników i są raczej pretekstem do ukazania wegetacji w szpitalu, który zamiast leczyć, jest tylko przechowalnią nikomu niepotrzebnych ludzi.
„Opowieść szaleńca” to mocna i mroczna lektura. Jest to też stadium schizofrenii i próba ukazania życia człowieka, który aby żyć w środowisku ludzi „normalnych” musi neutralizować nieprawidłową pracę umysłu tabletkami, które destabilizują jego ciało, więc przyjmuje kolejne porcje pigułek, by i ciało jakoś radziło sobie z tą sytuacją. Człowieka samotnego i skazanego na izolację do końca życia.
Polecam.
Moja ocena: 5.5

* * *

Katzenbach John; Opowieść szaleńca;
Podczas lat największego szaleństwa zrozumiałem, że można było znajdować się w pomieszczeniu, za ścianami, zakratowanymi oknami  i zamkami w drzwiach, w otoczeniu innych wariatów albo nawet być samotnie wciśniętym do izolatki, ale tak naprawdę przebywało się gdzie indziej.  Prawdziwe otoczenie tworzyły wspomnienia, związki, wydarzenia, wszelkiego rodzaju niewidoczne siły. Czasem omamy. Czasem halucynacje. Pragnienia. Sny i nadzieje albo ambicje. Czasem gniew.  To bardzo ważne: zawsze rozpoznawać, z czego wzniesione są prawdziwe mury.

Barbara Goldsmith „Geniusz i obsesja”

Barbara Goldsmith, Geniusz i obsesja. Wewnętrzny świat Marii Curie, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006, 248 s.

W tej fascynującej biografii, opartej na niedawno ujawnionych archiwaliach, pasja i naukowa dociekliwość, triumf i sukces (dwie Nagrody Nobla, 1903 i 1911) przeplatają się z odrzuceniem, hipokryzją i dyskryminacją, której Maria Skłodowska - Curie doświadcza zarówno jako kobieta, naukowiec, jaki i imigrantka z Polski. Książka nie tylko opisuje zdumiewającą karierę naukową polskiej noblistki, lecz także jest wnikliwym portretem psychologicznym. Ukazuje kobietę próbującą pogodzić swe pasje i pracę z obowiązkami rodzinnymi. Nękana przez nawroty głębokiej depresji, skrywająca swe uczucia i chłodna z pozoru nawet wobec córek, nie zawsze była w stanie sprostać codzienności. Czytelnik poznaje także Marię jako ukochaną żonę, przyjaciółkę i współpracowniczkę Piotra Curie, a po jego śmierci ofiarę skandalu obyczajowego wywołanego romansem z Paulem Langevinem.

Przede wszystkim nie jest to biografia fascynująca i takie określenie książki autorstwa Barbary Goldsmith jest wielkim nadużyciem. Fascynujące było życie Marii Skłodowskiej, lecz pani Goldsmith uczyniła rzecz typową dla większości biografów: opisała bohaterkę w sposób nudny i monotonny, ukazując zaledwie ułamek wewnętrznego bogactwa, obsesji i geniuszu jaki tkwił w umyśle najbardziej znanej Polki-naukowca.
Zamiast faktycznie skupić się na życiu Skłodowskiej, pani Goldsmith próbuje laikom przybliżyć podstawy związane z wynalazkami Roentgena, Becquerela, Rutherforda bombardując czytelnika całymi stronami opisów eksperymentów. Wszystko to można znaleźć w podręcznikach szkolnych w formie o wiele przystępniejszej. Zresztą czyż naprawdę musimy wiedzieć czym są promienie katodowe, nad którymi pracował Roentgen? Czy opowieść o życiu wewnętrznym Marii Skłodowskiej-Curie byłaby uboższa bez epizodu o tym, jak niejaki J.J. Thompson manipulował Rutherfordem?
Okres przed wyjazdem Skłodowskiej na studia do Paryża opisany jest w dużym skrócie. Matka chora na gruźlicę nie pozwalała się do siebie zbliżać, ten dystans miał rzutować i na późniejsze relacje bohaterki z własnymi córkami, które na swój sposób kochała, ale ważniejsza była praca i miłość do męża. Co ciekawe, Skłodowska wyjeżdżając na Sorbonę miała za sobą dramat miłosny. Gdyby nie różnice społeczne i wynikłe z nich przeszkody, może nigdy nie wyjechałaby z Polski, lecz została panią Żórawską, a zamiast prac nad promieniotwórczością, marnowałaby swój umysł na zarządzanie domem.
Patrząc na zdjęcia zawsze poważnej czy to młodej, czy już będącej w średnim wieku Madame Curie trudno pojąć, że bohaterka w głębi duszy potrafiła być namiętna i bezkompromisowa. Jednak o jej życiu wewnętrznym dowiadujemy się z książki Goldsmith żałośnie mało. Po śmierci męża swe smutki i wielką tęsknotę za Piotrem Maria uwieczniła na stronach pamiętnika. Autorka biografii przytacza kilka cytatów ukazując kobietę zupełnie inną niż ta, jaką znamy z oficjalnej, naukowej strony. Niestety, właśnie wówczas, gdy Goldsmith miała możność ukazania całej złożoności natury Polki, ograniczyła się do nielicznych odniesień cytatów ukazujących ogrom żalu i depresji, w jakiej pogrążyła się odkrywczyni polonu i radu. Niewiele więcej pisze też o jej romansie z Paulem Langevinem, mężczyzną żonatym, co zupełnie nie przeszkadzało Curie wiązać z nim przyszłości. Wyszła z tego romansu z nadszarpniętą reputacją i jeszcze większym oddaniem pracy.
Opowieść Barbary Goldsmith pozwala poznać podstawowe fakty z życia podwójnej noblistki, jej chłodny stosunek do swoich córek, jej upór w życiu zawodowym, przekraczanie barier naukowych zarezerwowanych wówczas włącznie dla mężczyzn i jej namiętność w chwilach, kiedy zdecydowała się kogoś obdarzyć uczuciem. Ale pomimo wglądu do osobistych notatek Polki, autorce nie udało się przedstawić całej złożoności i bogactwa wewnętrznego Skłodowskiej-Curie i to nie dlatego że się nie starała. Goldsmith nie udało się ogarnąć mentalności duszy swej bohaterki, ledwie dotknęła powierzchni uczuć, jakich doświadczała czy to w życiu prywatnym czy zawodowym. Jest to biografia dla tych, którzy zgoła nic nie wiedzieli o Skłodowskiej-Curie, ale jeśli ktoś szukał czegoś więcej, zawiedzie się srodze. Bo chociaż Goldsmith nie ustaje w próbach przybliżenia postaci noblistki, to niestety wyszło jej to z miernym skutkiem.
Moja ocena: 3.5

sobota, 7 czerwca 2014

Susannah Cahalan „Umysł w ogniu”

Susannah Cahalan, Umysł w ogniu, Filia, Poznań 2013, 352 s.

Pewnego dnia Susannah Cahalan obudziła się w szpitalnym pokoju, przywiązana do łóżka i pilnowana, niezdolna mówić i poruszać się. Jej kartoteka medyczna obejmowała miesiąc – z którego kobieta absolutnie nic nie pamiętała – i znajdowały się w niej zapisy o psychozie, zachowaniach pełnych przemocy i niestabilności psychicznej. A przecież zaledwie kilka tygodni wcześniej Susannah była zdrowa i szczęśliwie zakochana, do tego stała u progu błyskotliwej kariery dziennikarskiej.

Chociaż Susannah Cahalan zdołała wyzdrowieć dzięki prawidłowej diagnozie lekarskiej i udało się jej zrekonstruować miesiąc swej choroby przy pomocy pamiętnika, który prowadzili jej rodzice, oglądając nagrania z monitoringu, czytając historię swej choroby i rozmawiając z lekarzami, do tej pory nie pamięta nic z tego, co zdarzyło się podczas miesiąca jej pobytu w szpitalu.
Zanim tam trafiła, jeden z najbardziej znanych neurologów uznał, że za dużo imprezuje i wszelkie ataki, omamy i halucynacje są tego skutkiem. Dziewczyna stopniowo traciła kontakt z rzeczywistością, nie potrafiła skupić się na pracy, zaczynała słyszeć głosy i zachowywać się jak napalona nastolatka. Gdyby nie prosty test przeprowadzony przez lekarza, prawdopodobnie skończyłaby na oddziale zamkniętym uznana za schizofreniczkę. Chorobę udało się pokonać, lecz zdrowienie zajęło Cahalan kilka długich miesięcy, podczas których pojawiała się pośród ludzi wycofana emocjonalnie, milcząca i rozkojarzona. Jej leczenie kosztowało milion dolarów (sic!) i chociaż obecnie jest zdrowa, żyje w ciągłym strachu przed nawrotem choroby, bo takowe następują.
„Umysł w ogniu” to opowieść o tajemnicach mózgu, o tym, w jak bardzo dziwacznym i niebezpiecznym świecie żyjemy. Cahalan nie udało się ustalić dlaczego zachorowała: czy z powodu kichnięcia obcego mężczyzny w metrze, usuniętego kiedyś czerniaka czy innej przyczyny. Wie tylko, że przestała kontaktować przy automacie do kawy, w szpitalu. Potem są już tylko nagrania wideo jak leży w łóżku z elektrodami przyklejonymi do głowy i nie rozumie, co się z nią dzieje. Sama myśl, że mogłaby nie zostać pozytywnie zdiagnozowana przyprawia o ciarki. Cahalan stała u progu życia, miała 24 lata, pracę w „New York Post” i nowego chłopaka. W ciągu kilku tygodni z pogodnej, towarzyskiej dziewczyny stała się niekontrolującą siebie paranoiczką. Jej opowieść to horror, jaki może przydarzyć się każdemu, niezależnie od wieku, a dokładniej: im ktoś jest młodszy, tym bardziej podatny na to, co spotkało Cahalan. Chorują już dzieci, młode kobiety, a wiedza o schorzeniu jest wciąż niepełna. Jest to także opowieść o nieprofesjonalnych, niekompetentnych lekarzach skłonnych do uproszczonych ocen, nie przejmowaniu się pacjentem ani jego zdrowiem. Ale Cahalan pisze również o lekarzach z prawdziwego zdarzenia: dociekliwych, upartych i wierzących w to, co robią. Ot, życie. Dziwne, paranoiczne i pozostawiające uczucie niepokoju. Skoro trafiło na młodą Amerykankę, to ile niezdiagnozowanych chorych jest w Europie, w Polsce? Czy którykolwiek polski medyk słyszał o chorobie, którą opisała młoda dziennikarka?
Patrząc na najbliższych po raz kolejny będę się zamartwiać, że wzrastają w nieprzyjaznym świecie. I że własny mózg może stać się największym wrogiem.
Moja ocena: 5

piątek, 6 czerwca 2014

Wiesław Kielar „Anus mundi”

Wiesław Kielar, Anus mundi, Atut, Wrocław 2004, 370 s.

Realia obozowe, złożoność życia i ludzkich postaw w nieludzkiej rzeczywistości. „Anus mundi” to określenie użyte w 1942 roku przez Hauptsturmführera Heinza Thilo, lekarza SS, który obóz zagłady nazwał "odbytnicą świata".

Im więcej czytam o nazizmie, Holokauście i obozach koncentracyjnych, tym mniej rozumiem i lubię ludzi. Zasiane wówczas ziarna nienawiści i pogardy dla życia ludzkiego zbierają żniwo do dziś nie tylko pod postacią powojennego antysemityzmu czy próbach zaprzeczenia, że niemieckie obozy koncentracyjne kiedykolwiek istniały.
Wiesław Kielar trafił do Oświęcimia w pierwszym transporcie więziennym (pomijając transport trzydziestu niemieckich kryminalistów przybyłych wcześniej i mających pełnić w obozie funkcje kapo) w czerwcu 1940 roku. Dostał numer 290, spędził w Oświęcimiu cztery lata, potem, kiedy klęska Niemiec była przesądzona, wraz z innymi współwięźniami był przerzucany z obozu do obozu, aż do czasu nadejścia aliantów.
Wspomnienia Kielara są o tyle nietypowe, że spisał je człowiek będący świadkiem powstawania obozu. Widział jak dawne koszary wojskowe zmieniają się w obóz koncentracyjny, jak warunki stale się pogarszają, jak powstaje obóz w Brzezince i jakie warunki tam panowały i jak hitlerowcy wymyślali coraz to nowe sposoby upokarzania więźniów. Aby przeżyć, Kielar musiał się dostosować. Jako pielęgniarz przez długi czas żył w o wiele lepszych warunkach niż inni więźniowie. Przyznawał, że jego celem było wymyślanie sposobów, aby jak najczęściej wymigiwać się od pracy. Ale nie mógł odwrócić wzroku od tego, co się działo w obozie. Widział, jak hitlerowcy mając w pogardzie wszelkie konwencje dotyczące traktowania jeńców, mordowali wziętych w niewolę żołnierzy radzieckich. Widział, jak straszne panowały warunki w Brzezince, jak byle pretekst wystarczał hitlerowcom, aby pozbawić człowieka życia, jak całe transporty nowo przybyłych szły na śmierć.
Odczłowieczenie nie polegało tylko na braku reakcji na potworności, na byciu biernym świadkiem wydarzeń. Wstrząsający jest również obraz adaptacji i pozornej akceptacji zaistniałych warunków, kolacje jedzone przy trupach przeznaczonych do skremowania i niemalże egzystencjalne motto podsumowujące obozowe życie: „Sowieso Krematorium” (Tak czy tak krematorium). Są jednak wspomnienia i bardziej „ludzkie”, wieczorów artystycznych z udziałem Stefana Jaracza czy Leona Schillera, czy miłości Mali Zimetbaum i Edwarda Galińskiego, przyjaciela Kielara. Miłość ta rozgrywała się na oczach autora. Pierwotnie to on miał towarzyszyć Galińskiemu w ucieczce. Razem kombinowali ubrania, Kielar przechowywał mundur esesmana u siebie. Zrezygnował dowiedziawszy się, że dołączy do nich kobieta.
„Anus mundi” to dokument, świadectwo tego, jak żyło się w Oświęcimiu więźniom, którzy umieli się odnaleźć się w obozowym życiu, mimowolni „prominenci” z racji swych małych numerów i długiej wegetacji za drutami obozu. Oczywiście nie ominęły Kielara kary cielesne, doświadczył tortur, obrywał od bestialskich kapo, spędził kilka nocy w „celach stojących”, ale podczas gdy inni nieszczęśnicy musieli po nocy męczarni wlec się do wycieńczającej pracy, on odsypiał na pryczy, chowając się przed kapo, wspierany przez przyjaciół. To prawda, że historię piszą zwycięzcy i ci, którzy przeżyli. Oświęcimscy „muzułmanie” nie mieli szans na udokumentowanie tego, jak hitlerowcy i pobyt w obozie odbierali im ochotę i możliwość istnienia. Wiesław Kielar chociaż przeżył, już zawsze miał się zmagać z pięcioletnim etapem życia „za drutami”. Nawet nie podejmuję się myśleć, jak po tak długim przebywaniu w skrajnie zdehumanizowanych warunkach, można w ogóle wrócić do normalnego życia, do pracy, do rodziny. Jak często śniły mu się koszmary z czasu pobytu w Oświęcimiu? Czy w ogóle potrafił o nich zapomnieć? Nie czytałam pozostałych dwóch książek Wiesława Kielara (o czasach młodości i życiu po wojnie), ale zamierzam po nie sięgnąć, jak tylko uda mi się je znaleźć, kupić, wypożyczyć. Dowiedzieć się, jak z takim brzemieniem udało mu się żyć.
Warto przeczytać. Ku przestrodze i pamięci, że to ludzie ludziom zgotowali ten los.
Moja ocena: 6

niedziela, 1 czerwca 2014

Stanisław Jerzy Lec „Myśli nieuczesane” (cytaty) (10)

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nigdy nie popełniłbym samobójstwa. Wierzę w człowieka - zawsze znalazłby się usłużny morderca.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Idealne falsyfikaty muszą dzielić los oryginałów.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
I złodzieje chodzą czasem w aureoli. Wcale nie kradzionej.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Wymówka ludożerców: "człowiek to bydlę".

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Gdyby to, co bije w nas, było naprawdę sercem, nie umierałoby, żeby nas tym zabić.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nie wszystkie feniksy, co powstają z popiołów, przyznają się do swej przeszłości.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Na bocznych dróżkach myślenia przemyka obok ciebie czasem przerażony sens.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nieobecni nigdy nie mają racji, ale bardzo często zachowują życie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Odwieczne marzenie kata: komplement skazańca za jakość egzekucji.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Żeby być sobą, trzeba być kimś.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Głupstwa danej epoki są dla nauki następnych tak cenne jak jej mądrości.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Właśnie ten ciągły brak harmonii w człowieku jest twórcą wciąż nowej i nowej.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Zbyt zawierzył prawom fizyki. Myślał, że stoczy się bez wysiłku w dół, a zatrzymał się w połowie drogi. Znacie go, tego średniaka.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Miejmy nadzieję, że literatura najniższego lotu stanie się kiedyś elitarną. Dla wąskiego grona ostatnich ćwierćinteligentów.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ważne jest świadectwo hańby, które sobie człowiek sam wystawia.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Zaniósł Głupstwo do majstra: "Czy da się przerobić na Mądrość?" Rzekł mistrz: "Jeszcze reszta zostanie".

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Świat wcale nie jest zwariowany, choć nie jest dla ludzi normalnych. Jest dla znormalizowanych.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Technika dojdzie do takiej perfekcji, że człowiek będzie się mógł obejść bez siebie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Jedynie ludzie o zdrowych zmysłach wariują.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Gdy jesteś półgłówkiem w gromadzie, nie martw się, na pewno znajdzie się drugi.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Z kącików uśmiechów można obliczyć rozpiętość wolności.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ignorancja ludzka nie pozostaje w tyle za wiedzą. Zdobywa z nią równocześnie te same dziewicze obszary geniuszu.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Nie sztuka płonąć pożądaniem, gdy życie wypnie komu tyłek.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Wartości ogólnoludzkie to te, których nie opłaca się przemycać z kraju do kraju.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Prawo fizyczne: im woda sięga wyżej, tym życie zyskuje na wadze.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Naród może mieć jedną duszę, jedno serce, jedną pierś, którą nadstawia, ale biada, gdy ma tylko jeden mózg.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Trzeba przejść przez życie z godnym przymrużeniem oka, dając tym świadectwo jakiemuś nieznanemu Wielkiemu Demiurgowi, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Ludzkość robi jednak postępy. Za każdym razem sądzi się ludobójców humanitarniej.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Legendę burzą często żądni jej surowca.

Lec Stanisław Jerzy; Myśli nieuczesane;
Tradycja - dziedziczne szlachectwo plagiatu.

środa, 28 maja 2014

doroczne majowe zakupy

Wcześniej już pisałam, że chcę zdążyć z uporaniem się z zaległymi recenzjami przed majowym nawałem pracy. Prawie mi się udało. Zostało do opisania pięć książek. I pewnie w weekend popełnię recenzję lub dwie.
Praca ma to do siebie, że nie tylko odciąga od czytania, ale daje wymierne korzyści w postaci ekwiwalentu pieniężnego. Raz do roku robię sobie prezent i kupuję książki, które chcę przeczytać, a których w bibliotece nie ma lub są właściwie nieosiągalne.
W tym roku padło na Mariusza Szczygła i jego „Niedzielę, która zdarzyła się w środę” (przez ubiegłe miesiące uległam urokowi prozy redaktora Szczygła i tym sposobem „Niedziela...” trafiła do mnie). Kate Atkinson znałam z wcześniejszej twórczości i chociaż rzadko kieruję się „achami” i „ochami” krytyków, „Jej wszystkie życia” mnie zaintrygowała. Następny jest Jacek Hugo-Bader i jego „Dzienniki kołymskie” – czekałam na tę książkę od ponad pół roku. Pierwsze zdanie innej książki pana Hugo-Badera zadecydowało o kupnie „Dzienników”. I wreszcie „Przetrwałam” Evy Mozes Kor, recenzję przeczytałam u Książkówki. Tej książki prędko w naszej bibliotece nie będzie, niech zatem stoi u mnie. 
To tyle. Wracam do pracy :).

wtorek, 20 maja 2014

Jaume Cabré „Wyznaję”

Jaume Cabré, Wyznaję, Marginesy, Warszawa 2013, 768 s.

„Wielka powieść europejska”, „przełom w literaturze”, „powieść-katedra o idealnych proporcjach i epickim, pełnym kunsztownych detali wykonaniu”, „książka, która przeżyje nas wszystkich”.
To trzymające w napięciu do ostatniej strony wyznanie miłosne i spowiedź człowieka starającego się przeniknąć istotę zła – w świecie i sobie samym. Historia chłopca dorastającego samotnie wśród książek, który musi zmierzyć się z rodzinnymi tajemnicami. Za sprawą osiemnastowiecznych skrzypiec zagłębia się w mroki dziejów hiszpańskiej inkwizycji i piekła dwudziestowiecznej Europy.
Cabré, którego pasją jest muzyka, skomponował tę powieść jak symfonię, z częstymi zmianami nastroju, tempa i głosu narracji. Bogactwo wątków, postaci, pomysłów literackich oszałamia i wzbudza zachwyt.

Czy powieść „Wyznaję” to arcydzieło? Nie sądzę. Czy jest to dzieło życia autora? Prawdopodobnie tak. Czego by Cabré jeszcze nie napisał, będzie postrzegany przez pryzmat epopei o skrzypcach i Adrianie Ardèvolu.
Przy wystarczającej koncentracji uwagi na początku lektury, dość łatwo jest pogodzić się z przeskokami narracji pierwszoosobowej na narrację w trzeciej osobie. Zabieg ten staje się jeszcze bardziej zrozumiały po rozmowie Adriana Ardèvola z przyjacielem. Nie przeszkadzało mi to w lekturze. Ale czytanie nie przychodziło łatwo, męczyłam się i chociaż historia była wielowątkowa i z założenia interesująca, jakoś nie bardzo interesowało mnie, co będzie dalej, nie było tego przyciągania i pragnienia poznania za wszelką cenę, co się stanie, jakie będą losy bohaterów. Nieraz zdarzało mi się zarwać noc, kiedy zaczytana traciłam poczucie czasu. Najlepiej pamiętam wstający świt podczas gdy kończyłam z zapartym tchem „Hrabiego Monte Christo”. Przy powieści Cabrégo tego uczucia nie było.
Historia życia Adriana Ardèvola jest za to pełna erudycyjnych wstawek, znanych (i ukazanych z większą lekkością) z powieści innych autorów. Trudno też polubić głównego bohatera czy jego rodzinę. Kogokolwiek trudno polubić, chociaż pisarz wprowadził do „Wyznaję” blisko dwie setki bohaterów (policzyłam „osoby dramatu”, do których zaglądałam często, bo natłok postaci bywał mylący). Średniowieczny inkwizytor odrodzony jako SS-man, ludzie luźno powiązani różnymi wątkami i spotykający się przypadkowo, irracjonalność historii i jej ironia, zachłanność i wykorzystywanie sytuacji, nienawiść i ból, wielka miłość i równie wielkie pożądanie martwego przedmiotu, wielka przyjaźń – to wszystko już było. Cabré chciał stworzyć powieść-symfonię, zebrać w niej opowieść o przeszłości dalszej i nowszej, o prześladowaniach, niesprawiedliwości i o złu. Wyszło mu średnio. Niektóre motywy mogłyby pozostać nienapisane i nic na tym powieść by nie straciła.
Irytowała również nieznajomość faktów autora na temat obozu w Oświęcimiu, a może po prostu naciąganie faktów. Miejsca, zdarzenia i funkcje dobierał sobie Katalończyk według uznania. Numer zaś Mejrewej jest horrendalnie wysoki i absolutnie nieprawdopodobny, podobnie jak jej służba u komendanta obozu. Jeśli autor chciał złożyć hołd ofiarom nazizmu, powinien był bardziej trzymać się faktów.  
Sama historia Adriana zdaje się ginąć w powodzi opowieści o skrzypcach, inkwizycji, Mikołaju Eymeriku, klasztorze Sant Pere del Bulgar, brakarzu Jachamie, młodości Feliksa Ardèvola, sklepie... wymieniać można długo. Epicki rozmach powieści jest rzeczywiście imponujący, podobnie jak fantazja pisarza. Niknie jednak w niej człowiek ją opowiadający: erudyta, filozof i historyk tworzący swój własny świat, znający kilkanaście języków, grający na skrzypcach, cierpiący z powodu braku miłości rodziców, sam również nie umiejący uzewnętrzniać swych uczuć. Ciężko też mówić o istocie zła, która tak zajmowała głównego bohatera, bo chociaż Cabré nie szczędzi czytelnikom opisów, tego co najgorsze w człowieku i wspomina o pracy Ardèvola o złu, w powieści nie ma przemyśleń na ten temat, nie ma hipotez czy wniosków.
„Wyznaję” można przyrównać do dzieła barokowego charakteryzującego się przerostem formy nad treścią. Czasami mniej znaczy lepiej.
Moja ocena: 3.0

Colin Campbell „Królowa”

Colin Campbell, Królowa. Nieznana historia Elżbiety Bowes-Lyon, Znak, Kraków 2013, 640 s.

Fascynująca, ambitna, adorowana przez mężczyzn, skłonna do intryg. Elżbieta, praprababka dziecka księżnej Kate i księcia Williama była niezwykłą postacią. Plotki o tym, że urodziła ją kucharka, nie przeszkodziły Elżbiecie zostać wybranką króla Anglii, Jerzego VI. Po śmierci męża, wbrew tradycji nakazującej wdowie po monarsze usunięcie się w cień, wywalczyła sobie nienaruszalną pozycję na scenie politycznej.

Biografie znanych osób mają to do siebie, że albo są przejmująco nudne, ale utrzymane w tonie niemalże hagiograficznym. Jedną z najnudniejszych biografii jakie przyszło mi czytać był „Danton” Jana Baszkiewicza, z kolei fragmenty książki „Diana: prawdziwa historia” Andrew Mortona i peany na cześć księżnej Walii skutecznie zniechęciły mnie do zapoznania się z całością. Czasami jednak zdarzają się perełki biograficzne, gdzie autor zachowuje dystans do opisywanej postaci i potrafi ukazać nie tylko jego zalety, ale też i wady. Potrafi przy tym przykuć uwagę czytelnika. Tak było w przypadku historii życia Karola Marksa napisanej przez Francisa Wheena. Tak samo zainteresowała mnie też biografia Elżbiety Bowes-Lyon pióra Colin Campbell.
Z jednej strony czułam się jak na herbatce u autorki i ploteczkach o Królowej Matce, z drugiej – wszystkie kontrowersyjne czy niepopularne sądy o żonie Jerzego VI, lady Colin Campbell dokumentowała starannie, odnosząc się do opinii innych osób, czy też źródeł pisanych. Stworzyła opis życia kobiety, która pochodziła ze środowiska, gdzie życie towarzyskie, udzielanie się i nawiązywanie koneksji uważano za pracę. A młoda Elżbieta lubiła się bawić i potrafiła oczarować towarzystwo swym pogodnym usposobieniem i uśmiechem nieschodzącym jej z twarzy.
Przybliżając rodzinę jej przyszłego małżonka, Campbell tworzy barwny acz pełen zazdrości, tradycjonalizmu i konwenansów świat monarchii brytyjskiej za panowania Jerzego V i jej związków z innymi dworami europejskimi. Jedną z mniej chlubnych kart w biografii żony króla, było odwiedzenie władcy od udzielenia azylu rodzinie cara po rewolucji 1917 roku. Królowa Maria w młodości stale upokarzana przez kuzynkę Alicję (wnuczkę królowej Wiktorii i żonę Mikołaja II) zemściła się w ten sposób za doznane zniewagi. Jak skończył car, jego nieodpowiedzialna, rozrzutna i posłuszna Rasputinowi żona oraz piątka ich dzieci, wszyscy wiemy z lekcji historii. Campbell opisuje również zgon Jerzego V, będący ordynarnym morderstwem ukrytym pod płaszczykiem miłosiernej eutanazji dokonanej przez lekarza – lorda Dawsona.
Ale postacią pierwszoplanową pozostaje mimo wszystko Elżbieta Bowes-Lyon. Z biografii dowiadujemy się, dlaczego książę Windsoru (abdykowany Edward VIII) nazywał ją „Kuchareczką”, jakie miała co do niego zamiary młoda Elżbieta, nim poślubiła przyszłego Jerzego VI, jak potrafiła nagle zachorować w czasie miesiąca miodowego i skutecznie odseparować Bertiego od swego łoża, jak doszło do poczęcia obecnej królowej Zjednoczonego Królestwa i jej siostry i dlaczego Wallis Simpson do tej pory postrzegana jest jako awanturnica, która poznała tajniku seksu w chińskich burdelach.
Właściwie nie ma zdjęć, na których królowa Elżbieta Królowa Matka (jedyna osoba zdolna „wcisnąć” dwie królowe do jednego tytułu, jak mawiał o niej z ironią książę Windsoru, dodając, że bratowa ma „paskudny charakter”) nie jest uśmiechnięta. Łagodna i pogodna potrafiła być zazdrosna, zaborcza i pragnęła otrzymywać oznaki uwielbienia od całego otoczenia. Wierzyła, że nie może się mylić. I nawet w chwilach, kiedy ujawniała się jej podwójna moralność odnośnie rozwodników, potrafiła z czarującym uśmiechem uzasadniać swoje zdanie. Ambitna do granic możliwości potrafiła uknuć całą intrygę, by doprowadzić do abdykacji Edwarda VIII i uniemożliwić mu, jako królowi, zawarcie morganatycznego małżeństwa z Wallis Simpson. Dopiero po zrzeczeniu się tronu i wyjeździe z Wielkiej Brytanii, były władca wziął ślub z Amerykanką. Nota bene obie kobiety wiele za sobą łączyło: przywiązały do siebie swoich mężów i swą postawą wymagających acz łagodnych niemalże matek, sprawiły, że zarówno książę Windsoru, jak i książę Yorku (Jerzy VI) patrzyli w nie jak w obraz i byli im posłuszni.
Po śmierci męża, Elżbieta uczyniła wszystko, aby nie dać usunąć się w cień, jak inne królowe wdowy. Pozostała czynna niemalże do końca swego życia. Zajadała się bezustannie czekoladkami i była stale na rauszu, bo alkoholu również sobie nie żałowała. Umiała jednak kontrolować swoje alkoholowe ciągotki i nigdy nie przesadzała. Potrafiła być twarda, bezlitosna i pamiętliwa. Jednakże w sytuacjach kryzysowych była niezastąpiona: reagowała szybko i konkretnie. Stała się uroczą wizytówką Zjednoczonego Królestwa i nigdy nie potrafiła przestać być królową, nawet w najbardziej nieformalnych sytuacjach nie przestawała odgrywać roli życia. To Królowa Matka stała za skojarzeniem małżeństwa ukochanego wnuka z Dianą Spencer – karierowiczką podobną do niej samej, równie ambitną i o równie drapieżnej naturze. Campbell jako jedna z nielicznych ukazuje prawdziwą twarz księżnej Walii, z której tabloidy uczyniły „Królową Ludzkich Serc”, a która w gruncie rzeczy nie była nikim wybitnym.
Czytając „Królową” trudno nie zwrócić uwagi na przykładanie wielkiej wagi do tytulatury, Campbell pisze o niuansach, które w czasach obecnych wydają się dziwacznym spadkiem po epoce, kiedy niemalże cała Europa pełna była królów i książąt. Szczegółowo wdaje się w koneksje łączące poszczególne rody, odnosząc się zaś do arystokracji brytyjskiej jest równie drobiazgowa. Prawdopodobnie cała ta tytulatura więcej mówi Brytyjczykom niż czytelnikom z innych krajów, ale z drugiej strony – stara się być jak najbardziej dokładna, zatem wypisywanie całych rodowodów łatwo jej wybaczyć, tym bardziej że przy okazji ujawnia tajemnice do tej pory skrzętnie skrywane przez arystokratów.
Opisując bogate w wydarzenia życie Elżbiety Bowes-Lyon Colin Campbell nie zapomina podkreślić, że była to osoba wyjątkowa i większość jej działań prowadziła do zmian na lepsze. Mocna i dobra książka. Polecam.
Moja ocena: 6

Stuart MacBride „Zamierające światło”

Stuart MacBride, Zamierające światło, Amber, Warszawa 2007, 328 s.

Zabite drzwi i okna, żadnej drogi ucieczki, sześcioro ludzi uwięzionych w płonącym domu. Sześć śmiertelnych ofiar szaleńca, który podłożył ogień. To nie jedyna zbrodnia popełniona tej nocy w Aberdeen. W dzielnicy portowej zostają znalezione zmasakrowane zwłoki prostytutki. Od czasu wydarzeń z „Chłodu granitu” gwiazda sierżanta Logana McRae przygasła. Przeniesiony po niefortunnej akcji do oddziału nieudaczników teraz ma szansę się zrehabilitować. Ale Granitowe Miasto zalewa nowa fala przemocy, giną kolejne prostytutki, wybuchają kolejne pożary. A Logan musi przewidzieć następny ruch dwóch seryjnych morderców...

Dzięki cioci Malinie powróciłam do Szkocji. Tym razem na północ od Edynburga, do miasta nieprzyjaznego, ponurego i deszczowego, czyli Aberdeen i w klimaty jak najbardziej przeze mnie lubiane.
Nie czytałam „Chłodu granitu” i „Zamierające światło” było pierwszym spotkaniem z Loganem McRae’em. Ciekawym spotkaniem. W końcu jakiś policjant ma ułożone jako tako życie osobiste i nie rozpatruje w wolnych chwilach swych porażek z przeszłości. Gnębi go za to ostatnia niefortunna akcja, ciężko ranny posterunkowy Maitland i przeniesienie pod rozkazy inspektor Steel, szalenie wkurzającej i kopcącej niczym lokomotywa baby. Wraz z jej zespołem McRae musi rozwiązać sprawę zamordowanej prostytutki. W porównaniu do podpalenia, w którym zginęło pięć dorosłych osób i kilkumiesięczne dziecko, morderstwo na kobiecie zajmującej się zaspokajaniem erotycznych zachcianek marynarzy i aberdeenczyków wydaje się o wiele mniej istotne. McRae jest uparty i chce poznać prawdę za wszelką cenę. Jednocześnie zależy mu na powrocie do starego zespołu, zatem interesuje się i podpaleniami. Węszy niczym pies gończy, zadaje niewygodne pytania i nie zawsze jest szarmancki.
Kryminał MacBride’a utrzymany jest w ponurych barwach. Zwiedzamy, często nocą, dzielnice Aberdeen, do których raczej turyści nie zaglądają, poznajemy ludzi, którym daleko do wzorowych obywateli. A przy okazji dowiadujemy się, że i tym wzorowym daleko do przyzwoitości. Nie jest to przyjemna lektura, nie ma w „Zamierającym świetle” postaci entuzjastycznie nastawionych do życia, pogodnych. Są za to ludzie żądni władzy, biurokraci, dewianci. Szantaż, zazdrość, alkoholizm koegzystują z profesjonalizmem, dociekliwością i zwyczajnym życiem.
Niezłe.
Moja ocena: 4.5